6
Mar
2018
0

Czy Klementyna (53) jest reprezentacyjna?

Miewam czasem wrażenie, że intuicyjny podział pracownic seksualnych na te wyemancypowane i zadowolone oraz te sfrustrowane, nieszczęśliwe i zagubione, jest passe. Że powinno się wszystkie, mimo wielkiej różnorodności (dającej się jednakowoż sprowadzić do tych dwóch przeciwstawnych kategorii), wrzucić do jednego worka, zamieszać… i wykreować obraz Polskiej Pracownicy Seksualnej (PPS) i Jej Interesów oraz Potrzeb (prawa pracownicze – tak, pomoc w “wychodzeniu z prostytucji” – nie). Następnie można by jeszcze spośród tak zmiksowanych przedstawicielek Polskich Pracownic Seksualnych wyłonić kilka reprezentantek, wyszkolić je w reprezentowaniu społeczności i oddać głos. Wtedy reprezentantki Polskich Pracownic Seksualnych mogłyby wspólnie zawalczyć o swoje prawa i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, sprzedając seks.

Wygląda to na dobry przepis na sukces, tylko że jest “nieco” uproszczony. Osobiście nie mam lepszej propozycji, ale wątpliwości – aż nadto.

Jak wiecie, kiedyś pracowałam przez pół roku w przeciętnej warszawskiej agencji. Poznałam tam Klementynę (53; personalia zmienione) oraz kilka jej koleżanek.

Pamiętacie może stary, trzyletni wpis “Gorsze jest tylko morderstwo“? Jest właśnie o Klementynie i jej podejściu. Choć dramaty pracownic seksualnych są bardzo różnorodne (tu znajdziecie jeden z najnowszych artykułów), Klementyna jest bardzo reprezentatywna dla polskich pracownic seksualnych. Śmiem twierdzić, że dużo bardziej niż ja.

Oficjalny rynek pracy ją wypluł, kiedy przestała być piękna i młoda. Komputery ją przerosły – kiedyś ich nie potrzebowała, za to potem znienacka nagle stały się niezbędne, ale ona nie potrafiła nawet poruszać się po menu swojego telefonu, a co dopiero poradzić sobie z nowoczesną pracą biurową. Zmysłu przedsiębiorczego i siły przebicia nie miała – Klementyna to typowa pracownica z etatu, która czeka aż dostanie pracę. Nie umiała, nie chciała lub nie mogła skorzystać z kursów doszkalających czy pośrednictwa pracy, które w Polsce zresztą nie jest najlepsze. Standardowe oferty pracy dla niewykwalifikowanych kobiet 50+ – sprzedawczyni, opiekunka czy sprzątaczka – zostały przez nią odrzucone. Okazało się więc, że – choć kiedyś miała całkiem odpowiedzialne stanowiska – teraz jej najlepszą opcją została praca w agencji.

Pardon, jaka praca? Dla Klementyny nie było czegoś takiego jak praca seksualna. Było tylko sprzedawanie swojego ciała albo coś w tym stylu. Klementyna nigdy nie myślała o agencji jak o miejscu pracy, nie czuła się zatrudniona, nie uznawała szefowej, nie respektowała swoich godzin pracy. To było dla niej… miejsce. W którym robiła coś, czego nienawidziła i co uważała za poniżające i nieopisanie złe, ale dostawała za to pieniądze, których potrzebowała. Myślę, że nie rozumiała, że jej menedżerka ciężko harowała na to, żeby całość się kręciła – oddawała jej połowę zarobków, bo taki był przymus albo z podobnie bezrefleksyjnego powodu.

Próbowałam trochę zmienić jej podejście. Sprzedać jej ideę pracy. Znienawidzonej, ale pracy. Wyklęła mnie i nazwała moje podejście grzeszeniem. No to się wycofałam…

Klementyna jest osobą konkretną, ale dla mnie jest też symbolem. Zawsze, kiedy zapędzam się w myśleniu o wyemancypowanych, radosnych, spełnionych, ogarniętych życiowo pracownicach seksualnych, które są mniej więcej identyczne i mają takie potrzeby jak moje, przypominam sobie Klementynę i pozostałe kobiety z agencji, w których pracowałam.

