Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Prekariuszka czy bizneswoman? 

Przygryzam wargę, kiedy słyszę o prekarnych warunkach niezależnej pracy seksualnej. Owszem, pracujemy na czarno i nie przysługują nam profity z umów o pracę, ale do cholery, nie jesteśmy ani niewolnikami swojego etatu, ani też nikt nas nie wyzyskuje.

Moja praca nie liczy się do emerytury i do ubezpieczenia zdrowotnego. To prawda. Ale nikt mi nie odlicza składek. Ani, skoro już o tym mówimy, podatków.  To oznacza, że mam z czego na własną rękę odkładać co miesiąc odpowiednie kwoty. Uroki wolności: odpowiadam sama za siebie.

Zarabiam na tyle dużo, by móc dość swobodnie priorytetyzować wydatki. Co miesiąc dostaję, z samej tylko pracy seksualnej, kilka, czasem kilkanaście tysięcy złotych. To czyni mnie bogatszą niż dziewięćdziesiąt procent Polaków. Pieniędzy nadal jest za mało, ale to dlatego, że pomagam rodzinie, spłacam kredyt inwestycyjny (formalnie konsumpcyjny, ale na nim zarabiam), kształcę się, opłacam leczenie własne i bliskiej osoby… Itp. Stać mnie na to. Nawet przeznaczam trochę pieniędzy na cele charytatywne. Rysie z puszczy, skatowane koty, umierające dzieci i użyteczne społecznie startupy. Trochę to nieodpowiedzialne z mojej strony, ale jakaś kwota zawsze poleci.

Niedługo będę myślała o odkładaniu na fundusz bezpieczeństwa. Dość ryzykowania! Aktualnie jeśli się rozchoruję, to momentalnie popadam w kłopoty finansowe. Chcę zbudować poduszkę w postaci miesięcznych dochodów – odłożyć taką kwotę i trzymać na czas niezdolności do pracy. Winter is coming.

W dalszej kolejności spłacę przedwcześnie kredyt, a potem zacznę odkładać na emeryturę. Jeszcze mam czas, ale im szybciej zacznę, tym lepiej.

Muszę też zmieścić w budżecie ubezpieczenie zdrowotne. Aktualnie kupuję leki za 100%, no i w razie wypadku miałabym kłopot. Pora to zmienić. Praca seksualna ubezpieczenia nie daje, rejestracja jako bezrobotna to łamanie prawa, fikcyjne zatrudnienie też… Pozostaje mi samej odprowadzać składki. Obecnie to około 400 zł miesięcznie. Dam radę.

Praca seksualna jest trudna, ryzykowna, ostatnio mnie męczy. Wiele można o niej powiedzieć. Ale żeby samodzielny escorting czy porównywalny dochodowo zagraniczny biznes multimedialny miał być prekarny – to już jest przegięcie. Nie przy takich stawkach. Jeśli ktoś za godzinę pracy bierze nie 10, ale 200 zł, to nie ma prawa narzekać na prekariat. Jest przedsiębiorcą, a nie prekariuszem.

Inna sprawa, że jak tak patrzę po koleżankach, to wiele z nich potrzebuje na gwałt jakiegoś kursu z zakresu edukacji finansowej. Dziewczyny często nie potrafią odkładać pieniędzy, prowadzić budżetu, określić ile zarobiły w minionym miesiącu. Nie wspominając o priorytetyzowaniu i planowaniu wydatków. Sama tego niedawno nie umiałam.

Przyczyną mojej ignorancji finansowej jest banalna – jak wielu ludzi, także ja nie miałam dobrych wzorów. U mnie w domu po wypłacie urządzało się szaleństwo zakupowe, a pod koniec miesiąca były pożyczki do pierwszego. Oprócz tego trzymano standard życia dzięki kredytom (pierwszy poszedł na kolorowy telewizor), potem kredytom konsolidacyjnym… Aż w końcu przyszedł komornik. Wszedł na pensję, a kiedy ta przestała się pojawiać, nie pozostało nic.

Sama przepuściłam w życiu tyle gotówki, że mogłabym o tym napisać książkę. Ale niewiedza to żadne usprawiedliwienie. Jest internet, są blogi, są kursy. A kogo jak kogo, ale pracownicę seksualną stać na dostęp do wiedzy.

