17
Dec
2017
0

Baza klientów podstawą działania agencji

Ciekawe jak różna może być perspektywa w zależności od punktu wyjścia. Mnie i jeszcze trochę osób ze środowiska oburzyło publikowanie poufnych materiałów o klientach i robienie z tego sensacji na miarę pierwszej strony dużego portalu. Samym notatkom nie poświęciłam większej uwagi, bo nasza telefonistka wraz z szefową też takie miały, nie udostępniły mi ich nigdy, ale wiedziałam, że baza klientów istnieje, realia wyjazdów do klientów też znam. Żadna nowość. Kolega, niezwiązany z branżą, widzi w notesach coś innego: dowód, że nasza praca to rzeczywiście praca. Jego zdaniem ten artykuł Niny Harbuz to, mimo stygmatyzującego języka i naśmiewania się z nas, jeden z lepszych materiałów o pracy seksualnej, jaki ostatnio widział. Spróbuję więc przyjąć dzisiaj jego perspektywę i opowiem Wam trochę o kulisach pracy seksualnej.

Materiały pań z agencji to przede wszystkim dokument świadczący o profesjonalnym podejściu do prowadzonego przez nie biznesu. Praca seksualna w agencji to nie tylko otworzenie drzwi w seksownych ciuszkach i szybki seks, ale także całkiem potężne zaplecze logistyczne. Ktoś musi prowadzić rekrutację i zajmować się już zrekrutowanymi pracownicami. Ktoś musi im zrobić atrakcyjne zdjęcia. Ktoś musi stworzyć dobre, skuteczne ogłoszenia i pilnować, żeby zawsze były aktualne. Ktoś musi rozmawiać z klientami i organizować wyjazdy, kontaktując się i z pracownicą, i z zatrudnionym kierowcą, i z niecierpliwym klientem (z którego perspektywy zapraszanie pani z agencji jest najczęściej jak zamawianie pizzy: robi się to na totalnym spontanie, więc im szybciej zaproszona pani dotrze na imprezę, tym lepiej. Umawianie spotkania? Na przyszły tydzień? Takie telefony w mojej agencji budziły spore zdziwienie).

W mojej pracy w weekendy wieczorem bardzo często miałam tak, że przychodziłam świeża i radosna, czekałam w salonie, ewentualnie kogoś przyjmowałam na miejscu, aż tu nagle telefonistka do mnie “zbieraj się, za 10 minut podjeżdża [imię kierowcy], masz wyjazd”. Zbierałam się więc i byłam podwożona na miejsce, a po drodze dowiadywałam się wszystkiego, czego musiałam wiedzieć o danym panu. Kiedy po ustalonym czasie schodziłam na dół do kierowcy, ten bardzo często był po kolejnym podwiezieniu koleżanki oraz miał dla mnie nowe zlecenie.

Najczęściej jeździłam w obrębie centrum (tam też była nasza agencja), ale zdarzało mi się też obsługiwać klientów w różnych innych lokalizacjach, z jakimś podwarszawskim miasteczkiem włącznie. Miałam do tego stopnia zaufanie do mojej agencji, że nawet nie zapamiętywałam, gdzie jestem. Bo i po co. Zasięg agencji świetnie oddaje mapka zamieszczona w artykule.

Ktoś to musiał zorganizować, a tym “kimś” były najczęściej trzy osoby: telefonistka odbierająca mój podpięty do ogłoszeń telefon (zostawiałam go zawsze w agencji, a ze sobą brałam mój prywatny nr 2, ten zakupiony w momencie, gdy podjęłam decyzję o pracy seksualnej), menedżerka (która musiała wiedzieć o wszystkim i sama też umawiała mi spotkania) i kierowca. Telefony dzwoniły na okrągło za moimi plecami, pozostawiając mi koncentrację na obsłudze klienta – wszystko poza tym miałam gdzieś. Piękne, proste czasy etatu.

