1
Sep
2018
3

Warszawskie kosmiczne nierówności

Rano Facebook wyświetlił mi bardzo ciekawy reportaż w Wyborczej o horrendalnie wysokich cenach warszawskich wyjść na miasto: do restauracji, kina, teatru. Tekst mi się bardzo podobał, bo przedstawiał i stronę konsumenta, i realia prowadzenia biznesu gastronomicznego oraz teatru. Wniosek, który ja mam po przeczytaniu tekstu: jako mieszkańcy tego miasta zarabiamy za mało w porównaniu z kosztami życia.

Teraz wróciłam z ciekawości do komentarzy i w większości są dość smutne.

Jak wiecie, znam życie w stolicy od dwóch stron: bardzo biednej i dość luksusowej. Moje miesięczne zarobki są bardzo zmienne, raz pożyczam na podstawowe produkty, a raz mogę się rozbijać po mieście i zapraszać przyjaciół na wspólny posiłek (próbuję jakoś to ustabilizować, ale co i rusz coś mi wypada). Dodatkowo przez klientów bywam zapraszana na różne wydarzenia kulturalne, na które zwykle byłoby mi szkoda pieniędzy, często mam wtedy dobre miejsca, a także jadam i nocuję w dobrych, drogich lokalizacjach. W efekcie co prawda często nie stać mnie nawet na McDonalda, Costę, kebaba czy chińczyka, ale równocześnie mam wyrobiony gust i traktuję te miejsca tak, jak na to zasługują – czyli jak fast-foody. Podczas gdy kiedyś posiłek z KFC był dla mnie wydarzeniem!

Tymczasem dużo komentujących krytykuje artykuł za bzdury. “Kto to pisał, chyba jakiś słoik, wcale tak nie jest!” przewija się raz po raz.

Jednym przeszkadza krytykowanie przeciętnych warszawskich cen, bo to przecież wcale nie jest dużo Cóż, może dla nich; ja kiedyś rezygnowałam ze spotkań towarzyskich, bo mogłam na nie przeznaczyć w porywach 15 zł (szaleństwo!) na kilka godzin siedzenia, rozmów i patrzenia, jak inni zajadają się sushi albo, w najlepszym razie, pizzą. Było to po prostu zbyt stresujące.

Inni kombinują jak się da, żeby te koszty sobie obniżyć. Na przykład wychodzą z knajpy, żeby zjeść coś z pobliskiego Carrefoura. Albo zmieniają miejskie rowery, żeby zmieścić się w limicie darmowych minut. Albo zamiast kupić dobre miejsce w teatrze, wykupują wejściówkę. I ja to rozumiem, dobrze jest być zaradnym i, przy skromnych dochodach, wciąż mieć dostęp do kultury i życia towarzyskiego. Jednak ci ludzie też krytykują ten artykuł – a moim zdaniem słuszniejsza byłaby krytyka zarobków, przez które muszą kombinować. Bo przecież jest różnica między wejściówką na spektakl, a zaklepanym, bezpiecznym miejscem w pierwszych rzędach, skąd widać mimikę aktorów… Notabene, pojawił się też komentarz kogoś, dla kogo chińczyk to już jest pełnoprawna restauracja. Oj, jak ja to dobrze znam.

Są też komentarze ludzi, którzy poniżają tych, co zarabiają mało – typu “ogarnij się, naucz się czegoś pożytecznego i poszukaj lepszej pracy”, tylko bardziej napastliwe. Mnie się nasuwa pytanie: a co jak ktoś jest na przykład nauczycielem lub urzędnikiem? Pensje są beznadziejne, odpowiedzialność ogromna, kompetencji potrzeba sporo… bardziej się opłaca iść do Biedronki. Są też tacy, co to doradzają wybór pomiędzy jakimś dobrem a innym (np. mieszkanie na kredyt lub wyjścia na miasto; teatr lub restauracja) albo ograniczanie tych dóbr (że wyjście co tydzień to ponoć przesada).

I wreszcie: “nie stać cię, to nie korzystaj” i “po co wychodzić, w domu można mieć to samo”. Ach, jakie to proste.

