15
May
2018
0

Domówka to czy agencja? Afera wokół mieszkania Gawłowskich

Media oszalały na punkcie agencji towarzyskiej w mieszkaniu polityka Gawłowskiego, a moje ptaszki powiadomiły mnie dzisiaj o chyba ośmiu tekstach na ten temat. Już nawet mi się nie chce linkować…

Jak zawsze okazuje się, że wszyscy doskonale wiedzą, jak wygląda świat usług seksualnych: że Gawłowski na pewno wiedział, że zarabiał na tym majątek pod stołem – bo za wynajem mieszkania na agencję to się płaci 5, 10 tysięcy, powiedział jeden ekspert. No i oczywiście – to była agencja towarzyska! Były prostytutki, tak?! Z wywiadu z panią, która tam rzeczywiście oferowała seks (chyba dosyć rzadko), wycięto fragmenty potwierdzające tę teorię. A z Gawłowskiego, który za uszami swoje najwyraźniej ma, zrobiono w dodatku kuplera.

Jak było naprawdę, oczywiście nie wiem, nie znam ani jego, ani jej, ale załóżmy raz, że ludzie mówią prawdę i Gawłowscy naprawdę nic nie wiedzieli, a w mieszkaniu była domówka, a nie pełnowymiarowa agencja.

Przede wszystkim – czym jest domówka? Domówka (prywatka) ma charakter, jak sama nazwa wskazuje, domowy. To mieszkanie, w którym sprzedaje się usługi seksualne, ale w którym nie ma baru, ochroniarza, rurki do tańca, telefonistki czy kilkunastu pań do towarzystwa, które ustawiają się w rządku. Wystrój jest zupełnie normalny, no, może gdzieś tam wisi dyskretny akt albo jest dużo świeczek. Często nie ma szefowej ani szefa – pracownice organizują się same, po koleżeńsku. Czasem szef jest i ma kilka takich mieszkań (miałam w czymś takim pracować i być zupełnie sama – trudno to nazwać agencją).

Granica między domówką a agencją jest nieostra (ja sama pracowałam w agencji, która próbowała udawać domówkę, tylko że mieszkanie było ogromne, a zatrudnionych pań – łącznie kilkanaście), ale możemy przyjąć, że agencja to poważna firma, a domówka to taki kameralny start-up w garażu.

O ile agencję trudno ukryć przed właścicielem mieszkania i sąsiadami, o tyle domówki są znacznie bardziej dyskretne. Mnie się udało zataić charakter pracy przed właścicielami mieszkania. Nie był to nigdy żaden problem. No, prawie nigdy. Raz była trudna sytuacja na klatce schodowej z sąsiadami, ale można ją było interpretować na wiele sposobów. Informacja o moim gościu na pewno nie poszła dalej – mam dobry kontakt z właścicielką i jestem pewna, że nic nawet nie podejrzewa.

Wywiad z pracownicą seksualną zamieszczony na Onecie jest wiarygodny. Osadzony w realiach. Sama osoba też brzmi realnie. Bardzo dużo kobiet organizuje się we dwie i dzieli koszty wynajmu, dużo też pomaga koleżankom w potrzebie, użyczając im pokoju do spotkań na czas przyjazdu do miasta. Wystarczy przelecieć się po ogłoszeniach w dziale Praca na Odlotach, by znaleźć ich anonse. Nie jest to zbyt legalne dla osoby, która podpisała umowę i płaci wynajmującemu, równocześnie pobierając opłaty od koleżanki, ale tak to właśnie działa.

Nam się wcale nie chce ujawniać przed właścicielami wynajmowanych mieszkań. Bo i po co? Skoro można pracować po cichu, dyskretnie, bez zwracania na siebie uwagi, bez problemów…?

Jest jeszcze jeden powód siedzenia cicho. Wynajmujący mieszkanie, który wie, że są w nim sprzedawane usługi seksualne i mimo to zarabia na wynajmie, łamie prawo. Nieświadomy niczego – nie łamie.

Moim zdaniem Gawłowski jest niewinny. Przynajmniej jeśli chodzi o art. 204 par. 2. kk.

0
  • On przede wszystkim (podobno) woli chłopców… Więc jeśli by miał się połasić, to tylko na pieniądze – pod stołem. Bo oficjalnie wykazywał 18k rocznie dochodu (przychodu?) z wynajmu a to stawka rynkowa. Że jest łasy na kasę – to akurat fakt. Nie wynikający tylko z oskarżeń o korupcję… Gdyby był heterykiem, albo agencja / domówka oferowała usługi “dla dżentelmenów”… wtedy można by się pokusić o supozycje, że a nuż… 😉