Zdobywam ją od dawna i z miesiąca na miesiąc moja sytuacja się poprawia. Wyznacznikiem niech będzie rosnąca zdolność kredytowa. Bank nie pyta mnie o pracę. Wystarczą wyciągi i terminowe płatności. A przecież zaliczyłam już swoje dno: byłam w BIKu.

Jeśli za kilkanaście lat nadal będę się utrzymywać z pracy seksualnej, mając jako jedyne źródło gotówki najbliższe spotkanie z klientem, i z przerażeniem myśląc o starości bez emerytury, to nie prekariat będzie temu winien. Tylko ja. Zmienię wtedy pseudonim na Święta Nieudacznica i posypię głowę popiołem.

Jestem niezależną pracownicą seksualną i mam swój biznes w branży usługowej. Ciężki bo ciężki, ale spójny i dochodowy.

Nie mam powodów do narzekania.

PS. Kopcie mnie i zadawajcie pytania, to będę się dzieliła wiedzą i doświadczeniem na Sexwork.info. Na razie jest tam dopiero odrobinka zgromadzonej przeze mnie wiedzy. A o finansach warto wiedzieć jak najwięcej!

  • Libertyn

    „Jeśli ktoś za godzinę pracy bierze nie 10, ale 200 zł, to nie ma prawa narzekać na prekariat.” Ależ ma. Owszem Ty zarabiasz miesięcznie o wiele więcej niż większość osób ale przyznaj że sama też nie mało wkładasz w funkcjonowanie swojej działalności. Z perspektywy pani na kasie jesteś niemal jak milionerka z tym 200 na godzinę, ale raz że nie pracujesz na etat, dwa kosmetyki jakich używasz nie należą wcale do najtańszych. W sytuacji gdy z tych 200 złotych na godzinę większość idzie na kosmetyki, siłownię i tak dalej, to koniec końców nie zarabiasz owej kwoty tylko jej ułamek pomniejszony o koszty (wynajem lokalu, hosting strony, kosmetyki)
    Czymże jest ten kredyt inwestycyjny? W co inwestujesz?

    • No tak, ale ja reinwestuję w *biznes*, którym sama zarządzam, zamiast zdawać się na łaskę i niełaskę pracodawcy. Pani w kasie w każdym momencie może być zwolniona i dostanie ile, dwa tygodnie wypowiedzenia? Miesiąc? A potem co? Podczas gdy ja „zawsze” znajdę klienta. Poza tym naprawdę jestem bogatsza niż pani na kasie.

      Cały czas mam punkt odniesienia, moją niewtajemniczoną rodzinę… Nie wiedzą, jakie kwoty zarabiam, ale w ich mózgach to idzie jakoś tak: „1 zł, 10 zł, 20 zł, 50 zł… dużo… miliony”. I ja jestem gdzieś w „dużo”. A dla mnie… No cóż. Wystarczy wziąć dowolną ilość pieniędzy i podzielić ją przez kwotę, którą ktoś miesięcznie zarabia. Ostatnio zakupiony przeze mnie kosmetyk, którego cenę chyba gdzieś podawałam, to raptem 1% mojego miesięcznego dochodu. Kilka lat temu kawa w Starbucksie to były 2% miesięcznego dochodu. Czyli to tak, jakbym teraz za jedną latte miała płacić… 170 zł. Była nieosiągalna. A teraz stać mnie, żeby zaprosić do kawiarni przyjaciół i nie przejmować się rachunkiem. Przy czym już nie muszę iść do Starbucksa, mogę kupić znacznie mniejszą latte i nie mam poczucia utraty pieniędzy.

      Nie jestem super luksusową escortką. Mieszkanie przeciętne, ubrania z sieciówek, twarz i ciało spoko, ale moim zdaniem bez zachwytów. Nie mam nawet ogromnego grona stałych klientów. Ale jestem dość dobra, by funkcjonować ileś poziomów wyżej niż prekariuszki… Najważniejsze jest jednak to, że rzadko wybieram. Mogę sobie pozwolić jednocześnie na wiele rzeczy. Raczej oceniam, czy ten wydatek ma sens niż dokonuję wyborów pomiędzy rachunkiem za prąd a nieprzemiękającymi butami. Tak więc takie porównywanie jest naprawdę nie fair.

      Kredyt zimą wzięłam, po to, żeby móc wynająć to mieszkanie i je sobie urządzić. Czyli na biznes. Zwrócił mi się już kilka miesięcy temu.