Trochę mnie smuci nasza mentalność. Najbardziej uderzyło mnie to “kombinuję / idę po linii najmniejszego oporu, więc tekst jest bez sensu, bo wcale nie jest tak drogo”. A jeśli jest? Co to zmienia? Bo moim zdaniem coś jednak jest nie tak, jeśli ta nieszczęsna przystawka za 20 zł to około 1% minimalnego wynagrodzenia brutto, a espresso w Rzymie kosztuje dwa razy mniej złotówek niż w Warszawie.

Daleka jestem od tego, by “każdemu po równo”. Nierówności istnieją i będą istnieć. Natomiast nie powinny być tak kosmiczne.

W sierpniu prawie zrealizowałam założenia finansowe (byłoby OK, gdyby nie tydzień choroby) i, według kalkulatora Razem, trafiłam do 2% najlepiej zarabiających Polaków (wg kwoty netto). Przełożenie na styl życia? Tak, kilka razy zapłaciłam za jedzenie na mieście (głównie ciastka i kawa), a dwa razy zamówiłam je do domu (nic nadzwyczajnego: duża i paskudna w smaku Pizza Hut, placki ziemniaczane, sałatka). Byłam nawet w kinie, a także kupiłam sobie trzy książki. Opłaciłam też moje abonamenty za kulturę onlinę (Netflix itp.). Nieźle. Nie narzekam, bo mam porównanie. Ale, choć marzyło mi się wyjście do teatru, uznałam to za coś powyżej moich możliwości finansowych i nawet nie szukałam ciekawych spektakli. Żeby pozwolić sobie na wyjście do teatru, musiałabym z czegoś zrezygnować.

A przecież po zarobieniu więcej niż 98% Polaków powinnam się pławić w bogactwie. Powinnam nie musieć wybierać. Powinnam móc wszystko. I to pomimo zaległości w płatnościach z poprzedniego, znacznie gorszego miesiąca. Tymczasem ja mam poczucie, że w tym miesiącu zaszalałam i wypadałoby żyć skromniej, bo przecież mam kredyty, czynsz, rodzinę i tak dalej.

To skąd się biorą ci ludzie, których na to wszystko stać?


Odkryłam dzisiaj “portal społecznościowy bez cenzury”, minds.com. Założyłam tam właśnie konto. Jeśli się zarejestrujecie, to będziecie mogli mnie śledzić jak na fanpage’u. Jak pewnie pamiętacie, Facebook nie chciał moich treści i uznał je za obsceniczne… Może tu będzie lepiej?

3
  • PiratRandkowy

    Trudno oczekiwać innych komentarzy, kiedy ma się na uwadze świadomość ekonomiczną większości społeczeństwa. Ludzie generalnie patrzą na dochód, podczas gdy tak naprawdę najistotniejsze są posiadane oszczędności i majątek. Przy zerowych oszczędnościach i majątku nawet ponadprzeciętny dochód nie oznacza dobrej sytuacji materialnej, bo dochód to coś przyszłego i w zasadzie niepewnego. Wystarczy utracić dochód i traci się środki do życia. Co gorsza, można popaść w długi. To pierwsza kwestia.

    Druga to koszty życia. Nie trzeba być ekonomistą, aby stwierdzić, że koszty życia w Warszawie są za wysokie. Płaca minimalna to ok. 1500 zł na rękę. Za tę kwotę trudno wynająć pokój, a co dopiero mieszkanie w Warszawie. Płaca minimalna nie wystarcza zatem do odpędzenia podstawowych potrzeb. Ludzie, którzy nie posiadają swojego mieszkania w Warszawie, a więc większość przyjezdnych, w zasadzie na własne życzenie spycha się na margines społeczny.

    Trzecia kwestia jest taka, że mimo wszystko i tak mamy lepsze warunki do życia, niż poprzednie pokolenie. W latach 70. czy 80. nie było rzadkością, kiedy dwie rodziny z dziećmi wynajmowały jedno mieszkanie. Ludzie mieszkali w hotelach robotniczych w warunkach, które dzisiaj byłby pożywką dla mediów. A jeszcze w latach 90. łazienki i toalety były wspólne dla kilku mieszkań.

    Ja omijam Warszawę szerokim łukiem, bo jest drogo. A dlaczego jest drogo? Bo ludzie chcą płacić za ułudę luksusu. Jak jakiś klient płaci trzy razy więcej za usługę seksualną, którą mógłby nabyć taniej, to trudno oczekiwać, aby osoba świadcząca taką usługę dobrowolnie obniżyła cenę.

