Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Dlaczego dziewczyny z branży umawiają kilku klientów na tę samą godzinę

Klienci często skarżą się, że wiele dziewczyn stosuje tak zwany overbooking, czyli umawia się z każdym, kto zadzwoni, nawet jeśli miałoby to oznaczać wystawienie tego czy tamtego pana do wiatru. Sama tego nie robię, więcej: daję pół godziny przerwy pomiędzy jednym spotkaniem a drugim, bo zawsze ktoś się może spóźnić lub się zagapimy, a głupio, żeby moi goście wpadli na siebie w drzwiach. Ale dzisiaj bardzo dobrze rozumiem te pracownice seksualne, które tak właśnie podchodzą do klientów. Czemu? Przeczytajcie.

Miałam na dzisiaj sporo planów. Najpierw spotkanie z dawno niewidzianą przyjaciółką i wspólne zakupy, a potem spotkanie, pół godziny przerwy, drugie spotkanie, pół godziny przerwy, wspólne wyjście na miasto z klientem.

Przyjaciółka wyszła ode mnie tuż przed przyjściem pierwszego pana. Po drodze zadzwonił inny mężczyzna, ale poinformowałam go z żalem, że dzisiaj już jestem niedostępna. Szpilki bym nie wcisnęła w swój grafik, a co dopiero dorosłego faceta!

Przebrałam się szybciutko,  i rozpoczęłam czekanie na pana… Spóźniał się minutę, spoko. Poprawiłam poduszki na łóżku. Dziesięć minut, hm. Kwadrans. No cóż, mam wolne… Jak na złość nikt nie zadzwonił, że jest w okolicy i chciałby wpaść z wizytą. Zdjęłam pończoszki, żeby się nie pozaciągały i wyciągnęłam na łóżku z elektroniką do towarzystwa.

Zagadałam się z przyjacielem na Skypie i nagle zrobiło się „za kwadrans spotkanie”. Aaa, kiedy ja coś zjem? W klubie, do którego się wybierałam na wieczór, same drinki! A w lodówce druty i światło. Trudno. Teraz muszę się szykować. Szpileczki, pończoszki, błyszczyk. Czekanie. Pan przyszedł. Spotkanie przebiegło bardzo sympatycznie, dużo pieszczot, potem rozmowy o pasjach pana, z rozpędu nawet rzucił swoim nazwiskiem, ale nie zapamiętałam. Trochę się nam jego wizyta przedłużyła przez to, ale co tam. Już zapomniałam o jedzeniu.

Z powrotem zrobiło się „za kwadrans spotkanie”. Myśl o jedzeniu znowu wpadła mi do głowy. Ale nie zdążyłabym się przebrać w dżinsy, wyskoczyć do sklepu, kupić coś, zjeść, przebrać się z powrotem. Przejrzałam więc szafki kuchenne. Ryż, makaron, suche płatki śniadaniowe. Usiadłam przy komputerze, sprawdziłam Facebooka, odpisałam na maila i zaczęłam jeść te suche płatki.  Pana nie ma. I nie ma. I, cholera, nadal nie ma.

DWÓCH JEDNEGO DNIA?!

O 20.30 wysłałam SMS-a do pana, który pisał do mnie godzinę wcześniej, czy może wpaść. Zaproponowałam mu spotkanie, choć trochę już byłam zdechła. Nie odpisał.

Kiedy ostygnie mi herbata, wypiję ją i pojadę do domu*. Jak na złość, jutro rano mam tam fryzjera (moje włosy zbyt dawno nie widziały nożyczek) i pedikiurzystkę (tylko ja umiem zamieścić ogłoszenie zapraszające do kontaktu stado fetyszystów stóp, nie mając zrobionych paznokci), więc nie mogę zanocować w garsonierze.

Bilans dnia: wiele godzin poza domem, jedna godzinka z trzech oraz dwie zaprzepaszczone szansy na spotkanie.

Zadźgam tępą łyżeczką następnego, który mnie wystawi.

* Raczej do sklepu, po jedzenie. W domu też same druty oraz niezawodne suche płatki śniadaniowe. Żadnych suchych płatków!

Close