Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Podróż intymna

Dawno temu byłam niewinną dziewczynką z przekonaniami jak prawie każda niewinna dziewczynka w Polsce. Rozdzielałam zupełnie dzikie i nieskrępowane fantazje seksualne od romantycznego przekonania, że jak już poznam Tę Osobę, to będziemy razem do końca życia oraz miałam okropne wyrzuty sumienia, kiedy – gdy już byłam w związku – podobały mi się inne osoby. Nie radziłam sobie nawet z podnieceniem na widok pupy jakiejś ładnej koleżanki ze szkoły, a w Internecie wciąż można znaleźć moją starą wypowiedź o BDSM: coś, że nie rozumiem i że to dla zboczeńców i ja bym nigdy tak nie mogła. To była niesamowita hipokryzja z mojej strony, bo w tym samym czasie miałam bardzo ostre fantazje o porwaniach, chłoście i gangbangach. No ale za dnia w ogóle nie byłam ich świadoma, więc tak jakby ich nie było. Pisząc tę wypowiedź w sieci, chciałam podtrzymać mój ówczesny wizerunek osoby dorosłej, odpowiedzialnej i z tradycyjnymi zasadami, w zasadzie nawet konserwatywnej. Oczywiście całe życie „nie oglądałam pornografii”, choć kiedy kilka lat później, już jako osoba lewicowa i oświecona, rozmawiałam z kolegą i on poruszył temat hipokryzji swoich znajomych, momentalnie zaczęłam się starać dotrzymywać mu kroku i nawet, w mękach ogromnych, podjęłam rozmowę o ulubionych gatunkach.

Główny problem polegał na tym, że to w ogóle nie byłam ja. Od samego początku byłam bardzo pobudliwa, z dużym apetytem na seks, pasjonująca się tym tematem, no i oczywiście poliamoryczna. Raz po raz przeżywałam fascynacje kolejnymi napotykanymi ludźmi i za każdym razem wydawało mi się, że skoro mi się podobają, to jestem zakochana i pragnę żyć z tą osobą długo i szczęśliwie. Nawet jeśli dostrzegałam, że nie tworzymy dobrego materiału na związek, to do niego dążyłam. W myślach. I byłam zazdrosna i nieszczęśliwa, jeśli ta osoba interesowała się kimś innym. To, że można pójść z kimś do łóżka bez żadnych zobowiązań, w ogóle nie mieściło mi się w głowie.

Życie wbrew własnej naturze jest niezdrowe. Byłam wiecznie sfrustrowana i rozdarta i oczywiście nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero teraz widzę, na zasadzie kontrastu, jak bardzo męczące było okłamywanie siebie na każdym kroku.

Obecnie celebruję seksualną energię w sobie. Jeśli widzę jakąś ładną pupę, czuję w swoim ciele przyjemność i się cieszę. Nie ma znaczenia, czy coś z tego będzie. Po prostu uczucie jest przyjemne. Jeżeli ktoś mi się podoba – wysyłam mu sygnały, że jest dla mnie interesujący. Śmiało potwierdzam swoje preferencje. Jestem, zupełnie otwarcie, w wielu różnych relacjach uczuciowych i seksualnych. Dużo łatwiej akceptuję style życia i seksualne decyzje innych ludzi.

Wydostanie się z okowów antyseksualnej kultury, w której dorastałam, zajęło mi wiele lat dorosłego życia. Przez większość czasu była to podróż samotna, czasem w parze. Przyspieszyłam dopiero wtedy, gdy zaczęłam się otaczać ludźmi o podobnym światopoglądzie, dla których rozmowa o seksie jest równie naturalna jak o pogodzie czy jedzeniu.

Muszę przyznać, że nadal jest we mnie głosik, który czasem wtrąca się ze swoją antyseksualną oceną i dogaduje mnie lub znajomym. „Fe, nie powinniście tak robić, to niemoralne!”. „Jak to, oni będą wychowywać dziecko? Jak?!” itd. Niby nie dyktuje mi już, jak mam żyć, ale istnieje i czasem na przykład utrudnia mówienie wprost o swoich potrzebach. Ciekawe, czy kiedyś się zamknie tak całkiem.

