Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Zbawić dziwkę

„Save us from saviors”, głosi jedno z haseł na transparentach seksworkerskich z całego świata. Pojęcie „zbawiciela” do niedawna było dla mnie czysto teoretyczne, aż tu nagle los pokarał mnie w dwójnasób.

W niedługim czasie byłam dwukrotnie nawracana na „właściwą” ścieżkę. I mi się nie podobało!

Szlag mnie trafia, kiedy katolik lub inna umoralniona istota wciska się ze swoimi wartościami do mojego życia, ogląda je (obowiązkowo powierzchownie) i wyrokuje, że pomogłoby mi, gdybym znalazła sobie inną pracę. Pardon, pracę, jakąkolwiek, bo teraz przecież nie pracuję.

Ja katolika nie nawracam na poliamorię czy cokolwiek w tym stylu. Rozumiem, że pewnego muru nie przeskoczy i oczekuję jedynie pokojowej koegzystencji. Ale niektórzy nie potrafią koegzystować. Muszą wypuszczać niechciane macki „pomagania”. Tak jakby w ogóle byli kompetentni.

Powiedzcie mi, jaką wartość ma wskazówka Wujka Dobra Rada, żebym poszła do jakiejkolwiek pracy, nawet za 1300 zł, skoro to nie pokryje nawet 1/5 moich miesięcznych kosztów utrzymania? Ach, bo Wujek myślał, że ja śpię na pieniądzach, które przepuszczam następnie na byle co… No, nie. Tak jakoś.

Dochód = Przychód – Koszty. K-o-sz-t-y.

No to do korporacji, zaproponował Wujek Dobra Rada 2. Tam zarobię więcej… i umrę jako korposzczur. Tak się składa, że nadaję się do korpo mniej więcej tak, jak do opery, czyli w ogóle. Jestem skrajną indywidualistką i nie umiem się przystosowywać do reguł, które obowiązują „bo tak”, a równocześnie łatwo popadam w pracoholizm. Ale on oczywiście dopisał sobie inną historię.

Problem ze „zbawianiem” jest taki, że oni w ogóle nawet nie zapytali mnie o moje cele, potrzeby, zainteresowania. Po prostu założyli, że źle prowadzę swoje życie i oni – mniej lub bardziej obcy mi mężczyźni – teraz mi je naprostują.

A ja nie chcę. Mam dokładnie przemyślane i rozpisane, co chcę osiągnąć i w jakiej kolejności. Śmiem twierdzić, że przewyższam tym większość ludzi, bo większość żyje bez planu, kierując się na przykład… potrzebą pójścia do jakiejś pracy (jakiejkolwiek) czy potrzebą zawarcia związku małżeńskiego z jakąś osobą (pierwszą, która się napatoczy).

Nienawidzę podważania moich kompetencji oceny, czy jest mi dobrze w życiu, czy podejmuję dobre wybory itd. Naprawdę dobrze sobie radzę, przynajmniej jak na warunki, które były mi dane (niezbyt sprzyjające). I mam alergię na stereotyp „tej biednej dziwki, która utknęła w seksbranży i nie widzi dla siebie innych opcji”.

Wiecie, że dostałam sugestię ubiegania się o darmowy kurs czegoś, czego mogłabym się z łatwością nauczyć  ze źródeł dostępnych w Internecie gdyby tylko mi na tym zależało? Poczułam się naprawdę dotknięta. Nie zależy mi, bo to strata czasu. Wolę w tym czasie uczyć się czegoś, co przybliży mnie do wymarzonej przyszłości. Ale nie, niech „biedna dziwka” uczy się alternatywnego zajęcia i dołączy do grona niskoopłacanych prekariuszy, na pewno będzie jej lepiej i szybciej osiągnie swoje cele…

…ale zaraz, jakie cele? Jakie „szybciej”?

Widzicie, mam wrażenie, że dla niektórych nie liczy się, by człowiek był szczęśliwy tylko aby żył według odgórnie określonych zasad i wartości. Nieważne, że to nie są uniwersalne zasady i wartości, bo tym ludziom wydaje się, że powinny być. Że skoro im życie w ten sposób daje spełnienie lub jego ułudę, to inni też tak muszą.

Tak więc moje osobiste wartości i ambicje nie są ważne. Ja jako człowiek, indywidualność, nie mam znaczenia. Ważne jest tylko, żebym przestała już być biedną dziwką i aby zbawiciel mógł pogłaskać z dumą swoje skromne, wolne od pychy ego.

