23
Maj
2018
3

„Warto rozmawiać” 21.05 – niby z nami, a jednak bez nas

Kilka dni temu dostałam zaproszenie do programu „Warto rozmawiać” emitowanego na TVP 1. Oczywiście odmówiłam. Raz, że nie wierzę w telewizyjną anonimowość. Dwa, że metody zapewniające anonimowość czynią człowieka niewiarygodnym: nie pokazuje twarzy, czyli się wstydzi / boi / nie można mu zaufać. Trzy, że katolicka w duchu debata na prawicowym kanale, z udziałem ludzi z różnych stron… to nie jest to, co przedstawicielki mniejszości lubią najbardziej.

Nie zrozumcie mnie źle, ja kocham media. Gdyby nie to, że nie pokazuję twarzy publicznie, szlajałabym się po każdym kanale i balibyście się otworzyć lodówkę. O ile tylko atmosfera byłaby przyjazna, prowadzący w temacie i nie byłoby rozmówców-debili, z którymi trzeba się przepychać.

„Warto rozmawiać” nie spełniało żadnego z tych kryteriów. Obejrzałam właśnie nagranie na TVP VOD i gdyby nie to, że właśnie czegoś takiego się spodziewałam, mogłabym napisać, że jestem zniesmaczona, a nawet zbulwersowana.

Rozmówców Pospieszalskiego było kilkoro. Iwona Demko, rzeźbiarka, która poruszyła w kilku swoich dziełach problem przymusowego świadczenia usług seksualnych,  Irena Dawid-Olczyk z La Strady (fundacji przeciw handlowi ludźmi) oraz dwoje polityków: Lech Jaworski z PO i Anna Maria Sierakowska z Partii Republikańskiej.

Była też Gosia, której zarys głowy pokazano aż dwa razy. Gosia nie została zapowiedziana przez twórców programu

Stręczycielstwo w internecie, agencje w mieszkaniach posłów i dziewczyny (sic!) na miejskich deptakach. A w tle – przemoc, zniewolenie i gangsterskie porachunki. Kto pociąga za sznurki w tym biznesie i jakie społeczne skutki ma przyzwolenie dla prostytucji? Co na to instytucje państwa, feministki i organizacje kobiece?

i nie była pełnoprawną rozmówczynią-ekspertką. Gosię wykorzystano, żeby najpierw nadać ton dyskusji, a potem odpowiednio ją spuentować. Wielka szkoda, bo bardzo dobrze wypadła.

Na wstępie powiedziała więc do kamery, że pracuje dobrowolnie i niezależnie (choć w przeszłości pracowała dla kogoś), że nie korzysta z żadnej ochrony, że nie boi się, że ktoś się upomni o procent dochodów, bo obecnie mafii w Warszawie nie ma – i w tym momencie prowadzący oddał głos „specjalistce” (na szczęście, przedstawicielce La Strady), stwierdzając z mocą całego swojego autorytetu telewizyjnego wyjadacza, że ta z pewnością się z Gosią nie zgodzi.

Następnie w dyskusji wielokrotnie czyniono z Gosi wyjątek, podkreślając, że dobrowolnych pracownic seksualnych (pardon, prostytutek, innej frazy nikt tam nie używał) jest zaledwie 4%, a reszta działa pod wpływem przymusu ekonomicznego lub jest ofiarami handlu ludźmi. Nikt jednakże nie wpadł na to, by zapytać Gosię, czy może i ją do podjęcia dobrze płatnej pracy skłonił przymus ekonomiczny. (Kto nie pracuje, bo musi, tylko dlatego, że chce, a tak naprawdę osiągnął już wolność finansową – łapka do góry!).

W finale dyskusji zapytano Gosię, czy jakby dostała ofertę pracy (nie sprecyzowano jakiej), która pokrywałaby wszystkie jej rachunki i pozwoliła godnie żyć, to czy zmieniłaby zawód. Gosia potwierdziła. Dziękuję, kurtyna, koniec programu. Ach, jeszcze zróbmy przebitkę na siostrę zakonną, streetworkerkę.

Tak więc niby pracownica seksualna była, ale jej nie było. Dam głowę, że mnie przypadłaby identyczna rola. Bo kto to widział, żeby jakaś dziwka wypowiadała się na równi z pracownicą fundacji ds. handlu ludźmi, doktor habilitowaną sztuki i dwojgiem polityków, z których jedno przygotowało się do udziału w programie, bo poczytało statystyki na stronach abolicjonistycznych organizacji feministycznych, zaś drugie wiele lat temu złożyło interpelację w tej sprawie?

