6
Paź
2018
4

Co najczęściej robię z moimi klientami?

Dyskusja pod ostatnim wpisem uświadomiła mi, że ponieważ nie lubię opisywać ze szczegółami konkretnych spotkań i nie zamierzam tego robić, przekłada się to na kompletny brak wglądu w charakter mojej pracy przynajmniej części czytelników – szczególnie tych, którzy nie wczytywali się w mikroblogi na moich stronach reklamowych, polskiej i angielskiej.

Dlatego spieszę donieść, że najczęściej w ramach spotkań:

  • Jadam w kilkugwiazdkowych restauracjach
  • Popijam kawę w ulubionej sieci kawiarni
  • Nocuję w kilkugwiazdkowych hotelach oraz apartamentach na wynajem
  • Oprowadzam pozawarszawskich i pozapolskich klientów po mieście (klasyczne must see: Zamek Królewski, Trakt Królewski i Stare Miasto, Łazienki, Ogród Botaniczny, Pałac w Wilanowie)
  • Zwiedzam muzea (Powstania Warszawskiego, Historii Żydów Polskich, liczne muzea sztuki dawnej i współczesnej)
  • Chodzę do SPA (sauna rulez, masaż jeszcze lepszy, a czasami jest też fryzjer i paznokcie)
  • Odwiedzam kluby swingerskie
  • Spaceruję po lasach, zdobywam szczyty górskie
  • Zwiedzam miasta klienta, na przykład byłam na Akropolu i na jarmarku świątecznym w Kolonii
  • Chodzę na koncerty, balet, przedstawienia teatralne
  • Robię zakupy odzieżowe, bieliźniane, biżuteryjne, kosmetyczne oraz w butikach erotycznych
  • Uczestniczę w szkoleniach rozwojowych
  • Oglądam z klientem filmy i seriale, słucham muzyki
  • Rozmawiam (życie, praca, edukacja, zainteresowania jego i moje, sprawy społeczne, polityka), najczęściej przy czerwonym winie, kolorowym koktajlu albo herbacie
  • Uprawiam seks waniliowy i kinkowy.

Jak sami widzicie, dzieje się dużo. Przez większość mojego czasu pracy to, jak uprawiam seks i co oferuję, nie ma większego znaczenia.

Co się wtedy liczy? Muszę być ładnie ubrana i lekko umalowana (choć to też nie zawsze, bo przecież nie do lasu czy na basen), muszę chociaż minimalnie orientować się w bieżących sprawach społecznych, politycznych i gospodarczych (choć klienci wybaczają mi ignorancję w kwestii szczegółów, bo lubią dzielić się swoimi przemyśleniami, a jestem wdzięczną słuchaczką), muszę władać angielskim (co najmniej jedna trzecia moich spotkań to obcokrajowcy w delegacjach i na wakacjach), muszę umieć się zachować w miejscach wymagających wysokiej kultury osobistej, muszę umieć pić alkohol z umiarem, muszę mieć swoje zainteresowania, plany na przyszłość i prywatne życie – bo to bardzo interesuje mężczyzn, z którymi się spotykam. Na plus jest też otwarty umysł i zachodnioeuropejski światopogląd, a także wysoka inteligencja, umiejętności interpersonalne, entuzjazm i, w przypadku dłuższych spacerów, wytrwałość.

Odkąd nie mam z powrotem swojego mieszkania do spotkań i nie przyjmuję klientów na godziny, jest mi zdecydowanie lepiej, bo takie spotkania jak wyżej (przeważnie w schemacie restauracja + hotel lub, w dłuższej wersji, wyjście + restauracja + hotel) stanowią 90%. Jestem bardzo daleko od schematu „masz ręcznik, weź prysznic, uprawiamy seks, pa” i jest mi z tym bardzo dobrze. To znaczy nadal lubię spotkania na godzinę, szczególnie z czymś do picia i rozmową poprzedzającymi seks, ale jako odmianę od dłuższych randek, a nie jako regułę.

4

You may also like

Dynamika władzy w usłudze seksualnej
Barmankę w Belgii…, czyli nie znam się na sztuce współczesnej
  • Zdzisław Śmietana

    Teraz do mnie dotarło. Chodzi o czas. O dostępność. Jak się idzie na zwykłą randkę, to trzeba znaleźć na to czas, a jak obie strony są zarobione, to poświęcenie komuś kilku godzin nieprzerwanej atencji w tym samym momencie zaczyna być mocno problematyczne. Można nie chcieć się bzykać, a po prostu poczuć, że ktoś się interesuje, że reaguje pozytywnie na propozycje robienia wspólnie różnych rzeczy, zamiast odpowiadać, że chętnie ale w przyszłym roku, bo mam napięty grafik. Teraz już wiem o co chodzi w kupowaniu randek. Może kiedyś, jak już będę stary i najbardziej będzie mnie kręciło, że chodzi ze mną po mieście młoda, ładna laska, którą w każdej chwili mogę na dodatek przelecieć. 😉 Teraz to nie dla mnie. Nie moje potrzeby. Ale rozumiem. Carry on. 😉