  • Maya

    Jak myślisz, dlaczego zdecydowana większość osób, które nawet przez wiele lat miały swobodny stosunek do seksu, w momencie, gdy poznają kogoś, na kim im naprawdę zależy, wymagają – na zasadzie wzajemnej umowy – wyłączności? Im nie przestają się podobać inne pupy-ciała-ludzie, nie przestają ich pragnąć (biologiczny automatyzm), ale skłonni są do świadomego samoograniczenia. Jakby wyłączność związku stanowiła dla nich większą wartość od zaspokajania potrzeb z wieloma partnerami. Takie osoby nie oszukują siebie – wprost przeciwnie: są przekonani, że poliamoryczność pozbawiłaby ich głębokiego, wewnętrznego kontaktu z partnerem. Poliamarocznosć sprawdza się, być może, ale wtedy gdy jeszcze lub już nie kochamy, Miłość wprowadza nowy wymiar – wyjątkowości, wyłączności, oddania. Ludzie chcą w ten sposób kochać i być kochani. Jak myślisz, dlaczego?

    • Nie jestem pewna, czy rozumiesz, czym jest poliamoria. Jej rdzennie polskim odpowiednikiem jest wielomiłość – w tej formie kładzie nacisk na uczucia. Nie można więc mówić, że poliamoria sprawdza się, kiedy nie kochamy: ona jest kochaniem więcej niż jednej osoby. Czy to możliwe? Oczywiście. Przecież jako ludzie kochamy wiele osób, z każdą mając unikalną, wyjątkową relację. Doskonałym przykładem są i rodzice (nie ma tak, że nie kochamy mamy, bo kochamy tatę), i dzieci (każde z nich jest absolutnie wyjątkowe).
      Ludziom się wydaje, że monogamia jest lepsza, bo tak ich wychowała nasza na wskroś monogamiczna kultura z kultem „drugiej połówki”. Inne kultury pokazują, że to wszystko jest względne. Że samoograniczanie się może być wartością, ale nie musi. Może być zamiast tego cierpieniem i unieszczęśliwianiem się lub po prostu podcinaniem sobie skrzydeł. Każda relacja jest inna – tu nie ma żadnych prawideł.
      Znam poliamoryczne związki kilkuosobowe, gdzie w miłosnych relacjach pozostają trzy, cztery osoby. Jak najbardziej mają ze sobą „głęboki, wewnętrzny kontakt”.
      Warto pamiętać, że poliamoria to nie jest tylko seks. Sprowadzenie wielomiłości do „zaspokajania potrzeb z wieloma partnerami” to jej prymitywizowanie. Możemy być w poliamorycznych relacjach z ludźmi, z którymi nie utrzymujemy w ogóle relacji seksualnych – na przykład z naszymi najbliższymi przyjaciółmi.
      Nie jest też powiedziane, że obie strony w związku monogamicznym przestrzegają umowy, którą zawarły.. 😉

      Ja o sobie mówię, że jestem poliamoryczna, bo mnie nie ogranicza przekonanie, że monogamia jest czymś lepszym. Bywając w relacjach monogamicznych, nadal określałam się jako poliamorystka. Akurat w danym momencie wystarczała mi jedna osoba… ale to nie dlatego, że tylko wtedy ją kochałam, tylko raczej dlatego, że nasza wzajemna fascynacja wykluczała u mnie zainteresowanie się kimkolwiek innym. To się zdarza. Ale to raczej jest definicja zakochania, a nie kochania. Kochanie przybiera mnóstwo form i zmienia się na przestrzeni czasu.