    Gdyby ceny nieruchomości były niższe, to w zasadzie Warszawa nie byłaby takim drogim miastem, bo ceny żywności w sklepach mniej więcej w całej Polsce są takie same. Podobnie rzecz ma się z cenami w restauracjach.

    • O, to ostatnie mówił mi też przed chwilą znajomy – mieszka w małym mieście i porównywał ceny różnych rzeczy: jedzenia w domu i na mieście, rozrywek kulturalnych i właśnie mieszkań. Zademonstrował, że w Warszawie generalnie jest niewiele drożej, chyba że mowa o mieszkaniach, które faktycznie osiągają zawrotne kwoty (o tym też jest w artykule). Nawet maleńka, zatłoczona norka na końcu świata potrafi kosztować 1200 zł, i mowa oczywiście o pokoju, a nie kawalerce.

      Co do dochodu, oszczędności i majątku – masz oczywiście rację. Trochę to pominęłam w swoim tekście, po części z zamysłu na niego, a po części z zapomnienia.
      Za takie najbardziej kluczowe osobiście uznałabym oszczędności, bo majątek mam, ale nie mogę z niego skorzystać, a oszczędności zero – i przy byle kryzysie w rodzaju durnej infekcji albo spadku zapotrzebowania na seks w sezonie urlopowo-świątecznym mam dziury w budżecie.
      Ostatnio natknęłam się na rewolucyjną dla mnie tezę, że bezpieczniej jest spłacać kredyty i inne zadłużenia wolniej, a za to odkładać pieniądze na wszelki wypadek. To podejście jest sprzeczne z większością moich finansowych lekcji (długi najpierw! bezwzględna wojna! oszczędności zbierać potem!), ale wydaje mi się bardziej zdroworozsądkowe, bo teraz na zmianę się bardziej zadłużam i nadpłacam dopiero co powstałe zadłużenia, kręcąc się w kółko.

      • PiratRandkowy

        Minusem mniejszych miejscowości jest to, że oficjalnie w zasadzie nie można liczyć na wyższe niż minimalne wynagrodzenie w sektorze prywatnym. W praktyce sprowadza się to do tego, że otrzymuje się minimalne wynagrodzenie plus kilka stówek pod stołem (na czarno). Największymi pracodawcami są urzędu i ogólnie instytucje publiczne, do których przyjmowani są ludzie niestety zazwyczaj po znajomościach. Oznacza to, że poza wąskimi branżami nie można liczyć na regulowane przez rynek wynagrodzenie jak np. w Warszawie. Wynika to po prostu z tego, że jest kilku dużych prywaciarzy, którzy się dogadują co do wynagrodzeń.

        Jeśli więc ktoś ma mieszkanie w Warszawie, to w zasadzie łatwiej mu żyć niż komuś w mniejszej miejscowości na wsi. Trzeba bowiem doliczyć oprócz kosztów utrzymania domu (poza zwykłymi rachunkami np. koszty opału, remontów itd.) koszty dojazdu do najbliższego miasta. Z kolei z powodu braku komunikacji publicznej trzeba mieć swój samochód, a to kolejne koszty.

        I w tym miejscu dochodzimy do sedna problemu. Ktoś kto nie ma swojego domu w mniejszej miejscowości jest w tragicznej sytuacji. Rynek nieruchomości do wynajęcia w zasadzie nie istnieje, a wybudowanie domu praktycznie jest niemożliwe, bo przy takich zarobkach nie ma się zdolności kredytowej na laptopa za 5k zł, a co dopiero budowę domu. Zresztą po co budować dom gdzieś, gdzie nie ma perspektyw?

        W każdym razie wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ludzie z miast uciekają na wieś, a ci ze wsi do miast. Dla mnie najbardziej optymalny układ to mieszkanie i w mieście, i na wsi.

        Jeśli chodzi o oszczędności, to obowiązkowo trzeba mieć odłożone na kilka miesięcy do przodu na utrzymanie. Później można czynić kolejne oszczędności, ale należy pamiętać, że oszczędzanie dla samego oszczędzania to strata, bo nasze oszczędności zjada inflacja. Najpierw oszczędności, a później inwestycji. Na inwestycje dopiero można myśleć o kredytach. W pewnym sensie jako inwestycję można potraktować zakup mieszkania, ale to pod warunkiem, że ma nam przynieść dochód, który też pokryje koszty m.in. kredytu.

