11
Sep
2018
3

Co wspólnego ma wytrysk z etyką zawodową?

Dziś będzie woda na młyn dla osób, które nie lubią mojego bloga… Tak mnie jakoś zainspirował jeden komentarz z ust kilku klientów pod rząd i przeczytane oraz zasłyszane wcześniej uwagi o branży.

Chyba każda osoba uprawiająca seks chciała kiedyś, żeby to drugie już doszło – nawet jeśli uwielbia się sprawiać komuś przyjemność, to czasami jest tego po prostu za dużo, albo kogoś rozbolała jakaś część ciała, albo… powodów jest dużo.

Pracownice seksualne często mają swoje techniki doprowadzenia klienta do szybszego wytrysku. Nie przeczę, czasami się to przydaje – na przykład gdy mężczyzna chciałby już TO przeżyć, a jakoś mu się nie udaje i to widać. Albo kiedy kogoś boli kark i szczęka, i ręce też, i naprawdę dłużej już nie da rady. Ale niekiedy wygląda to tak, że on dopiero co wrócił spod prysznica, a już ma się ubierać i wychodzić, bo w cenie za godzinkę był tylko jeden raz. Powaga.

Fajnie jest to pokazane na filmie “My awkward sexual adventure”, o którym kiedyś tu pisałam. Główny bohater został zaprowadzony do salonu masażu z happy endem, a tam… och, co tam się odprawiało. Koniecznie musicie to zobaczyć!

No cóż. Jak wszyscy wiemy, większość mężczyzn nie umie przeżywać wielokrotnych orgazmów: mają jeden połączony z wytryskiem, a potem opadają z sił. Czasami potem mają jeszcze ochotę na więcej, ale dla wielu z nich zabawa jest po prostu skończona. Przeważnie tracą też zainteresowanie kobietą.

Zauważyłam, że większość moich klientów – tych przejmujących inicjatywę – planuje aktywności seksualne tak, żeby ich wytrysk był na samym końcu. Część z nich robi też przerwy podczas stymulacji ich penisa, najprawdopodobniej również po to, żeby wydłużyć przyjemność. Gdybym miała ich biologię, to też bym nie chciała za szybko kończyć… szczególnie gdybym zapłaciła za seks.

Pracownica seksualna wychodzi jednak często z innej perspektywy – jest w pracy. Niekoniecznie lubianej, choć nawet jeśli, to mamy tego seksu raczej sporo. Im więcej, tym trudniej odczuwać autentyczną przyjemność, no bo po pewnym czasie potrzeby stają się zaspokojone i nawet orgazm potrafi zamienić się w obowiązek służbowy. (Dlatego ŚL ma zawsze mniej spotkań w miesiącu niż miesiąc ma dni). Dodatkowo przeważnie podążamy za potrzebami klienta, a nie swoimi.

No i wtedy pojawia się pomysł, by szybciej skończyć. To znaczy, zrobić tak, żeby on szybciej skończył. Żeby można było prędzej z powrotem zająć się swoimi sprawami.

Przyznaję, idea jest kusząca. Zarobić i się nie narobić – któż by nie chciał? Ale to trochę nieładnie. Z dwóch powodów.

Powód pierwszy: to nieuczciwe. Tyle się mówi w środowiskach feministycznych o tym, że źli mężczyźni-klienci wykorzystują kobiety-pracownice seksualne. A tu mamy przykład odwrotnego wykorzystania: jego przez nią, tyle że finansowo. Też można.

Powód drugi, też związany z wykorzystaniem: jeśli ktoś jeszcze nie chce przeżywać orgazmu, a się go do tego zmusza, to jest to przekroczenie jego seksualnych granic. Czasami konsensualne, bywa i tak. Ale nie w tej sytuacji.

Żeby pójście na łatwiznę kusiło mniej, paradoksalnie najprościej jest, kiedy pracownica seksualna wykonuje swój zawód z pasją i dba o to, by tej pasji nie zatracić. Wtedy jest o wiele łatwiej zaangażować się w spotkanie, otworzyć na wzajemną przyjemność i chcieć ją dawać drugiej osobie.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń.

3

You may also like

Sztuka mówienia “nie”
Niezdrowa fascynacja
  • Marcin

    Bardzo trafny inciekawy artykuł. Ja co prawda byłem pòki co tylko na masażu erotycznym ale tam tez pieszczoty penisa sprowadzały się do jak najszybszego wytrysku…zero inwencji.

  • JJ

    Wprawdzie nie korzystałem jeszcze nigdy z usług płatnej miłości, ale z perspektywy osoby postronnej muszę przyznać, że opisana przez Ciebie sytuacja może wyglądać dość zabawnie. Sprowadzać się może bowiem do swoistej walki klienta z pracownicą seksualną o to, kiedy dojdzie do wytrysku 😉 I nie da się ukryć – z tego punktu widzenia brzmi to całkiem perwersyjnie. Dlatego też może być (dla klienta) bardzo przyjemne!