Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Realia pracy w agencji dla niekumatych działaczy lewicowych

Doczekałam się polemiki z moim tekstem o tym, co robi menedżer w naszej branży i za co pobiera opłaty. Polemika jest bardzo słaba merytorycznie, bo autorka oczywiście usług seksualnych w agencji nie świadczyła (albo bardzo dobrze się kryje) i powtarza zasłyszane stereotypy.

W tekście wyjaśniającym, na czym polega praca szefa/szefowej agencji chyba nie dość wyraźnie zaznaczyłam, w jakim miejscu pracowałam. Co prawda była to Warszawa, ale miejsce było bardzo przeciętne. Połowę zatrudnionych na stałe osób stanowiły imigrantki z Ukrainy i Białorusi. Wiele pań pracowało w zawodzie od dawna i nie miały na siebie innego pomysłu oraz nigdy nie rozmawiały o przyszłości. Panie z Ukrainy były w większości uzależnione od alkoholu i papierosów (jedna z nich zażywała również narkotyki), a panie z Polski miały depresję i wprost mówiły, że nienawidzą tej pracy, nikt o niej nie wie i żałują, że tak potoczyły się ich losy. Oprócz mnie pracę seksualną lubiła tylko jedna osoba, w branży od kilkunastu lat. Nie było mowy o „emancypacji przez prostytucję”, którą z upodobaniem przytacza autorka polemiki. Były zwykłe, smutne realia codziennej roboty, do której chodzi się, bo ma się rachunki do popłacenia, żołądek do napełnienia i inną istotę żywą na utrzymaniu (sporo pań miało dzieci, a moja najlepsza koleżanka – zwierzątka domowe).

Weronika Książek z upodobaniem przywołuje schemat „promila kobiet”, przypominając, że emancypują się kobiety w dobrej sytuacji życiowej lub czerpiące satysfakcję ze swojej profesji pracy i że (tylko) one dyktują warunki.

Chciałabym tu znowu przypomnieć, że w moim tekście mowa była o szefach i szefowych agencji. Do agencji raczej nie trafiają kobiety w dobrej sytuacji finansowej i zaradne społecznie. Te, jeśli chcą pracować seksualnie, uruchamiają biznes na własną rękę. Powinnyśmy się trzymać rozmowy o pracodawcach przeciętnych kobiet z trudną sytuacją życiową, bo takie osoby przeważnie zatrudniają się w agencji.

Weronika Książek zakłada, że pracodawcy „skrzętnie wykorzystują” nasz brak perspektyw i przymus ekonomiczny. No nie wiem.

Sama byłam bez perspektyw, a kiedy podjęłam decyzję o zatrudnieniu się w agencji, za ostatnie pieniądze kupiłam sobie ładną bieliznę. Następny zastrzyk gotówki miałabym nie wiem skąd. Byłam zdesperowana. Na tle innych dziewczyn wyróżniało mnie jedynie to, że – zgodnie z moimi przewidywaniami – polubiłam swoją nową pracę.

Trafiłam, jak już mówiłam, do agencji zupełnie przeciętnej. Takiej, jakich wiele można znaleźć w centrum Warszawy. Prowadziła ją – jak to się często zdarza – nie jakaś wyrachowana menedżerka, ale była pracownica seksualna. Miała dobrą wolę, działała z zaangażowaniem i swego rodzaju misją. W ramach swoich możliwości (fakt, że bardzo ukierunkowanych poprzez jej rolę zawodową) starała się pomagać trafiającym do niej kobietom. Dawała im dach nad głową, pożyczała ubrania i kosmetyki na start, wysyłała na początek do zaufanych klientów, żeby zapewnić miękkie wejście do branży. Brakowało jej przygotowania psychologicznego, prawnego, socjalnego i popełniała błędy, ale robiła co tylko mogła, żeby nam pomóc wyjść z tarapatów. Oponowała przed angażowaniem w sprawy fachowców (policję, lekarzy, terapeutów, pracowników socjalnych itd.), ale przypuszczam, że brało się to z lęku przed grożącym jej więzieniem. Ostatecznie w świetle prawa popełniała przestępstwo.

