Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Tak dla ziemniaków, nie dla kartofli, czyli idźcie dzisiaj czytać Sonię!

Na początku spieszę donieść, że przyłożenie się do pracy w tym miesiącu przyniosło rezultaty. Maj zakończę na plusie. Hip hip, hurra, zgon.

Nie, przesadzam, aż tak zmęczona nie jestem, ale nie mogę się doczekać mojego urlopu w hotelu ze SPA. Kocham SPA. Długo nie wiedziałam, co dobre i dziwiłam się, co przyjemnego ludzie widzą w jechaniu gdzieś, gdzie zajmują się swoim ciałem. Ach, a to takie przyjemne… Oprócz lenienia się w saunie, będę też praktykować piesze i samochodowe wycieczki, wyskoczę za granicę i trochę się porozwijam. A wszystko w przesympatycznym towarzystwie: najpierw we dwoje, a potem w grupie przyjaciół, znajomych i ich znajomych. Żyć nie umierać.

Piątkowy wywiad ze mną ma chyba poślizg redakcyjny, za to dziś ukazała się odpowiedź na tekst Weroniki Książek będący – jak pewnie pamiętacie – odpowiedzią na mój wpis o pracy menedżera w branży seksualnej. Autorka, Sonia Milch zabiera głos z perspektywy antykapitalistycznej, co jest dla mnie o tyle cenne, że ja kapitalizmem oddycham i nawet nie będę udawała, że jest inaczej.

Zacytuję mój ulubiony fragment, notabene dość krytyczny względem mojego wpisu i podejścia:

Tekst Escort Girl odczarowuje wizerunek „alfonsa” z perspektywy kapitalistycznej. Co rzeczywiście należy uznać za skandal, bo przecież dlaczego nie wspomniano o spółdzielczości? Kolektywach pracowniczych? Związkach zawodowych? A no może dlatego, że legalizacji „stręczycielstwa”, za którą opowiada się Escort Girl, jeszcze w tym kraju nie ma. I może na to powinna zwrócić uwagę Pani Weronika, jako dobra lewaczka, że w obecnej sytuacji prawnej, wszelka samoorganizacja pracowniczek_ów seksualnych jest nielegalna. Jeżeli powstanie pierwsza w Polsce agencja towarzyska, w której wszystkie osoby świadczące usługi seksualne będą również zajmowały się organizacją pracy, będzie to piękne, ale też będzie przestępstwem. I choćby dlatego taki niehierarchiczny kolektyw w tym obszarze w najbliższym czasie nie powstanie. Ale zauważyć to mogą tylko osoby, które pracę seksualną traktują rzeczywiście jak pracę i nie tworzą wydumanych podziałów na ziemniaki i kartofle, czy pracownice seksualne i prostytutki.

Rzeczywiście jeśli chodzi o sprawy biznesowe, nie jestem „dobrą lewaczką”: przeczytałam zbyt wiele książek biznesowych i zbyt mocno pragnę kariery, sławy i niezależności finansowej. Dodatkowo nie za bardzo podoba mi się idea nieprzerwanego dawania ludziom pieniędzy, bo widzę, że to wcale nie pomogło moim bliskim wyjść z biedy (państwo opiekuńcze tak, ale mądrze rozporządzające pieniędzmi… utopia). Ale właśnie dlatego uważam tekst Soni Milch za tak dobry: nie dość, że jest kolejnym rozsądnym głosem w naszej sprawie, to jeszcze powinien trafić do wielu ludzi, którzy nie odnajdują się w moich kapitalistycznych narracjach. Idea agencji towarzyskiej, którą zarządzają pracownice seksualne (nie byłe pracownice czy jakaś elita spośród obecnych, tylko wszystkie obecnie tam pracujące seksworkerki) jest bardzo ciekawym, mocnym pomysłem. Którego rzeczywiście nie sposób zrealizować w Polsce, bo prawo wrzuca współpracujące pracownice seksualne do jednego worka ze „stręczycielami” (moim zdaniem chodzi tu raczej o przestępstwo kuplerstwa; „stręczyciel” to bardzo nadużywane słowo w dyskusji o pracy seksualnej).

Co jeszcze jest istotne u Soni, to jej komentarz do „wydumanego podziału na ziemniaki i kartofle”. Zatytułowałam swój wpis nawiązaniem do tego fragmentu, ale dopiero po chwili uświadomiłam sobie, czemu dla mnie to jest tak ważne. Chodzi o naszą solidarność zawodową. Sprzeciwiam się bardzo tworzeniu podziału na „dobrowolne” i „niedobrowolne”, „dobre” i „złe”, „pracujące” i „zniewolone”, „szczęśliwe” i „nieszczęśliwe” (etc.) pracownice seksualne. Bo nie to jest najważniejsze, żeby każdą z nas przypisać do jakiejś kategorii (w rzeczywistości granice są rozmyte), tylko to, byśmy wspólnie – wspólnie, podkreślam! – zniosły i znieśli opresję względem nas. Nie zrobimy tego, jeśli będą między nami podziały tego typu.

Całość artykułu Soni tutaj. Czytać!

Poza pracą nic właściwie się u mnie nie dzieje. Chociaż nie. Kilka dni temu byłam na coachingu związanym z moją przyszłą karierą zawodową. Jestem z niego bardzo zadowolona. Dostałam pracę domową, która stanowi dla mnie ciekawe wyzwanie: mam codziennie zapisywać wszystko, co mnie danego dnia zafascynowało. Zarówno duże Fascynacje, jak i te ulotne chwile codzienności. Ma mi to pomóc doprecyzować mój kierunek działania. Bo niby świetnie wiem, czego chcę, ale nie umiem nakreślić szczegółów tego marzenia.

PS. Już jest dostępny wywiad ze mną na stronie Fakt24.pl

Close