Kilka było przeciętnych. Trzeźwo podchodzące do życia kobiety, które wybrały pracę seksualną, bo dzięki temu mogły utrzymać rodzinę albo zarobić na lepsze życie. Ale dosłownie co druga z poznanych przeze mnie koleżanek, to była osoba, która potrzebowała kompleksowej pomocy: nauki odpowiedzialności za siebie i swoje finanse, psychoterapii (do wyboru: PTSD, wypalenie zawodowe, depresja, uzależnienia od substancji psychoaktywnych), zaplanowania życia na nowo, doradztwa zawodowego i szkoleń. Była też jedna dwudziestolatka, która lubiła seks, ale jeszcze nie dorosła: przepuszczała pieniądze, nie miała na siebie pomysłu, nie umiała postawić granic. W jej przypadku na dwoje babka wróżyła – takie osoby albo ogarniają się z czasem, albo kończą jak czterdziestosiedmioletnia Nadieżdża – wypalona zawodowo alkoholiczka z rekordowo długim doświadczeniem w branży i zerowymi perspektywami na zmianę… chyba że ktoś by jej pomógł.

Do naszej agencji przychodzili czasem streetworkerzy z organizacji, której nazwy nie pamiętam. Postrzegani byli jak osoby, które przynoszą darmowe kondomy (“i dlaczego tak długo ich nie było?”). Siadali i rozmawiali o dupie Maryni oraz o klientach (nie za wiele zwierzeń usłyszeli), ale też pytali o nasze potrzeby. Najczęstsza odpowiedź: “znajdźcie mi normalną pracę”. Tyle. Dziewczyna z poważną depresją nie prosiła o umówienie do lekarza – temat był tabu. Prawie nikt nie interesował się miejscami, gdzie można się za darmo przebadać na STI i HIV. Ulotek o infekcjach nikt poza mną nie tykał.

Tylko z tą “normalną pracą” było kiepsko. Klementyna, nieznająca się w ogóle na komputerach, chciała pracować w biurze. Pomijając to, że bez kursów doszkalających była praktycznie bez szans, mam pewne wątpliwości, czy naprawdę chciałaby zmienić pracę. Otóż w agencji miała, tak jak ja, od zera do trzech klientów dziennie, przy czym pracowała też na półgodziny. Pozostały czas spędzała na oglądaniu telewizji albo na plotkach. Zarabiała, mam wrażenie, tyle ile może dostałaby w biurze, czyli 2000 zł na rękę. Ale pracowała około dwóch godzin dziennie, miała nieregularne godziny pracy, a czasem nie przychodziła wcale, bo “nie miała nastroju”. Czy praca w biurze, choć nie tak znienawidzona i “prawdziwa”, byłaby kusząca? Oznaczałaby sporo wyrzeczeń…

Klementyna nie chciała też podjąć żadnego wysiłku w kierunku znalezienia tejże pracy. Przez cały czas, kiedy ją znałam, nie zrobiła nic w kierunku zmiany swojego życia. Wyrażała tylko roszczenia: “znajdźcie mi ją”. Wydaje mi się, że to nie była kwestia złej woli czy lenistwa, tylko braku świadomości, że powinna podjąć jakieś działania: zarejestrować się jako bezrobotna, skorzystać z doradztwa zawodowego, iść na szkolenie z obsługi komputera i z poszukiwania pracy, opracować z kimś swoje CV, zacząć je rozsyłać, nauczyć się na nowo przechodzenia rozmów kwalifikacyjnych… Była naprawdę bardzo bierna. Totalnie utknęła w swoim życiu.