      • Maya

        Tak, używamy tych samych słów w różnych znaczeniach. Miłość macierzyńska nawet powinna być poli, jeśli jest czwórka dzieci. Ale to trywialna poliamoryczność. Miłość o jakiej mówią buddyści czy chrześcijanie tym bardziej. Przyjaźnie również są trywialnie poli. Tutaj nie ma żadnego problemu. Poliamoryczność nietrywialna to AMOR + SEX, czyli pozostawanie w bliskim wewnętrznym i cielesnym kontakcie z wieloma osobami.

        Moje pytanie dotyczy tego, czy tak rozumiana poliamoryczność, dobra na pewny etapie i poziomie życia, nie jest czymś, co należy porzucić, gdy wejdziemy na wyższy, głębszy poziom kontaktu z drugim człowiekiem. Doświadczenia wielu ludzi, także byłych poliamorystów, zdają się potwierdzać tę hipotezę. Co więcej, wielu poliamorystów twierdzi, że będą nimi tylko do czasu, dopóki nie spotkają kogoś kogo naprawdę głęboko pokochają i zostaną przez niego pokochane. Poliamoria jest dla nich stanem zastępczym i przejściowym.

        Powtórzę moje pytanie: Dlaczego ludzie, którzy przez wiele lat pozostawiali w kontaktach poliamorycznych, w momencie, gdy poznają człowieka, którego obdarzają szczególnie intensywną, głęboką miłością, w sposób naturalny przechodzą od relacji poli do relacji mono? Przejścia w druga stronę, od relacji mono do relacji poli, są najczęściej skutkiem rozpadu, wygaśnięcia lub innego defektu związku mono.

        Być może kontakt z drugim człowiekiem na odpowiednio wysokim, intymnym, wewnętrznie głębokim i intensywnym poziomie musi być spersonalizowany i nie może być poli. Kontakty poliamoryczne są zawsze bardziej powierzchowne, instrumentalne, nie sięgają samego rdzenia drugiej osoby.

        Skąd wiesz, ze kultury poligamiczne i poliandryczne sprawdzały się równie dobrze jak monogamiczne? One prawie wyginęły. Przypadki różnego rodzaju komun (w USA, Danii czy Berlinie) są po prostu dramatyczne. Nie tylko przez narkotyki, ale także przez brak rozwoju, degenerację uczuć wyższych – odpowiedzialności za drugiego, empatii, troski etc. Może dopiero kontakt spersonalizowany pozwala rozwinąć takie wysokie uczucia.

