Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Przewidywalność dochodów?

Jeden z czytelników słusznie zwrócił mi uwagę na to, że prekariat to nie do końca są stawki za godzinę a ogólna nieprzewidywalność i niepewność. Pozostaje mi więc uzupełnić swój wpis o coś, co potraktowałam jako rzecz absolutnie domyślną – realia pracy seksualnej.

Nie wiem, jak to wygląda u innych dziewczyn i chłopaków, ale w mojej pracy posługuję się wyliczeniem, ile średnio mogę zarobić w danym dniu pracy. Jest to X (kilkaset) złotych – wartość kwoty zmienia się sezonowo. Zimą ta kwota była nieco wyższa, ale teraz ludzie mają wyjazdy, grille i inne rozrywki i nie do końca mają ochotę na spotkania sponsorowane – choć liczę na to, że jeszcze się odkuję w wakacje, kiedy potencjalnym klientom znudzi się grillowanie z kumplami i zapragną odmiany. Weekendy są generalnie lepsze (i poniedziałki w ciągu dnia, klienci nienawidzą poniedziałków i potrzebują relaksu), ale w długie weekendy zarabiam tylko ostatniego dnia pod wieczór. Czerwiec jest słabym miesiącem, styczeń był świetnym miesiącem – różnice sięgają kilku tysięcy złotych. Cały czas uczę się biznesu, zwłaszcza że teraz mam inny model niż w zeszłym roku, ale lubię zauważać prawidłowości.

Aby oszacować, ile zarobię w danym miesiącu, mnożę kwotę X przez ilość spodziewanych dni roboczych. Następnie wpisuję daną kwotę do Excela, o którym pisałam w Cyferki muszą się zgadzać na SexWork.info. Na tej podstawie planuję wydatki oraz swoje zaangażowanie w biznes. A potem sprawdzam regularnie, czy wszystko mi się zgadza. Jeśli jest połowa miesiąca, a ja zarobiłam 1/3 kwoty X, to jest UPS i natężenie sił. Jeśli jest połowa miesiąca, a ja zarobiłam 2/3 kwoty X, to widzę, że mogę sobie pozwolić na dzień wolny albo na wydanie pieniędzy w sposób nieuwzględniony wcześniej w planie budżetowym (na przykład nadpłacenie pożyczki albo brakujący kosmetyk, albo większe zakupy odzieżowe niż zaplanowałam uprzednio).

Choć kwota X nie jest stała, to warto pamiętać, że mój telefon dzwoni codziennie. Raz częściej, raz rzadziej, ale to nie jest tak, że są okresy, kiedy zarobię 15 tysięcy złotych w miesiącu i takie, kiedy zarobię 2 tysiące. Wahania są znacznie, znacznie słabsze i w największej mierze zależą ode mnie samej. Teraz na przykład mam dwa miesiące, kiedy mnie często nie ma w pracy: najpierw sporo wyjeżdżałam, a obecnie załatwiam różne sprawy: rodzinne, administracyjne itd. Mam więc dni wolne, które w przewidywalny sposób pomniejszają kwotę X.

Popyt na moje usługi jest mniej więcej stały. Codziennie kilku mężczyzn chce seksu. Jeśli mam dostępne ogłoszenia, to mój telefon dzwoni. Raz natężenie jest większe, raz mniejsze, ale… dzwoni zawsze. Jeszcze nie było dnia, że nikt by się nie odezwał, nawet jeśli były dni, kiedy nie dochodziło do finalizacji sprzedaży usługi. Moja praca przekłada na takie biznesy jak salon fryzjerski (ludziom zawsze rosną włosy i zawsze chcą je jakoś przystrzyc) albo jak sklep (ludzie zawsze są głodni).

