23
Sep
2015
0

Wyrabiam się

Przeczytałam właśnie wpis o kosztach pracy na własny rachunek i stwierdziłam, że to odległa przeszłość.

Już od dawna moje spotkania są płynne i bez większych potknięć – choć w zeszłym miesiącu inteligentnie dałam się w manewrować w spotkanie za darmo, więc jak już przydarza mi się wpadka, to po całości.
Trzymam się zasady, że po północy nie wychodzę z domu. Czasami jakiś idiota dzwoni o czwartej nad ranem, że on by się teraz spotkał. Często wtedy jeszcze nie śpię, ale co z tego. Nie myślę o “straconych” pieniądzach – to nie są godziny mojej pracy. To znaczy byłyby, gdybym się była umówiła na całą noc.
Czasami to wygląda aż zabawnie.
Chcecie scenkę? Na pewno chcecie.
Dwudziesta druga trzydzieści. Dzień wolny od pracy – nikt nie dzwonił. W powyciąganym domowym dresie, potargana i bez makijażu idę do kuchni zaparzyć sobie melisy. Wtem dzwonek telefonu.
– Cześć, dzwonię z ogłoszenia, aktualne?
– Cześć, oczywiście.
– Chciałbym się umówić, kiedy mogłabyś do mnie przyjechać?
– Dokąd?
Człowiek podaje adres.
Liczę: ubrać się, uczesać, umalować, autobus jeszcze będzie jeździł. Okej.
– Za półtorej godziny.
– Aha, to ja jeszcze zadzwonię. Do widzenia.
– Do usłyszenia.
Dla niewtajemniczonych “to ja jeszcze zadzwonię” jest zwykle synonimem “dziękuję, rezygnuję, zadzwonię do kogoś innego”. Dość często to słyszę i na 95% człowiek nigdy więcej nie zadzwoni.
Niektórym się wydaje, że my wszystkie siedzimy jak na szpilkach, wyfiołkowane, gotowe się teleportować, gdy tylko klient złoży zamówienie z dostawą. Oczywiście tak nie jest. Przyszykowanie się do randki trochę dziewczynie zajmuje (choćby wzięcie prysznica przed wyjściem) i wymiana pieniędzy za czas i usługę nic tutaj nie zmienia.
Oczywiście niektóre prywatne dziewczyny to profesjonalistki, które są gotowe do wyjścia przez większość czasu pracy, ale akurat ja podeszłam do tego inaczej. Oferuję całkowicie prywatne spotkanie i choć nadal jest to moje główne źródło utrzymania, teraz już nie “idę do pracy” (wystrojona i gotowa na pierwszy dzwonek polecieć do klienta), tylko prowadzę równolegle swoje życie.
Równocześnie jednak nabieram coraz większej praktyki. Błędy uczą. Sukcesy też.
W zeszłym tygodniu na przykład postanowiłam zrobić wyjątek i umówić jednego dnia dwa spotkania: jedno wczesnym popołudniem, a drugie wieczorem. Oczywiście pojawiły się poślizgi i w efekcie spotkanie nr 2 zostało przełożone na inny dzień.
Umawianie się niezależnie to także dobry test własnych granic. Na przykład ktoś zaproponował, że spotka się ze mną w domu i jeszcze mi za to dopłaci. Nie, odparłam, dom to dom. Jeśli chodzi o tę branżę, wychodzę z założenia, że w domu się mieszka, a nie pracuje.
Okazało się również, że łatwiej się pracuje – wykonuje dokładnie te same zadania – kiedy z ich prawidłowego wykonania rozlicza ktoś inny. W agencji działałam rutynowo. Dzień dobry, poproszę pieniądze, tu jest twój ręcznik, teraz możemy uprawiać seks. Teraz znacznie trudniej mi domagać się zapłaty z góry i czasami z tego nadal rezygnuję. (Dlatego właśnie jedno spotkanie było za darmo).
Trochę ta notka chaotyczna, więc wrócę do początkowej myśli: spotkania przychodzą mi coraz bardziej naturalnie, a równocześnie nie stają się rutyną. Na początku było trudno i stresująco, ale teraz po prostu prowadzę rozmowę, wychodzę na spotkanie i jest dobrze.
0