Branża seksualna w dużym stopniu opiera się na desperacji – zwłaszcza kobiet, imigrantek/ów, osób LGBT – ale to nie jest do końca tak, że alfons to jest ten zły, co wykorzystuje sytuację. Jego/jej rola jest znacznie bardziej skomplikowana.

Innym przekłamaniem jest to, że „osoby świadczące usługę mają niewiele do powiedzenia”. To nieprawda. Pracownice seksualne z agencji szybko robią się wyszczekane i ustawiają klientów równiutko, jeszcze przez telefon. „Przykro mi, tego nie oferuję, ale mogę dać ci numer do koleżanki, która to uwielbia” to najgrzeczniejsza forma komunikatu, której praktycznie nie słyszałam w naszym pokoju socjalnym. Raczej „pogięło cię? Palce mi będzie wtykał!” albo „spierdalaj, dupku”. Kobiety z mojej agencji w większości nie były otwarte i liberalne, to były zwykłe Polki (oraz Ukrainki i Białorusinki, ale one trzymały się osobno) wrzucone w kontekst seksualny. „Zbok” było jednym z ładniejszych określeń. Niejednokrotnie byłam w szoku, że można tak potraktować klienta. I to ich było mi szkoda. Dziewczyny ze stawianiem granic radziły sobie doskonale.

Miałam na przykład taką sytuację, że jednej z pracownic dopisano w tekście ogłoszenia, że oferuje coś, co ona osobiście uważała za chore. Podczas weryfikacji telefonicznej (klienci agencyjni są świadomi, że ogłoszenia często kłamią i dopytują o zakres usług) kobieta wyjaśniała więc, że to pomyłka. Jeżeli coś się komuś nie podobało – rozłączała się.

Tym, co zawsze budziło moje wątpliwości i nie było do końca konsensualne, był seks analny. Oferowało go kilka pracownic, przy czym co najmniej jedna wyłącznie z powodu dopłaty, która w całości szła do jej kieszeni. Dostawała dodatkowe pieniądze za coś, co ją bolało i czego szczerze nienawidziła.  Jednak żaden człowiek jej do tego nie zmuszał. Winne były realia rynku. Sto złotych różnicy przy rachunkach do popłacenia i dochodach sięgających zawrotnej kwoty dwóch tysięcy na rękę… Praca seksualna to bynajmniej nie jest jedyna branża, w której ludzie robią coś wbrew sobie dla dodatkowych stu złotych. Ja kiedyś dla takich pieniędzy robiłam inwentaryzację w sklepie. Osiemnaście godzin nieprzerwanej pracy fizycznej – od wieczora do południa. Jeszcze byłam z siebie dumna!

Pod koniec swojego tekstu Weronika Książek opowiada się za legalizacją. „[Państwo] powinno w jakimś zakresie ten rynek uregulować przez odcięcie jego patologicznego pnia. Dać pracownicom i pracownikom seksualnym dostęp do regularnych badań, wsparcie psychologiczne, możliwość porzucenia pracy w każdym momencie bądź odmowy określonych usług. Uznać ten zawód za specyficzny, nie stygmatyzować z pozycji wyższości moralnej prywatnych inicjatyw pracowników seksualnych, ale zwiększyć ich uprawnienia kosztem alfonsów i wszelkiej maści stręczycieli. Osoby będące w układach wyzysku z tych układów wyciągać. Przede wszystkim jednak postawić na edukację, która umożliwi świadome decydowanie o własnym ciele i omijanie raf w postaci prymitywnych handlarzy, obiecujących złote góry”.