Naprawdę nie umiem utożsamić się z niepewną swojej przyszłości prekariuszką. Tym bardziej, że – jak mówiłam – mogę sama odkładać środki na swoją emeryturę. To moja decyzja, że na razie nie zajmuję się tym bezpośrednio tylko inwestuję w źródła przyszłego biernego dochodu. Mam zaplanowaną przyszłość i mam poczucie kontroli nad swoim życiem. W perspektywie jednodniowej frustruję się, że akurat nikt nie dzwoni, ale w perspektywie miesiąca w ogóle nie zwracam na to uwagi, bo dochód będzie tak czy owak. Ponadto mój Excel informuje mnie z wyprzedzeniem, które miesiące będą lepsze, a które gorsze: mam spisane wszystkie planowe wydatki.

PS. Próbowałam o tym wczoraj napisać jakiś bardziej poradnikowy wpis, ale jednak jeszcze jestem za słaba w te klocki. Muszę się przyłożyć bardziej. Jestem pewna, że to potrzebne informacje. Dużo osób z branży ma perspektywę jednodniową i to czyni ich pracę niepewną.

  • Yannick

    Hej, odpowiadasz na maile? 🙂

    • Często. Ale nie zawsze. Jeżeli Ci nie odpisałam, to się przypomnij mailem, nadrobię niedopatrzenie 🙂

  • Nie bój się, neomarksiści nie przestaną Cie uświadamiać klasowo. A jeśli przestaną – uznają, że jesteś stracona dla sprawy! Obawiaj się wtedy reedukacji – jeśli wygrają. :> Tak, czy siak, znienawidzą Cię za te słowa… 😉

    • Yay. Do neomarksistów nic nie mam, moje dobre koleżanki są neomarksistkami. Ale niech oni pozwolą, aby moje poglądy na finanse i prowadzenie biznesu kształtowali ludzie, którzy i coś osiągnęli, i działają społecznie.

      • Ja neomarksistów wrzucam do jednego worka z świadkami Jehowy i innymi sekciarzami. Są w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobni. Tak samo nachalni i opętani. Z tym, że nie wierzą w Boga, ale to bez znaczenia. Można być sekciarzem ateistą. Materializm to równie pociągająca idea do wiary, – jako przedmiot kultu.

        A już serdecznie bawią mnie te osobniki, które ostatnio rzuciły się na ów „prekariat” – jak na siłę chcą się zeń zunifikować. Nawet na Twoim fanpageu są takie osobniki 😉 Piszą, jak to prekariat, to nie to samo, co proletariat (i słusznie – bo proletariat im po prostu nie wypalił. Robotnicy są zbyt zdrowo-rozsądkowi i nie mają czasu na pierdoły. Wiem coś o tym – znam „roboli” a ostatnio sam fizycznie zapieprzam). Za to dumni Prekariusze…? A to co innego…

        Można siedzieć sobie w restauracji na Pl. Zbawiciela, popijać przepłacona late i wrzucać na insta smętne zdjęcia – jak to ci nienawistni PiSowcy zniszczyli tak wspaniałą „tęczę”. Potem iść na sushi do japończyka, cyknąć foodpornową słitfocie i wrzucić na fejsa, co by inni jak oni podlajkowali. A wszystko to najnowszym ajfonem 6s lub inną cholerą. Potem jeszcze potwitoowacia o weltshmerzu – jako to życie jest podłe. Jak to muszą sprzedawać się kapitalistom, albo jak to są niepewni swojego istnienia, (bo prekariat, to przecież „niepewność”), bo pracują w wolnym zawodzie – grafika lub innego webdevelopera i muszą zabiegać o zlecenia.

        A niech k… mać idą sprzątać biurowce za 1500 na rękę! Praca pewna! I zasilą nie tylko Prekariat ale i Proletariat od razu! Ale nie – to przecież nie o to chodzi… Na prawdę, mam alergię na tych popaprańców – tak wielka, że aż bym cała Warszawę – ich siedlisko, przeniósł na Księżyc! No po prostu szlag mnie trafia na ich widok. A jak jeszcze ich słyszę, to mnie skręca jak bohaterkę Egzorcysty na widok krucyfiksa (tak, tak – niech się pocieszą, że są po tej „dobrej stronie mocy” a ja to demon). 😉