        • zaciekawiony

          > Dlaczego ludzie, którzy przez wiele lat pozostawiali w kontaktach
          > poliamorycznych, w momencie, gdy poznają człowieka, którego obdarzają
          > szczególnie intensywną, głęboką miłością, w sposób naturalny przechodzą od
          > relacji poli do relacji mono?
          To mi się wydaje bardzo subiektywne. Co to są „szczególnie intensywne, głębokie emocje”? Jedni będą tak nazywać stan zakochania, inni miłości, kolejni przyzwyczajenia, lojalności, uspokojenia, oddania, przywiązania i poczucia wsparcia czy akceptacji. Wbrew pozorom związki emocjonalne z więcej niż z jednym partnerem występują. Mówimy o pierwszej miłości na przykład. Znamy także układy ménage à trois, choćby Michaliny Wisłockiej, jej męża i ich przyjaciółki. Czy tam nie było „szczególnie intensywnej, głębokiej miłości”? I to przez wiele lat. Można nawet powiedzieć, że gdy owo „szczególnie intensywne uczucie” przygasło, trójkąt miłosny się rozpadł. W dawnych kulturach był zwyczaj sororatu, gdy owdowiała szwagierka została poślubiana przez męża jej siostry. Co prawda nic nie wiadomo o emocjach w takim układzie, ale dlaczego mamy zakładać, że nie były „szczególnie intensywne” polegające na oddaniu, wsparciu i przyjacielskości. Ba, gdyby takie nie były, to śmiem twierdzić, że w ogóle taki związek nie przetrwałby. Do tej pory w świecie islamskim mogą występować małżeństwa poligamiczne. I znów, czy mamy tu jakieś prawo twierdzić, że relacja mężczyzny z jego maksymalnie czterema żonami jest trywialnie nie „szczególnie intensywna” emocjonalnie? Obecnie występuje w Indiach niewielka społeczność, w której w ogóle nie występuje idea małżeństwa. Tam rodzina skupia się wokół brata kobiety, który dba o jej dzieci, bo w 1/4 noszą jego geny. Stąd wniosek, że związek monogamiczny w ogóle ma korzenie ekonomiczne, z zawieranym kontraktem między rodzinami, by, podobnie jak tzw. małżeństwa dynastyczne chronić dobro rodziny, a nie gwarantować „szczególnie intensywne” życie emocjonalne. Z historii Maorysów znany jest okres, gdy po zasiedleniu nowej ziemi (obecnej Nowej Zelandii) i przy obfitości pożywienia w ogóle zanikła idea monogamicznej rodziny. Do tej pory w ich języku nie ma słów na oznaczenie siostry i brata (współczesne są pożyczkami z angielskiego). To znaczy, że nie przywiązywali znaczenia, kto jest ojcem dziecka kobiety.
          Z drugiej strony, ja doskonale sobie mogę wyobrazić współczesny związek kilku osób, którzy względem siebie odczuwają „szczególnie intensywne” emocje. Obdarzanie nimi więcej niż jednej osoby wydaje mi się oznaką świadomej dojrzałości zresztą. Na tym polega człowieczeństwo.

        • „Trywialna poliamoryczność”, „zawsze bardziej powierzchowne kontakty poliamoryczne”, „przyjaźnie są trywialnie poli” + ten cały „wyższy, głębszy poziom kontaktu z drugim człowiekiem”. Ech. Nie podejmuję się dyskusji. Przecież jesteś wszechwiedząca. Powiem Ci tylko, że totalnie nie masz pojęcia o życiu innych ludzi.

          • Maya

            Albo nie rozumiesz tego, co napisałam, albo nie potrafisz odpowiedzieć na postawione pytanie. Piszę „być może” – zastanawiam się. Ty posługujesz się epitetem. Twój styl sprawia wrażenie wszechwiedzącej i nie znoszącej sprzeciwu, a możesz mylić się w sprawach podstawowych. Czy nie możesz? Od problemu przechodzisz do argumentacji ad personam (atakujesz autorkę, a nie jej tezy i argumenty). To brzydkie. Zniechęcasz w ten sposób do dyskusji.

            „Trywialnie” używam w znaczeniu „nie budzące problemów” – mnoga miłość matki, mnogie przyjaźnie etc. Tutaj wszyscy jesteśmy poli. Nie ma o czym dyskutować.

            Przykłady, które podaje Zaciekawiony, można mnożyć. Dodałabym jeszcze ludożerców z Papui i Nowej Gwinei. Co z nich wynika? Że można i tak. Pytanie jednak, czy to norma, czy wyjątek w skali świata. I czy w tę stronę ewoluuje nasz gatunek? Raczej nie.

            Eksperymentować warto, ale takie eksperymenty – czasami przeprowadzane w skali kultur, czasami małych komun – pokazują, że związki poliamoryczne (amor + sex + poli) nie sprawdzają się w dłuższej perspektywie. Mają negatywne skutki psychologiczne, społeczne i ekonomiczne.

            Czasami, żeby coś zrozumieć, trzeba doświadczyć skutków danego modelu na sobie. Wadliwy model społeczny może utrzymywać się w kulturze lokalnej, sekcie czy komunie. Dopiero po latach widać, jaka jest jego rzeczywista wartość dla ludzi, którzy w tym modelu funkcjonowali. Przykłady z Indii, krajów islamskich czy komun tworzonych za Zachodzie są bolesne. Oczywiście, warto tworzyć różne modele społeczne i badać ich konsekwencje.

