4
Jan
2018
1

The Florida Project. Spojlerowe refleksje poseansowe

Obejrzałam “The Florida Project” – film, o którym ostatnio wspominałam. Rzeczywiście znakomita produkcja – choć na pozór bardzo lekka, wakacyjna i przez większość czasu radosna, pozostawiła cała salę jakby ogłuszoną. Po seansie, kiedy zapaliły się światła, w sali długo nikt nic głośniej nie mówił, a ludzie bardzo niemrawo zbierali się do wyjścia. Sama też byłam poruszona, głęboko w perspektywie głównej bohaterki filmu, sześcioletniej Moonee.

[spojlery]

Potem niestety włączył mi się mózg dorosłej osoby, dorosłej koleżanki Halley po fachu. Halley to mama Moonee. Osoba wzbudzająca sympatię i bardzo kochająca swoje dziecko, ale prymitywna, nieporadna życiowa i, niestety, totalnie niewydolna wychowawczo. Widzimy ją oczami córki. Jako matka Halley jest… cool. Równa. Jak starsza siostra albo koleżanka. Nie krzyczy, nie poucza, nie patrzy z góry na dziecko. Ale też nie wychowuje. Jest bez stałej pracy, ima się mniej lub bardziej ryzykownych zajęć: tańca w klubie go-go, odsprzedawania przechodniom kupionych w hurtowni perfum czy skradzionych opasek do Disneylandu. W końcu robi sobie z córką seksowne selfiaczki w bikini, a następnie, jakby przy okazji, prosi o strzelenie jej kilku fotek. Wrzuca je w sieć. I zaczyna przyjmować klientów. Gdzie? W pokoju motelowym, który zamieszkuje córka. Gdzie wtedy jest mała? Kąpie się. Czy Moonee i klienci mają ze sobą kontakt? Tak, co najmniej raz – kiedy klient (ten od skradzionych opasek) postanawia skorzystać z toalety i włazi prosto na małą.

I mnie tu wszystko opada.

Film przedstawia sceny interwencji opieki społecznej i zapowiedzi śledztwa przeciwko Halley (w Stanach już sama praca seksualna jest skryminalizowana) jako najgorszy koszmar i niewątpliwie dla małej koszmar to jest. Przecież kocha swoją mamę i swoich przyjaciół. Ale o rany, przyjmować klientów, mając za ścianą dziecko? Dla mnie to jest kosmos. Nie wiem, co zrobiłabym, będąc Halley, ale gdybym sama miała córkę, zaczęłabym od wynajęcia opiekunki i umieszczenia dziecka z dala od umawianych mężczyzn.  Sama Moonee mówi swojej przyjaciółce coś w stylu “coś dzieje się w moim pokoju”, czyli mniej więcej rejestruje rzeczywistość i za jakiś czas ją zrozumie. I co wtedy?

Nigdy nie zastanawiałam się wcześniej, co by było, gdyby moja mama świadczyła usługi seksualne, głównie dlatego, że to ostatnie, o co bym ją podejrzewała. Ale gdyby, to na pewno nie chciałabym, żeby to robiła w mojej dziecięcej obecności (i to bez słowa komentarza pomagającego mi to zrozumieć i oswoić). Przyjmowanie klientów to dla mnie wyższy stopień dorosłości niż bycie istotą seksualną i okazywanie sobie uczuć. I duże ryzyko. Bo przecież któremuś z obcych mężczyzn coś może odwalić, w Stanach jest sporo świrów z bronią “czyszczących świat” z pracownic seksualnych. Ja jako sześciolatka nie ogarnęłabym tematu, ale jako dziesięciolatka panicznie bym się takich facetów bała.  Nie wiem, jak godzą macierzyństwo i pracę seksualną inne kobiety oraz jak najlepiej to pogodzić – bo przecież większość pracownic seksualnych ma dzieci – ale miksowanie tych dwóch kwestii bez postawienia jakichś mocnych granic to, według mnie, nie jest ten kierunek.

“The Florida Project” miał mówić o dekryminalizacji usług seksualnych.  I choć jest to film rewelacyjny, to pod tym względem chyba się nie udał. Radzi sobie z mówieniem o stygmie – ten temat wybrzmiewa, szczególnie w scenie rozmowy z byłą przyjaciółką oraz zaraz po. Ale dekryminalizacji w tym filmie mało. Raptem wzmianka, że jest śledztwo. Więcej w tym filmie kwestii obyczajowych, takich, które mogłyby się wydarzyć również w Polsce. Co dzieje się z rodziną, kiedy ktoś jest długotrwale bezrobotną samotną, młodą matką? Jak sprawić, by nikt nie musiał sięgać po ostateczność, jaką jest przyjmowanie klientów w tym samym pokoju motelowym, w którym mieszka się z dzieckiem? Co zrobić, kiedy już to będzie miało miejsce?

Przyznam się, że nie wiem. Jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przeświadczona, że małej Moonee zadziała się krzywda. Oczywiście z jej perspektywy krzywdą było tylko zabieranie jej od ukochanej mamusi do innej rodziny. Ale przecież we wczesnym dzieciństwie nie oceniamy swoich rodziców tak, jak z perspektywy lat dorosłych, nie widzimy też wszystkich zagrożeń. Narażanie jej na kontakt z klientami uważam za coś złego, a Halley – za nie tylko zdesperowaną, ale i bezmyślną oraz, niestety, nieodpowiedzialną.

Film pozostawił mnie z wielkim “co dalej?!”, a nawet z wkurwem, że się tego nie dowiem – co uważam za znakomite, bo przynajmniej mała część widzów zainteresuje się tematem na tyle, by dowiedzieć się, co czeka obie postaci, które prawdopodobnie polubili. Obawiam się, że nic dobrego. W moim idealnym świecie ktoś by im pomógł ułożyć sobie życie, oczywiście razem, i pomógł młodej Halley ogarnąć macierzyństwo. Jednak wiem, że system opieki społecznej w Stanach nie jest bardziej wydolny niż w Polsce. Więc jestem zła na świat. Interwencja pod koniec powinna mieć miejsce, ale totalnie nie tak to powinno wyglądać.

Czekam, aż będzie można wyświetlać “The Florida Project” na spotkaniach filmowo-dyskusyjnych. Chcę słuchać o odbiorze innych i chcę rozmawiać o tym, co można zmienić, żeby takim Halley i Moonee było lepiej. A także o innych wątkach zasygnalizowanych w filmie – bo jest ich dużo.

No i czekam na tegoroczne Oscary. Gdyby to ode mnie zależało, przyznałabym kilka. Za scenariusz, za role Moonee i Bobby’ego i jeszcze nominację za rolę Halley. Może za najlepszy film też – ale nie znam innych kandydatów.

1

You may also like

Jestem uprzywilejowana i czasem o tym zapominam
Dlaczego chcę pełnej dekryminalizacji usług seksualnych