Najsensowniejsza w rozmowie była oczywiście Irena Dawid-Olczyk z La Strady. Ta organizacja przynajmniej ma jakiś realny kontakt z ludźmi, których debata dotyczyła, więc wypowiedzi jej przedstawicielki były osadzone w kontekście. Na przykład przy omawianiu modelu szwedzkiego (polityczka, Anna Maria Sierakowska: to super sprawa, Iwona Demko: każde rozwiązanie ma plusy i minusy) Irena Dawid-Olczyk słusznie zauważyła, że wtedy dużo trudniej jest pomóc ofiarom przestępstw, bo nie ma z nimi kontaktu. Stwierdziła też, że delegalizacja pracy seksualnej (za którą zagłosowało 80% widzów programu) prowadzi do kryminalizacji i że gdyby egzekwować obecne polskie prawo, to byłoby całkiem dobrze. Oraz powiedziała, że powie to, bo nikt inny nie powie: są szczęśliwe pracownice seksualne, dzwonią do nich po takich programach i mówią, że istnieją. Podsumowując: ostrożnie, nie do końca po mojemu, ale z sensem.

Iwona Demko z kolei była słodka. Generalnie jest rzeźbiarką-aktywistką, jej sztuka zawsze realizuje misję (tu: zbawiania biednych dziwek), i kiedy prowadziła projekt-wystawę z udziałem pracownic seksualnych, te pod jej wpływem zmieniły zawód. To było jej „ukryte marzenie”. W tych konkretnych przypadkach też byłabym może za zmianą kariery, bo praca osób, o których mówiła, była totalnie top secret, nikt poza Demko o niej nie wiedział, więc na pewno wiązało się to z ekstremalnym stresem, no ale… Artystka miała też mocny tekst, kiedy tłumaczyła, na czym polegał projekt La Strady polegający na wytrenowaniu konkretnych pracownic seksualnych tak, aby były peer-edukatorkami, czyli działały na rzecz swoich koleżanek z branży. Podała mianowicie analogię: „alkoholik przeszkolony, żeby pracować z innymi alkoholikami”. Czemu nie gej? Bo geje są już za mało potępiani? Co ciekawe, Demko w kontaktach z pracownicami seksualnymi uważała siebie za tę osobę, która nie stygmatyzuje…

Zdaniem Anny Marii Sierakowskiej legalizacja pracy seksualnej w innych krajach to „legalizacja kupowania ludzi”, która walnie przyczynia się do rozkwitu handlu ludźmi, a model szwedzki to bardzo dobre rozwiązanie, które ograniczyło ten problem. Lech Jaworski z PO uważał za to, że wszyscy mężczyźni powinni czuć się źle w związku z tym, że mężczyźni kupują seks, a kobiety nie podejmują samodzielnie wyboru, że będą ten seks sprzedawać, tylko są „zmanipulowane, ogłupione propozycjami”.

Z kolei Pospieszalski za dobry przykład wskazał zamknięcie przez Amerykanów strony Backpage.com, na której osoby z szeroko rozumianej branży seksualnej reklamowały swoje usługi. I czy nie da się tak w Polsce? Czy La Strada nie próbowała tego samego? Tu właśnie padła odpowiedź ze strony Ireny Dawid-Olczyk o schodzeniu biznesu do podziemia i prowadzący przerzucił uwagę na model szwedzki, ale trochę mnie zaniepokoiło, że są ludzie w Polsce, relatywnie blisko władzy, którzy uważają, że to, co się dzieje teraz w Stanach (FOSTA/SESTA), to może być dobry pomysł. Internet to najlepsze, co przytrafiło się naszej branży – uczynił ją nieporównanie bardziej bezpieczną i na dobrą sprawę doprowadził do tego, że możemy pracować niezależnie.

Jak już zacznę kiedyś występować w telewizji, to jako warunek będę przedstawiać bycie pełnoprawnym uczestnikiem programu z równą ilością czasu antenowego. Żadnych setek, z którymi media robią potem co chcą (a propos, Dzień Dobry TVN też chyba coś niedługo zaprezentuje), żadnego ubarwiania dyskusji. Na razie pozostaje mi komentować programy po emisji.

3

You may also like

Barmankę w Belgii…, czyli nie znam się na sztuce współczesnej