            Z góry nie wiemy, co jest najlepsze. Jednak ceną eksperymentu może być zmarnowane życie.

            Moja teza: poliamoryczni jesteśmy z braku lepszych perspektyw (tutaj: braku głębokiej, odwzajemnionej miłości). To działa, nie jest niczym złym, ale nie stanowi modelu optymalnego – raczej tymczasowy i zastępczy (czasami na całe życie – z powodu trwałego braku lepszych perspektyw).

            Fakty są takie, że przytłaczają większość ludzi odczuwa naturalną potrzebę wyłączności kontaktu z drugim człowiekiem, jeśli obdarzą go odpowiednio wysokim uczuciem. To może się zacząć od zakochania, potem przybrać postać dojrzałej miłości. Dotyczy to także ludzi, którzy na pewnym etapie swojego rozwoju byli poliamoryczni. Przestają być tacy, gdy naprawdę kogoś pokochają. Czego Ci życzę.

            To bardzo prosta myśl. Nie widzę powodu, by tak się denerwować.

          • Ubawiłaś mnie serdecznie życzeniami, bym kogoś naprawdę pokochała. Stawiasz pytania? O nie. Założenia. Błędne. I dorzucasz mnóstwo swoich ocen, choćby tu „Kontakty poliamoryczne są zawsze bardziej powierzchowne, instrumentalne, nie sięgają samego rdzenia drugiej osoby”. Ble.

            Mnie się naprawdę nie chce dyskutować z kimś, kto uważa życie uczuciowe moje, moich bliskich i znajomych za „powierzchowne i instrumentalne” i ma czelność to mówić pod płaszczykiem uprzejmego stawiania pytań i formułowania tez. To bezcelowe. Zakładasz, że wiesz lepiej ode mnie, jakie mam życie oraz jak żyją inni ludzie. Stwierdzam fakt, nazywając Cię wszechwiedzącą – to nie atak.

            Na pewno masz lepsze zajęcia niż produkowanie się na blogu osoby, którą do siebie zraziłaś i która drugi raz informuje Cię, że nie zamierza podejmować dyskusji, więc bądź łaskawa mi nie odpowiadać. Wiem, że pewnie będziesz chciała mieć ostatnie słowo, ale ja tego nawet nie będę czytała. Pa.

          • Maya

            Skoro „wiesz, że będę chciała mieć ostatnie słowo”, to nie mogę go nie mieć. A ono jest takie: sama żyję poliamorycznie. Moja teza dotyczy tak samo mnie, jak I Ciebie. Ale mnie to nie martwi, gdyż jestem otwarta na więcej niż powierzchowne poli, czyli na głębokie mono (bywa zdegenerowane mono i subtelne poli). Tak to wartościuję, co Ciebie obraża i denerwuje. No trudno. Musiałam trafić we wrażliwy punkt. Sorry. Uspokaja mnie to, że nie będziesz tego czytała.

          • zaciekawiony

            > Przykłady, które podaje Zaciekawiony, można mnożyć. Dodałabym jeszcze
            > ludożerców z Papui i Nowej Gwinei. Co z nich wynika? Że można i tak. Pytanie
            > jednak, czy to norma, czy wyjątek w skali świata. I czy w tę stronę ewoluuje
            > nasz gatunek? Raczej nie.
            Po co określenie „ludożercy”? Po to aby zdeprecjonować innych ludzi? Bo według Ciebie tylko Twoje zdanie na temat „wyższości” monogamii emocjonalnej jest słuszne? Inni według Twojej oceny są „gorsi, nierozwinięci, barbarzyńscy”? I nie przysługuje im wartość „emocjonalnej miłości”? Jeśli uważasz, że uczucie miłości można stopniować i oceniać w ten sposób innych, odbierając im cząstkę siebie, to jak nazwiesz fakt, że zakonnice są poślubione Bogu, czy Jezusowi, nie wiem dokładnie? I co to za „wysoka emocjonalnie poliamoria” wtedy ma miejsce?
            Co to jest „norma” w dziedzinie miłości i relacji miłosnych? Norma nie jest czymś „wyższym”, danym, lecz umówionym i na ogół chroniona prawnie w konkretnej społeczności. Ewolucja gatunku też tu nie ma nic do rzeczy, w czasach współczesnych nie występuje, nie musimy walczyć o pożywienie, przetrwanie i przestrzeń, medycyna zrobiła ogromne postępy, i praktycznie dobór naturalny nie działa. Więc mówienie o „ewolucji” świata w zakresie „miłości emocjonalnej”, że tylko emocjonalni monogamiści będą się prokreować jest chybione.
            Po prostu – nie oceniajmy, nie nadajmy etykietek, nie różnicujmy, kochajmy się wszem i wobec i sprawiedliwie, wszyscy na to zasługujemy w takim samym stopniu.

