17
Jul
2018
1

Dlaczego nie umawiam się w aucie?

“To może lodzika / szybki numerek w aucie?”, proponują czasem klienci. Albo mają fetysz adrenaliny, albo nie chce im się do mnie podjeżdżać, albo… nie wnikam, bo z marszu odmawiam.

Pierwszy, banalny powód: seks w samochodzie to totalnie nie moja półka. Kiedyś, dawno temu, nawet o nim fantazjowałam. Potem sprawdziłam w praktyce (raz) jak to wygląda. Było stresująco i upiornie niewygodnie. Na domiar złego nie dostałam wynagrodzenia, bo facet udawał, że spotkaliśmy się tak o, a ja nie miałam śmiałości zażądać, żeby ten wrażliwy, delikatny misiak wyciągnął portfel i uiścił należność. Tak, to było jedno z pierwszych spotkań “sponsorowanych” w życiu. Na osłodę dostałam kurczaka z KFC. A może burgera z frytkami z McDonalda. Trochę tanio…

No i tak właśnie mi się to kojarzy. Tanio, stresująco (potencjalni świadkowie) i niewygodnie. A ja lubię komfort. Najchętniej – luksusy. Oraz dyskrecję. Samochód nic z tego nie zapewnia. Chyba że byłaby to limuzyna długa na kilometr. Wtedy chyba bym uległa własnej ciekawości.

Drugi, znacznie ważniejszy powód, który kategorycznie przekreśla zgodę na seks w samochodzie, to kwestia bezpieczeństwa. Jeśli wsiadam do czyjegoś samochodu, to znikam z mapy. Moi bliscy tracą możliwość znalezienia mnie po zostawionych im danych. Bo przecież zawsze ich informuję “będę tu i tu w godzinach od do”. A samochodem mogę być zawieziona dosłownie wszędzie – i nawet tego nie wiedzieć. Bo może mi się wydawać, że jadę w miejsce X, a tak naprawdę kierowca wywiezie mnie w miejsce Y. I nie wypuści.

O ile jeszcze jest w miarę akceptowalnie, jeśli spotykamy się w umówionej restauracji, a potem jedziemy do hotelu, o którym wiem (to daje przynajmniej dwa miejsca, gdzie powinnam się była znaleźć, w dodatku przeważnie podróżujemy po centrum miasta, czyli z kamerami, zasięgiem, komunikacją miejską, obcymi ludźmi i innymi czynnikami budującymi poczucie bezpieczeństwa, a podczas kolacji mam szansę obejrzeć sobie człowieka), o tyle spotkanie na seks w aucie to właściwie gwarancja pojechania w nieznany ustronny zakątek. Bez ludzi. Bez kamer. Bez przystanku autobusowego. Las? Bardzo łatwo jest zrobić komuś krzywdę w lesie. I, jak tak to sobie wyobrażam, bardzo trudno jest się zorientować, że sprawca ma złe zamiary. Bo przecież to ma być dyskretne miejsce, tak? Nie chcemy świadków… tylko że on może ich nie chcieć z innego powodu niż ja.

Przyznam się szczerze, że powód numer jeden jest dla mnie na tyle ważny, że o powodzie numer dwa najczęściej w ogóle nie myślę. Wystarczy, że ktoś zaproponuje mi “lodzika w aucie”, a ja mam odrzut, bo to nie moje klimaty i najwyraźniej ten pan ma inne oczekiwania niż ja. Rzadko kiedy w takich okolicznościach dochodzi do spotkania, chyba że jednak u mnie (bo hotel wybrany przez pana prawdopodobnie byłby po kosztach, a ja jakiś czas temu wyrosłam z jednogwiazdkowców). Ale kiedy wyłączam “blee, nie, to nie ja”, to przypominają mi się artykuły o paniach pracujących na ulicy czy przy drogach krajowych, których zwłoki znaleziono gdzieś w lesie. I absolutnie nie mam ochoty ryzykować. Hotele są nieskończenie bardziej bezpieczne.

Oczywiście moje wymagania przekładają się na to, że mam mniej klientów niż ktoś, kto stosuje mniej wyrafinowane metody selekcji. Wielokrotnie moja odmowa komuś, kogo zainteresowało ogłoszenie i zadał sobie trud kontaktu, przekłada się na brak spotkania. Czasem to boli, bo na przykład nikt inny nie dzwoni, a byłoby miło zapłacić w terminie rachunek za telefon. Ale mówi się trudno. Bezpieczeństwo jest najważniejsze.

1