Baza klientów odgrywa w tym wszystkim ogromną rolę. Jak można się dowiedzieć z artykułów, istnieje i zawiera wszelkie niezbędne dane o klientach. Osobiście wybrałabym wersję skomputeryzowaną, żeby można było wyszukiwać panów po numerze telefonów (również takie bazy w tej branży istnieją; ba, kilka agencji  z jednego miasta może się zsieciować i mieć wspólną bazę w chmurze, niestety nie wiem, czy w Warszawie to już funkcjonuje, ale jako camgirl korzystałam z podobnej). Jednak gruby skorowidz też całkiem dobrze się sprawdza.

Ponieważ bezpieczeństwo w branży jest kluczowe, dzwoniący klienci są sprawdzani pod kątem tego, czy nie było z nimi już wcześniej jakichś problemów. Numer telefonu łatwo zmienić nawet teraz, a co dopiero kilka lat temu, więc na potrzeby papierowego zeszytu panie z mokotowskiej agencji wybrały adres. Lokalizację zmienić ciężej.

Kiedy więc klient z nieznanego numeru zadzwoni, umówi się na spotkanie i poda adres, pod który zaprasza wybraną panią, można go sprawdzić w bazie. Może kiedyś zaprosił tam koleżankę, która co prawda już nie pracuje, ale zrelacjonowała, że coś było nie tak? Takie wtopy artykuł wymienia bardzo skrzętnie, ale powtórzę: klient może wymuszać seks analny lub bez prezerwatywy, może być brutalny, może być niezrównoważony psychicznie, może upijać pracownicę pod przymusem lub podawać jej jakieś prochy, może myśleć, że jeśli on zapłaci za godzinę, to w cenie jest też seks z jego kolegami, może nie otworzyć drzwi i wyjąć kartę SIM z telefonu, może zamówić sobie kilka pań z konkurencyjnych agencji, może powiedzieć, że sorry, ale miała być brunetka, bo rudych to on nie lubi albo że chciał młodszą i żąda wymiany, albo że z góry to on nie zapłaci… Dosłownie wszystko to mi się kiedyś zdarzyło (w agencji lub później, w pracy na własną rękę), przy czym pozwoliłam sobie dopisać kilka własnych doświadczeń. Nie zdarzyło mi się tylko pojechać do klienta, który urządza zawody “która z pań dojedzie pierwsza, ta wchodzi” oraz nigdy nie było wpadki, kiedy nakryła nas jakaś żona, matka czy inna niepowołana osoba.

Wiele z tych zachowań całkowicie przekreśla klienta i powoduje adnotację “nie jeździmy”. Niektóre, jak zamawianie równocześnie u konkurencji, są tolerowane (sama nie widzę w tym nic złego, ale nie zarządzałam agencją). Inne, związane z niewinnymi preferencjami klienta, są zapisywane na przyszłość. Bo nie ma sensu drugi raz wysyłać rudej albo blond do fana brunetek.

Są też inne zwyczaje klientów, które warto gdzieś odnotować. W przypadku jednego czy dwóch klientów agencyjnych miałam taką sytuację, że panowie, stali klienci, lubili zażywać narkotyki. Ale nie samotnie, w towarzystwie. Moim. To była jedna z tych sytuacji, gdy konsultowano się ze mną przed potwierdzeniem spotkania, bo telefonistka nie była pewna, co ja na to. Stwierdziłam, że sobie poradzę i rzeczywiście dałam radę: klient był bardzo zadowolony i potem dzwonił specjalnie po mnie, a ja zachowałam swoją niewinność i ani razu nie dałam się znarkotyzować.

W mojej agencji było jeszcze tak, że to dziewczyna mogła powiedzieć “proszę mnie więcej do tego pana nie wysyłać”. Skorzystałam raz z tego prawa – pana do tej pory wspominam bardzo źle, mimo że koleżanki go tolerowały, a nawet do pewnego stopnia zachwalały. Wydaje mi się również, że działało to w drugą stronę: zapisywano gdzieś, że stałemu klientowi ktoś się nie spodobał i drugi raz mu tej pracownicy nie podsyłano.