Kiedyś miałam okazję rozmawiać o pomaganiu pracownicom seksualnym i usłyszałam, że mówienie o pomaganiu jest niedobre. Że należy odrzucić myślenie o beneficjentach swoich działań i wyjść z założenia o partnerskiej współpracy. Pytać o potrzeby i odpowiadać na nie. Widzę w tym jednak pewne niebezpieczeństwo. Partnerstwo jest możliwe między dwojgiem dorosłych, równorzędnych osób. Klementyna do tego nie dojrzała. Życiowo była nieogarnięta jak przeciętna nastolatka. “Daj mi”. “Zrób to za mnie”. Ja do pracy z nią podeszłabym bardziej dyrektywnie: posłuchała o jej potrzebach, a następnie powiedziała jej, co ma zrobić, żeby osiągnąć zamierzone cele i naświetliła kontekst (“w urzędzie pracy możesz oczekiwać tego i tamtego”). Następnie kopnęłabym w tym kierunku, zobowiązując ją do podjęcia działań (“kiedy spotkamy się następnym razem, masz być zarejestrowana jako bezrobotna”). Edukowałabym ją, mobilizowała i wspierała w elastyczny sposób, odpowiadając nie tylko na potrzeby, o których mówi, ale także na te, które sama bym zdiagnozowała (podejście dyrektywne czy już bardziej partnerskie? głaskanie po główce czy kopniak?). Wierzę, że z czasem zaczęłaby być bardziej samodzielna. Ale takie wychowawcze podejście jest oparte na nierówności i władzy, a więc złe…

Inna sprawa, która mi się nasuwa, to aktywizowanie pracownic seksualnych, żeby zaczęły ze sobą współpracować i działać na swoją rzecz. Budowanie solidarności zawodowej. Empowerment grupowy.

O ile doskonale rozumiem, że to buduje pozytywną tożsamość i poczucie sprawstwa oraz użyteczności społecznej – na mnie działa super, lubię pomagać “swoim” – o tyle w przypadku takiej Klementyny wydaje mi się to skazane na porażkę. Otóż widzicie, w naszym pokoju socjalnym w agencji praktycznie nie rozmawiałyśmy o pracy. Były pewne wyjątki, na przykład “czy klient był normalny?” albo “dlaczego płaczesz? ktoś cię odrzucił, bo jesteś prostytutką?” lub “pamiętaj, żeby po spotkaniu z klientem ogarnąć na pokoju i w łazience”, zdarzało się też, że ktoś spuścił trochę pary po spotkaniu, ale generalnie temat był trochę tabu. Dziewczyny nie chciały rozmawiać o pracy, pardon, o tym, że są dziwkami. Siedziały i mówiły, co robiły wieczorem lub zanim tu przyszły, albo wymieniały się niezobowiązującymi ploteczkami na inne pozazawodowe tematy, wgapiały w telewizor lub zajmowały się swoimi sprawami. Trochę tak, jakbyśmy spotkały się towarzysko. Menedżerka respektowała to i poza koniecznymi rozmowami o finansach, wyjazdach i tak dalej, razem z nami budowała koleżeńską, a wręcz rodzinną atmosferę.

Wniosek: agencyjne pracownice seksualne wyraźnie nie chciały należeć do tej grupy zawodowej, wstydziły się tego, co je sprowadziło do mieszkania. Dlatego wątpię, żeby osoby, które nienawidzą swojej nie-pracy do tego stopnia, że o niej nie rozmawiają, chciały się integrować i wspólnie działać na rzecz pracownic i pracowników seksualnych. Prawidłowość potwierdza to, że zdecydowana większość osób, które widziałam na szkoleniach i spotkaniach integracyjnych, raczej swoją pracę lubiła…

Podsumowując ten przydługi tekst, standardowy aktywizm jest dla niektórych – tych, co się odnajdują w zawodzie. To jest grupa, która ma możliwość zmienić coś na lepsze w tej branży: zawalczyć o respektowanie naszych praw, edukować koleżanki i kolegów, zmniejszyć poziom stygmatyzacji. Ale pozostałym – tym nieszczęśliwym, z problemami osobistymi – najlepiej zrobiłoby, gdyby mogły zmienić pracę. W wmawianie komuś takiemu jak Klementyna, że praca seksualna jest fajna i powinien ją zaakceptować, jakoś nie wierzę.

0
  • Po ogłoszeniu nie da się poznać, kto jest taką Klementyną, a kto nie 🙁 Moje i jej ogłoszenie redagowała ta sama osoba – pracownik agencji, kierowca/informatyk/ochroniarz/inne – i Klementyna wydawała się w nim osobą, która lubi seks. Niestety.
    Nie wiem, jak wiele jest nieszczęścia wśród osób pracujących indywidualnie, ale nawet jeśli generalnie lubią swoją pracę, to ich ogłoszenia też czasem kłamią. Na przykład piszą, że lubią BDSM albo seks analny, a w praktyce robią to tylko dla pieniędzy, uważają za perwersję i jest im z tym źle.