          • Maya

            „Ludożercy” to był żart. Jego sensem było zwrócenie uwagi na to, że wskazanie na przykład jakiejś wspólnoty, społeczności czy kultury to za mało, by wykazać, że zasady w niej panujące mogą stanowić dla-nas-dziś normę społeczną. Mogą być historyczną anomalią, która gdzieś przerwała w postaci szczątkowej. Trzeba sprawdzić, do jakich konsekwencji społecznych i psychologicznych prowadzą takie zasady.

            Mam wątpliwości, czy normy społeczne są tylko efektem umowy. Niektóre tak. Ale są też normy wyrastające z natury człowieka. Nie jest łatwo powiedzieć, jakie to normy. Odkrywamy je metodą prób i błędów. Bywają wynaturzone normy społeczne, bywa wynaturzone prawo (np. prawo eugeniczne w USA w latach 20. XX wieku, które zainspirowało HItlera).

            Wydaje mi się, że emocje, uczucia, bliskość, intymność, przyjaźń, kontakt, zaufanie itd itp. są wielorako stopniowalne. To, że istnieją wyższe poziomy czegoś, nie deprecjonuje poziomu niższego – jedynie umieszcza go w pewnej hierarchii.

            Mała przyjaźń nie ulega deprecjacji przez to, że są wielkie przyjaźnie. Mój poliamoryzm nie zostaje poniżony przez to, że uważam, iż możliwa jest wspaniała, głęboka, dziś dla mnie niedostępna miłość w pełni monogamiczna. Wydaje mi się, że ta tendencja do miłości monogamicznej jest jakoś wpisana w naszą naturę psychologiczną. Na poziomie biologicznym może być inaczej. Ale kto powiedział, że nasza natura jest jednorodna. Jest raczej wieloraka i pełna sprzeczności. Stąd liczne dramaty (Freud miał wiele racji; id, ego. superego – to przybliżenia, ale trafnie oddają niejednorodność naszej natury).

            Dobór naturalny działa cały czas – na poziomie biologicznym, społecznym i psychologicznym. Ewoluują społeczeństwa, systemy ekonomiczne, a także umysły. Niewykluczone, że Homo sapiens wkrótce przestanie istnieć lub zostanie zastąpiony przez … sztuczną inteligencję.

            Kochajmy się jak najbardziej. Ale też bądźmy autokrytyczni, umiejmy odróżniać pożyteczne od szkodliwego, dobre od złego. Nie bójmy się błądzić. Nie da się myśleć krytycznie bez oceniania – na każdym poziomie naszego życia. O, to mi szkodzi, a to pomaga. O, to powoduje cierpienie, a to uprzyjemnia mi życie. O, ten system ekonomiczny prowadzi do upadku, a tamten do rozwoju. Itd itp. 🙂

            O poliamorii zaślubionych Jezusowi boję się pisać, może znowu ktoś poczuje się dotknięty. Ale tam chyba nie ma seksu, więc w mojej terminologii to „poliamoria trywialna” 🙂