O ile edukacja jest fantastycznym pomysłem (kto nie chce edukacji seksualnej ogólnej i dla poszczególnych grup społecznych, ręka w górę), o tyle nie chcę, żeby to państwo mieszało się do pracy seksualnej.

Państwo dające dostęp do regularnych badań pracownicom/kom seksualnym brzmi świetnie, ale w praktyce skończyłoby się to przymusem regularnego ujawniania się przed lekarzami jako pracownica seksualna. Moje koleżanki z agencji nie zrobiłyby tego za nic – ich wstyd był zbyt duży. Ja miałabym opory. Wsparcie psychologiczne też brzmi super, ale nie powinny go oferować instytucje państwowe (żadna z moich koleżanek z agencji nie chciałaby mieć pracy seksualnej w papierach), a organizacje pozarządowe. Im bardziej anonimowo, tym lepiej.

Możliwość porzucenia pracy w każdym momencie również brzmi znakomicie, ale co zaoferować zamiast niej? Ludzie tkwią w tej branży wbrew sobie najczęściej nie dlatego, że ktoś ich do tego zmusza („jak odejdziesz, to cię znajdę i pożałujesz”) tylko dlatego, że nie mają dokąd pójść. Trzeba by zlikwidować biedę, podwyższyć płace, ułatwić znajdowanie pracy kobietom z dziećmi oraz 50+, uczynić rynek nieruchomości bardziej dostępnym…

I wreszcie pastwo dające możliwość odmowy świadczenia określonych usług – to już jest populistyczna fikcja. Tego się nie da zrobić poprzez państwo. Bo jak? Przychodziłby do agencji funkcjonariusz państwowy i kontrolował? To tworzenie przestrzeni dla poważnych nadużyć. A może stworzyć odgórnie katalog usług legalnych i nielegalnych, gwałcąc przy okazji indywidualne preferencje?

Im mniej państwo będzie się wtrącało w naszą pracę, tym lepiej. To, czego potrzebujemy, to organizacje pozarządowe działające na naszą rzecz (niezależna od państwa, anonimowa i bezpłatna pomoc prawna, psychologiczna, socjalna, zdrowotna), powszechna edukacja seksualna i pełna dekryminalizacja.

A pani Weronice Książek oraz każdemu, kto chce o nas wyrokować na postawie swojej skromnej wiedzy i jeszcze skromniejszego doświadczenia, polecam zatrudnienie się w agencji. Na miesiąc. Chcę, żeby ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak nasza praca naprawdę wygląda, przestali się mądrzyć.

***

PS. Oprócz przeciętnych agencji istnieją oczywiście agencje lepsze i gorsze. Słyszałam o różnych patologiach. I o patologiach warto mówić. Ale przede wszystkim trzeba mówić o realiach. Takich, jakimi są. Bez demonizowania hurtem każdego pośrednika i rozpowszechniania bzdur. Ludzie muszą wiedzieć, że już teraz, w obecnych warunkach przymusu ekonomicznego, mogą znaleźć godne warunki zatrudnienia oraz że już teraz mają prawo mówić „nie”.

PS2. Zaraz mam spotkanie z dziennikarką… Trochę się cykam. Trzymajcie kciuki, żeby napisała fajny wywiad!

  • Adrian Ambroży

    Cześć, interesuje mnie statystyka – czy potrafisz oszacować jaka część dziewczyn (powiedzmy w Warszawie) z popularnych portali:
    1) pracuje w „patologicznych” miejscach?
    2) polubiła swoją pracę, tak jak Ty?

    • Na razie niestety nie, bo moje doświadczenie jest zbyt wąskie, ale za kilka miesięcy zacznę chodzić po agencjach i rozmawiać z zatrudnionymi tam kobietami. To mi da szerszy ogląd sytuacji.

      • Chodzenie po agencjach i rozmawianie z kobietami da ci lepszy ogląd niż dr Grzyb?

