15
Feb
2018
3

Dlaczego nie warto dawać palca klientom?

Ostatnio znowu nie miałam pieniędzy, był sam koniec dnia roboczego (bez żadnego klienta), a ja czekałam na pizzę, kiedy zadzwonił telefon. Czy mogłabym zaraz, natychmiast przyjechać na drugą stronę miasta? No w sumie mogłabym, jestem gotowa do wyjścia, najwyżej odgrzeję sobie pizzę po powrocie. Ale pan przedstawiał swoje oczekiwania, przedstawiał, a mnie rzedła mina. Szybciej niż on zdałam sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, mimo to oczywiście podałam cenę. Zaczęły się jęki, negocjacje, targowanie. A w końcu padło sakramentalne “to ja za chwilę zadzwonię”. Oczywiście tego dnia telefon już się nie odezwał.

Nawet jeśli potrzebuję gotówki, nie schodzę poniżej pewnego poziomu cenowego. Powód jest bardzo prosty: “daj palec, to odgryzą ci całą rękę” (jak to podsumował mój przyjaciel). O ile mogę lekko wydłużyć spotkanie lub zaproponować dobrą cenę stałemu klientowi, o tyle super oferta w rodzaju “zapłacę ci 1/3 mniej niż powinienem, nie dając nic w zamian” stanowczo odpada. Wystarczyłby jeden komentarz na Garsonierze, że “z panną można się dogadać”, żebym nie miała już życia. “A czemu on mógł, a ja nie?” “No sorki, nie mam więcej, ale chyba się dogadamy?”. Nawet zmiana numeru by nie pomogła, bo panowie linkują ze sobą wątki poświęcone numerom telefonu jednej osoby.

Zdarzało mi się w przeszłości, że już doszło do spotkania twarzą w twarz, kiedy pan mówił, że ma przy sobie tylko 100 zł, czy to wystarczy? Nie wystarczało. Wolę nie zarobić 100 zł niż mieć zszarganą reputację. W ostateczności zgodziłam się kiedyś na odpowiednio krótsze spotkanie, ale to dlatego, że pana było na nie stać.

Bywa też, że dzwonią do mnie ludzie przekonani, że spotkanie we dwoje, dwóch lub więcej osób będzie kosztowało tyle samo, co z jednym panem. Kiedyś otrzymałam “super” ofertę, w której wychodziło mi 75 zł za “osobogodzinę”. I nie chodziło o lekkie spotkanko przy koktajlu, a hardcore. To tak, jakbym zaprojektowała komuś pełną identyfikację wizualną za 300 zł. Dobre dla amatorek zbierających pierwsze projekty do portfolio. Tylko że ja nie potrzebuję portfolio.

Są też klienci przekonani, że barter to dobre wynagrodzenie. Tu nie mam do końca jednoznacznego stanowiska. O ile nie przyjmuję wynagrodzenia w postaci kolacji czy drinku i nie uważam, by można było ją odjąć od ceny za spotkanie (“a jak się ładnie uśmiechnę, będę miły i kupię nam wino, to zejdziesz z ceny?”), o tyle pójście na zakupy i wybranie czegoś, co mi się autentycznie przyda… No, wtedy i tylko wtedy mogę negocjować. Ale w prezenty przeważnie celują ludzie, z którymi mamy zbudowane specjalne relacje. W sumie tylko dwa razy zdarzyło mi się zejść z ceny z powodu prezentu za pokaźną kwotę. Był też trzeci raz, kiedy umówiliśmy się z panem, że odliczy mi zakup czegoś drogocennego od wynagrodzenia, ale koniec końców był tak zadowolony, że stwierdził, że to będzie prezent od niego. Przedmiot służy mi do tej pory, a pan zasłużył (nie tylko dlatego) na specjalne miejsce w moim serduszku.

Za pewien rodzaj barteru traktuję zaproszenie na zapoznawczą kawę lub kolację. W to w ogóle nie idę, głównie dlatego, że zwyczajnie jest to dla mnie strata czasu. No dobrze, raz się zgodziłam – oczywiście nic z tego dla mnie nie wynikło, bo koniec końców pan okazał się korespondentem niechętnym, by wyłożyć na mnie jakiekolwiek pieniądze. Ucięłam kontakt. Od tamtej pory wychodzę z (bardzo odkrywczego) założenia, że skoro czas ze mną kosztuje jednakowo bez względu na to, co robimy, to panowie powinni wynagradzać moje towarzystwo nawet podczas kolacji zapoznawczej. Panom, kiedy to słyszą, jakoś rzednie mina, ale przynajmniej nie poświęcam swojej energii na utrzymywanie szeregu długoterminowych relacji opartych na codziennej korespondencji i sporadycznym płaceniu za seks (“dzisiaj seksu nie było, ale zaprosiłem cię do drogiej restauracji, więc to ci powinno wystarczyć”). Relacji korespondencyjnych utrzymuję obecnie kilka, ale to są bardzo szczególni ludzie.

Tak więc w moim modelu biznesowym podstawą jest stała kwota za “osobogodzinę”. Przy dłuższych spotkaniach, przy spotkaniach w większym gronie oraz w innych szczególnych okolicznościach “osobogodzina” jest oczywiście niższa, ale bez szaleństw. “Wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiała znajoma czarodziejka”.

3