  • memo

    Dotyczy poprzedniego wpisu o seksie mocnym kiedy zaciskasz pięści. Jak to jest z tym seksem sensualnym i mocnym — dziewczyny narzekają, że tego drugiego (mocnego) nie lubią, a Ty napisałaś, że może to nawet sprawia przyjemność, co mnie zaskoczyło.

    Czy nie jest tak, że kobieta woli jak nic ją nie boli, a po seksie mocnym ma większą satysfakcję niż po tym sensualnym? Czyli czy nie jest to coś w stylu “mój mąż jest wspaniałym człowiekiem” ale “marzę o seksie z badboyem”?

    • Ogólnie lubię mocny seks (na zmianę z sensualnym), ale czasem budzi we mnie dyskomfort, bo jest już aż za bardzo. Tu chodziło o gardło, czasami to jest za duży penis w pozycji umożliwiającej zbyt głęboką penetrację, obijający się o szyjkę macicy – auć. Mimo to jakaś tam przyjemność w tym doświadczeniu z gardłem była. Nie “większa”. Nieduża. Ale jakaś.
      Jak mają inne kobiety z mocnym seksem, nie mam pojęcia, natomiast domniemam, że część z nich może potrzebować porządnego rżnięcia 😉 Choćby dla odmiany. Albo z takiej pierwotnej potrzeby bycia z samcem z testosteronem.

      • memo

        Ok, dzięki. Jak to był oralny mocny seks, to nie mój styl, bo jednak wolę powoli… Im wolniej tym lepiej.

        W dawnych czasach słyszałem ciągle o wielkości penisa. A teraz się cieszę, że jak się “złączymy najmocniej”, to właśnie nie dobijam do szyjki macicy, bo wiem że to kobiety boli.

        Często się zastanawiam jak wyglądałby właśnie ten pierwotny seks… wydaje mi się, że kobieta potrzebowałaby seksu raz na jakiś czas, ale wtedy dla pełnej satysfakcji musiałaby mieć kilku partnerów. Z kolei mężczyzna co kilka dni potrzebuje seksu. I natura to tak zgrała, że kobieta na raz może mieć wielu mężczyzn, a mężczyzna po orgazmie opada z sił i zainteresowania kobietą. Nawet myślę, że orgazm powoduje wibracje brzuszka, aby z jajników wytrącić jajeczka tak jak dzieci potrząsają jabłonką, aby spadły świeże jabłka.

        Efekt Coolidge’a z wiki: anegdotą o prezydencie stanów Zjednoczonych Johnie Calvinie Coolidge’u:
        Pewnego razu zwiedzał fermę drobiu wraz z żoną. Ta na wieść, że kogut może odbywać dziesiątki stosunków dziennie, powiedziała: Proszę powtórzyć to panu Coolidge’owi!. Gdy to zrobiono, prezydent spytał: A czy za każdym razem z tą samą kurą?. Usłyszawszy: Nie – ciągle z innymi, polecił: Proszę szybko powtórzyć to pani Coolidge!.

        Dziewczyny często się dziwią, że klienci chodzą do innych i do innych i do innych. Ale to nie wynika z braku zainteresowania, albo że inne są lepsze, tylko właśnie natura tak nas stworzyła. Ale jak się było u kilku innych to potem ogromnie ciągnie do tej pierwszej u której było cudownie.

  • Type B Negative

    Problem z tekstem na wyborczej jest taki, że moim zdaniem przedstawia dość odrealniona Warszawę, w której tak naprawdę mało kto żyje. Tuż obok jest Warszawa dużo tańsza, o której tekst mógłby być dużo bardziej przydatny dla ogółu czytelników. ale nieeee, po co, lepiej siać złe emocje i podziału.

    • To bardzo ciekawy komentarz! Na pewno z chęcią przeczytałabym artykuł o niedrogich rozrywkach w Warszawie – wiele z nich jest bardzo atrakcyjnych, a czasem trudno je odkryć. Przykładowo niedawno zwiedzałam muzeum miniaturowych makiet budynków sprzed II wojny światowej. Bilet nie był zbyt drogi, a muzeum bardzo mi się spodobało. Znalazłam je zupełnie przypadkiem, przechodząc obok. Są też atrakcje zupełnie darmowe. Chociaż niestety, jak się chce zjeść dobrze, to większość restauracji istotnie wychodzi drogo. Dobre miejsca w teatrze też kosztują.