  • Emilia

    Moim zdaniem sedno niezrozumienia tematu przez Weronikę Książek tkwi w tym „Pułapka twierdzenia „zawód jak każdy inny” zasadza się też na tym, że odmawiamy sferze seksualnej jej intymnego charakteru, indywidualnych różnic we wrażliwości.” Reszta to tylko racjonalizacja poglądów.

  • „Chcę, żeby ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak nasza praca naprawdę wygląda, przestali się mądrzyć.”
    Argument ten kończy się gdy natrafisz na kogoś kto ma pojęcie i to lepsze niż ty.

    • To nie jest argument. To jest żądanie.
      Jak ktoś ma pojęcie, to znaczy, że możemy powymieniać się osobistymi doświadczeniami i perspektywami. Ciekawi mnie natomiast, co rozumiesz przez „lepsze”?

      • Takie, że nie tylko z własnego doświadczenia, które jest tzw. dowodem anegdotycznym, tylko z rzetelnej pracy naukowej jak u dr Magdaleny Grzyb, oraz świadomości i wiedzy o procesach społeczno-ekonomicznych w skali globalnej. Od siebie powiem że doskonale wiem że artykuł dr Grzyb opisuje prawdę a nie fikcję i ja tą prawdę widziałam.

        Najprościej rzecz ujmując, to że ty w Polsce pracujesz sobie w wygodnej agencji i zarabiasz pieniądze o których choćby mi się nie śniło, jest pracą na rzecz tego samego kapitału – dokładnie tego samego – który wykorzystuje wspomniane niewolnice w trzecim (albo i pierwszym) świecie. Więc w twoim interesie klasowym jest solidarność z niewolnicami, a nie z kapitałem.

        Solidarność robotnicza polega na tym, że nie wszystkim z nas dzieje się źle, niektórym z nas powodzi się dobrze, ale zamiast dawać przekupywać się dobrymi warunkami, razem wstawiamy się za tymi najsłabszymi.

        • Ja naprawdę wolę dyskutować z ludźmi, którzy czytają UWAŻNIE. Od wieków nie pracuję w żadnej agencji, a kiedy pracowałam, to zarabiałam kwoty zupełnie przeciętne.
          Dr Grzyb nie jest dla mnie żadnym autorytetem, w przeciwieństwie do dr Dziuban, bo nie umie ani czytać, ani pisać (nie chcesz wiedzieć, jak wyglądała pierwsza wersja jej tekstu). To, że perspektywa dr Grzyb pokrywa się z Twoimi osobistymi doświadczeniami, jeszcze nie wyrokuje o prawdziwości. Dla mnie ta kobieta bredzi.
          Interes klasowy? Solidarność robotnicza? Czy ja jestem w wehikule czasu?

        • Libertyn

          Prace naukowe zaś tworzy się, przynajmniej w socjologii (ale nie tylko) na dowodach anegdotycznych usystematyzowanych dzięki statystyce. Poza tym każdy reportaż to też dowód anegdotyczny, pamiętniki podobnież. Fakt że „The Authentic Narrative of the death of Lord Nelson ” pióra Sir Williama Beatty’ego, który w przeciwieństwie do autorów rzetelnych prac naukowych, był pod Trafalgarem, był na HMS Victory, łatał oficerów i marynarzy rannych w bitwie i był bez przerwy w promieniu 4 metrów od umierającego admirała, jest tylko dowodem anegdotycznym nie oznacza że każdy szanujący się badacz bitw i okresu w którym bitwa się wydarzyła pominie ów dowód anegdotyczny

          • Pozamiatałeś, Libertynie.

          • Obawiam się że nie robisz na mnie wrażenia, bo przypadkiem się zdarzyło że mam dość dobrą wiedzę o metodologii nauki i pozostaje mi tylko napisać – mylisz się, doucz się.

          • „Wiem, ale nie powiem”? Na moim blogu są wyższe standardy dyskusji. Doucz nas, skoro jesteś lepiej wykształcona.

Close