Jestem rozgoryczona, zawiedziona i zła.

  • Tęczowe Jabłuszko

    Naprawdę jesteś Święta. Zbawisz się sama – od rozgoryczenia, zawiedzenia i złałałałała wszystkich nieudanych zbawicieli tego świata :–))) Ach, jak tu pięknie było:
    https://www.youtube.com/watch?v=5yRgiXh2fP4

  • antyhipokryta

    Najzabawniejsze jest to, że jakakolwiek argumentacja utwierdza ludzi w ich opiniach. Byłaś tak miła, że nie wspomniałaś, że oni robią to nie po to by Ci pomóc, ale po to by się rozgrzeszyć. No bo cudzołożyć nie wolno, więc dobry uczynek uciszy sumienie.

    • Ale czy katolik może się rozgrzeszyć sam? Nie robi tego aby ksiądz po spowiedzi? 😉

      • zaciekawiony

        Może to takie magiczne myślenie, że będę miał lepiej, więcej w niebie, jak na ziemskim padole sam się „poprawię”, sądząc, że przecież bóg widzi, co ja pożytecznego robię?

        • A nie lepiej po prostu nie cudzołożyć? A dziwki próbować zbawiać przez telefon, tak aby w każdej chwili mogły się rozłączyć? Kiedyś całkiem dobrze rozmawiało mi się z jednym takim chłopakiem, dzwonił do mnie co kilka dni na służbowy numer i pytał, co słychać oraz obiecywał, że się za mnie pomodli. Kiedy miałam go dość, mówiłam, że miło się rozmawiało, ale muszę już iść.

          Ja tam wolę nie być katoliczką niż udawać, że kieruję się jakimś systemem wartości, robić dokładnie na odwrót, a następnie na pokaz wyrównywać rachunek. Równie dobrze mogłabym twierdzić, że kocham zwierzątka, znęcać się nad nimi w domu, a potem oddawać 1% na jakąś prozwierzęcą OPP i wmawiać sobie, że to zmazuje krzywdę domowego zwierzątka.

  • swann90

    Jak zwykle się z Tobą zgadzam. Tym razem na szczęście prawie.

    Zgłosiłbym jedynie zastrzeżenie do pojęcia katolika, jako istoty umoralniającej, choć nie zawsze moralnej. Prawdą (modne słowo w komentarzach pod tą dyskusją, ale masz moje słowo, że używam go bez żadnego ładunku filozoficznego, a jedynie w celach retorycznych) jest, że katolik w Naszym kraju kojarzy się z nadętą istotą przekonaną o własnej wyższości nad innymi i konieczności głoszenia Słowa Bożego o seksie (co zabawne, taka postawa jest tak silnie zakorzeniona w społecznym świecie, że przejawiają ją osoby, które sytuują się na biegunie religijnym całkowicie odwrotnym od chrześcijaństwa – jako przykład masz swoich biednych lewicowców, którzy Cię atakują, umoralniają (a może nawet gardzą w skrajnych przypadkach) jeszcze bardziej zaciekle od katolików/chrześcijan). Także uważam, że przekonanie o wyższości własnych racji moralnych jest przekonaniem dość u nas powszechnym, bynajmniej nie związanym tylko z chrześcijaństwem/katolicyzmem. Co do chrześcijaństwa to było ono przez pierwsze wieki swojego istnienia religią arcy-tolerancyjną i afirmatywną. Te czasy dawno niestety minęły głównie na skutek przemian obyczajowych w XIX i XX wieku. Wtedy to spora część chrześcijańskiej etyki (i chrześcijaństwo w ogóle) zajęła się regulacją seksualności. Taka postawa etyczna sprzęgła się potem z większością europejskich ideologii i systemów etycznych. W konsekwencji brak tolerancji dla nienormatywnych zachowań jest, moim zdaniem, cechą większości tych systemów etycznych.

    (Teraz przeczytałem, że stosujesz alternatywę „katolik lub inna istota umoralniająca”, co czyni mój komentarz niemal bezcelowym. Potraktuj go zatem jako głos Twojego chrześcijańskiego sympatyka, któremu też jest przykro, że z platońskiej triady Piękna, Dobra i Prawdy (w oryginale była inna kolejności, ale zmieniam wedle uznania) pozostała chrześcijaństwu jedynie Prawda pisana raczej z małej litery i rozumiana głównie jako: „sprawdzam Twoją seksualność”.