Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Dynamika władzy w usłudze seksualnej

Odkąd nie mam swojego Facebooka Świętej Ladacznicy, nie mogę uczestniczyć bezpiecznie w dyskusjach, nie zmienia to jednak faktu, że bacznie nasłuchuję, co w trawie piszczy. I czasami znajduję wypowiedzi, do których nie sposób się nie odnieść.

Oto jedna z nich:

płacenie za seks z założenia zakłada nierówność stron, dominację, przemoc i uprzedmiotowienie. I że jeżeli chcemy mieć kulturę równości, a nie przemocy, to trzeba uczyć, że jest to po prostu złe, podobnie jak każdy inny sposób wymuszania seksu. I na tym poziomie rzeczywiście prostytucja=handel ludźmi, to ta szczególna umowa handlowa obejmuje sferę, będącą szczególnie chronioną – godności, wolności, cielesności, równości. I w tym sensie samo istnienie prostytucji będzie formą przemocy symbolicznej, bo jest przekazem kulturowym, że te szczególnie chronione sfery mogą być przedmiotem handlu, który generalnie zakłada dominację jednej płci nad drugą. (@Paweł Ostaszewski)

Za każdym razem, kiedy widzę, że coś jest „szczególnie chronione”, przypomina mi się dyskusja o małżeństwach jednopłciowych, które według niektórych nie powinny mieć miejsca. Tu widzę coś podobnego. Zastany porządek, który ktoś (pracownice i pracownicy seksualni) usiłuje podważyć i górnolotne słowa o wartościach, które mają tego porządku strzec. Oraz mnóstwo założeń wyrażonych mniej lub bardziej wprost.

Problem w tym, że seks opłacony to nie jest seks wymuszony przez stronę (płeć?) dominującą, nie jest to też seks uprzedmiotowiający. Autor nie ma zielonego pojęcia o realiach, zapomniał też totalnie o seksualności gejów, gdzie seks sponsorowany jest znacznie mniejszym tabu i gdzie trudno obronić tezę o dominacji płci.

Gdyby małżeństwo różnopłciowe było u feministek na cenzurowanym, można by pisać o nim podobnie: że „jest to po prostu złe, podobnie jak każdy inny sposób wymuszenia seksu” i że seks w małżeństwie „z założenia zakłada nierówność stron, dominację, przemoc i uprzedmiotowienie”. Można by przywoływać jako argumenty przemoc w rodzinie i gwałty małżeńskie, traktując je nie jako patologię, lecz jako naturalną konsekwencję dominacji mężczyzn nad kobietami i zawierania kontraktu, który tę nierówność rzekomo sankcjonuje, przy okazji pozbawiając kobiety wolności seksualnej (bo seks pozamałżeński be). Na pewno znalazłoby się miejsce na przywołanie godności, wolności, cielesności i równości. (Och. Zawsze się wzruszam, kiedy ktoś mówi o takich wartościach).

Tak się jednak składa, że małżeństwo jest czymś specjalnym, natomiast praca seksualna jest potępiana. Dlatego niektórym z łatwością przychodzi pisanie głodnych kawałków o tym, jak to biedne pracownice seksualne są „z założenia” wyzyskiwane i uprzedmiotowiane.

W rzeczywistości jednak relacje między poszczególnymi osobami zawierającymi „tę szczególną umowę handlową” są znacznie bardziej urozmaicone.

Przykład? Wielu klientów darzy szczerym uczuciem osobę, którą regularnie odwiedza i sponsoruje. Pragną bliższych relacji, emocji, autentyczności, odwzajemnienia uczuć. Chcą się spotykać częściej, więcej, chcą utrzymywać kontakt między spotkaniami. A taki przeciętny pracownik lub pracownica seksualna… nie rozstaje się z kalkulatorkiem. Przeważnie nie piszę o tym na blogu, bo temat jest grząski, ale bardzo często – u bardzo wielu przedstawicielek i przedstawicieli mojego zawodu – klient zostaje sprowadzony do zasobności swojego portfela. I kto tu kogo uprzedmiotawia? Kto nad kim dominuje? Tak, klient ma pieniądze, ale granice relacji bardzo często wyznacza pracownik seksualny.

Ważną rolę odgrywają również przywileje. Praca seksualna nie jest jednorodnym zjawiskiem: przenika całe społeczeństwo i przepięknie odzwierciedla podziały klasowe. Dlatego pięćdziesięcioletnia Klementyna z pobocza drogi krajowej jest w zupełnie innej sytuacji niż dwudziestodwuletnia Nicole, która ma ograniczoną liczbę stałych adoratorów spełniających każde jej życzenie. Klementynę i Nicole różni posiadany kapitał społeczny i kulturowy. Jedna z nich jest wysoko w hierarchii społecznej, a druga – wręcz przeciwnie. Jedna owinęła sobie klientów dookoła palca, a druga – jest w naprawdę dużym stopniu zdana na ich łaskę i niełaskę.

Pomyślcie o tym. Pomyślcie i oceńcie sami, czy aby na pewno „płacenie za seks z założenia zakłada nierówność stron, dominację, przemoc i uprzedmiotowienie” w takim samym stopniu w przypadku ich obydwu. Nadmienię może jeszcze, że Klementyna dostaje kilkadziesiąt złotych od „lodzika”, a Nicole – grube tysiące złotych za wspólnie spędzany czas, w trakcie którego często nie dochodzi do stosunku.

Te dwie panie, „tirówka” i „kurtyzana”, wcale nie znalazły się w skrajnie innych sytuacjach z powodu podjęcia pracy seksualnej. O nie. Owszem, podjęły decyzję o tym, w jaki sposób będą świadczyć usługi seksualne, ale od początku zaczynały z zupełnie różnych pozycji – jedna z nich miała znacznie więcej przywilejów niż druga.

Czasami warto też spojrzeć na osobę klienta: na jego atrakcyjność i powszechność preferencji seksualnych. Jeśli nie jest mu łatwo znaleźć kogoś, kto weźmie jego pieniądze i da mu w zamian to, czego on pragnie, to gdzie ta władza? Ja w każdej chwili mogę mieć kilku innych klientów. On… błaga o moją uwagę. Niektórzy nawet się w tym odnajdują: lubią błagać, lubią być podnóżkami, ale dla części klientów to smutna konieczność. Co z tego, że mają pieniądze, jeśli te pieniądze przegrywają z pieniędzmi ludzi bardziej atrakcyjnych seksualnie? Relatywnie często dostaję oferty wielokrotnie przebijające moją godzinną stawkę. I mówię „nie”. Chodzi o usługi, których – podobnie jak multum innych pracownic – w ogóle nie oferuję.

Z powodu różnych przywilejów, wspomnianego wcześniej zaangażowania w relację i umiarkowanej atrakcyjności klienta dynamika władzy w usłudze seksualnej wcale nie jest taka jednoznaczna, jak chciałby Paweł Ostaszewski.

Odniosłabym się jeszcze do tego, że handel zakłada dominację kogoś nad kimś (już bez płci, bo męska prostytucja naprawdę ma się wyśmienicie), ale tej logiki naprawdę nie rozumiem.