Gdyby agencja istniała krótko, miała niewielki zasięg i stale prowadziłyby ją te same osoby, można by ewentualnie polegać na ich pamięci i komunikacji między sobą. Ale jeżeli dane zapisywało w zeszytach z Mokotowa pięć różnych osób, to oznacza, że rozmiar i organizacja biznesu wymagały solidnej, regularnie aktualizowanej i sprawdzanej bazy danych. Oraz kogoś, kto by ją prowadził. U mnie telefonistka była jedna, miała swoje ogłoszenia i oferowała również własne usługi (wtedy ktoś ją zastępował albo telefony nieobecnych koleżanek dzwoniły na Berdyczów), znam też przypadki, kiedy to menedżerka pełni tę rolę, ale w wielu większych biznesach po prostu zatrudnia się dodatkową osobę. Przynajmniej jedną. Znam agencję, która działała 24/7 (rzeczywiście działała! Nasze telefony po 1 w nocy raczej milczały), co oznaczało pracownice przychodzące na dwie dwunastogodzinne zmiany: dzienną i nocną. Nigdy nie pracowałam w takim wymiarze i nie dopytałam o to, więc nie wiem ile ich było, ale żeby miały dni wolne, to chyba ze trzy?

Taka telefonistka musi wiedzieć, kto aktualnie jest dostępny i kto – zgodnie z planem – będzie dostępny w ciągu najbliższych kilku godzin (po to, aby taka ŚL mogła pojechać bezpośrednio od klienta nr 1 do klienta nr 2) oraz umieć proponować właściwą osobę, która spełnia oczekiwania klienta (“czy macie uległą blondynkę, która lubi seks analny?” itp.). Oznacza to nauczenie się cech fizycznych i indywidualnych preferencji wszystkich kilkunastu lub kilkudziesięciu dostępnych osób. Dla mnie kosmos. Ale dobra telefonistka to umie, ma też wypracowany skill słyszenia przez telefon, że człowiek jest podejrzany, zapamiętuje stałych klientów i, jak mówiłam dwukrotnie, radzi sobie z logistyką.

Tak więc za sprawne działanie agencji, oprócz dostępnych pań lub panów, w ogromnym stopniu odpowiada wielkie pudło z telefonami (może ich być nawet kilkadziesiąt), ktoś, kto te telefony odbiera i baza danych zawierająca informacje o ludziach, którzy na te telefony dzwonią. Jeśli chodzi o finanse, wynagrodzenie telefonistek pokrywane jest z tych 50% ceny za godzinę, które pracownica seksualna oddaje menedżerowi. Kierowca chyba dostaje wynagrodzenie od kursu (klient najczęściej płaci za panią i dopłaca za dojazd) i nie wiem czy ma jakąś podstawę.

Mówiłam zawsze, że to konkretny biznes z dużymi kosztami, prawda? Agencje w Polsce działają nielegalnie oraz budzą negatywne uczucia w wielu ludziach, ale de facto jest to firma jak każda inna: wymaga kogoś, kto to wszystko ogarnie i poprowadzi według swojej wizji, zaplecza logistycznego, zarabiania na wynagrodzenie dla dodatkowych pracowników, utrzymywania lokalu itp. Zeszyty, które wyciekły do mediów, rzeczywiście całkiem nieźle to ilustrują. Przydałyby się jeszcze księga przychodów i rozchodów oraz biznesplan.

0
  • memo

    Super wpis. Brawo. Polecam twój blog innym. Nie ma sensu się przejmować publikacjami notesów — niech mówią, ważne, że problem jest naświetlany. W końcu ludzie przestaną tak demoniozować. Wielu mądrych zauważy, że to narzędzie pracy.