Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Gdy nie jest różowo w pracy, czyli czasami obsługa klienta ssie

Jestem wzburzona przez coś, na co się natknęłam w trakcie lektury i metodą skojarzeń przypomniała mi się scenka z agencji, w której pracowałam w zeszłym roku.
Otóż nasza menedżerka miała szereg stałych klientów, z którymi utrzymywała kontakt i którym podsyłała nowe dziewczyny. Klienci ci mieli indywidualne warunki (co często przekładało się na promocyjne ceny usług, a więc i niższy zysk dla nas), byli ponoć sprawdzeni i godni zaufania. Oczywiście według menedżerki, a nie według pracującej dziewczyny.
Z jednym z tych klientów miałam dość burzliwą relację, która na szczęście dość szybko się zakończyła.
Pierwsze spotkanie: super, chemia, rozmowy, wiele się działo. Pan z gatunku nieatrakcyjnych fizycznie, no ale liczy się wnętrze. A wnętrze wyglądało całkiem całkiem. Polubiłam pana, a on polubił mnie i, co zrozumiałe, chciał się spotkać drugi raz.
Drugie spotkanie było czworokątem mocno zakrapianym alkoholem. Tak mocno, że panom trochę odwaliło, zwłaszcza kumplowi stałemu klienta, który zachowywał się na tyle agresywnie, zagrażająco i wulgarnie, że najpierw wyprowadził mnie z równowagi, a potem po prostu ubrałam się i wyszłam wraz z koleżanką. (To był, w mojej dotychczasowej karierze, jedyny tak przypadek).
Menedżerka z jednej strony okazała zrozumienie i złego słowa na nasze wyjście nie powiedziała, z drugiej strony zaś musiała łagodzić sytuację ze stałym klientem, który opłacił z góry praktycznie niezrealizowaną usługę. Pikanterii dodawał fakt, że poszło o zachowanie pijanego kumpla pana, a nie samego stałego klienta.
Problem w tym, że pan stały klient w sytuacji konfliktu stanął po stronie kumpla. To znaczy uznał go za niewinnego. Że był agresywny? Ojejku no, był pijany, zdarza się. Że bezpośrednio zagrażał mojemu zdrowiu? Znowu – alkohol. A że wyszłam, i to wzburzona? Histeria! Jak mogłam! Przecież miało być miło… to był kumpel… mogliśmy się jakoś dogadać…
Pan spotkał się jeszcze raz, twierdząc, że po namyśle. Spotkanie było bardzo słabe, bo pan postanowił się bawić całą noc i specjalnie się czymś szprycował, żeby cały czas miał energię. Był na tyle łaskawy, że oferował nam dwóm (lubił spotkania w większym gronie) ten sam narkotyk, ale obydwie wolałyśmy wyczerpywać rezerwy naturalnej energii niż ładować się używką. Dodatkowo pan raz po raz nawiązywał do sytuacji sprzed miesiąca, oczywiście z pretensjami.
Zawodowy uśmiech nr 5, asertywność podkręcona do maksimum i cała energia idąca w zaznaczanie, że TERAZ jest miło (gówno prawda) (i niech wreszcie skończy ten temat). Blech. Oczywiście cała sympatia do mojego pana wyparowała. Tak właściwie wyparowała podczas drugiego spotkania, kiedy to okazało się, że wcale nie jest dżentelmenem i nie mogę na niego liczyć w potrzebie. Podczas trzeciego spotkania tylko utwierdziłam się w niskiej opinii o owym panu.
Pan na szczęście czwarty raz spotkać się nie chciał, z sobie tylko wiadomych powodów. Pewnie nie było mu aż tak miło.
Przyszedł za to kiedyś do agencji i, czego nienawidzę, poruszał się w naszej prywatnej babskiej przestrzeni. Wszedł sobie do kuchni, łaził po korytarzu między pokojami i zajrzał do pokoju socjalnego. (Łaskawca nie wparadował do toalety). I, choć przyszedł w gości, i nie świadczyłyśmy mu z dziewczynami usługi tylko po prostu znajdowałyśmy się w tej samej przestrzeni, wymieniając uprzejmości i robiąc swoje rzeczy, zachowywał się tak, jakby miał do nas prawo. Buziaczki w usta i łapanie za tyłek. Mnie od tego mdliło. W pracy se może pozwalać na poufałości, bo za to płaci, ale za darmo…?!
Szczerze mówiąc, nie pamiętam już teraz, czy mnie też obmacał, czy tylko tak mnie zbrzydziła myśl, że mógłby potraktować mnie jak koleżanki. A może byłam wobec niego nie dość chętna uprzejma i dlatego już mnie sobie nie zamówił?
W każdym razie jak zwykle panowie umieją się zachować (lub okoliczności są dla nich na tyle łaskawe, że nie obnażają ich prawdziwych poglądów), tak ten pan był klientem rodem z najgorszych stereotypów i traktował dziewczyny do towarzystwa skrajnie przedmiotowo, rojąc sobie nie tylko to, że skoro nas zamawia (odzwierciedlam tu myślenie o nas jak o pizzy na nóżkach), to może, ale także, że skoro jesteśmy towarem do zamówienia, to takie traktowanie jest ok.
Ohyda.
***
Wychodząc poza tę jedną sytuację, takie traktowanie jest odzwierciedleniem przedmiotowego myślenia o kobietach w ogóle. Ilu mężczyzn uważa, że skoro ich poślubiłyśmy lub skoro jesteśmy z nimi na randce, lub skoro się jakoś ubrałyśmy, lub skoro (wstaw cokolwiek), to wolno im nas jakoś traktować?
Jestem zdania, że KAŻDY, kto myśli o prostytutkach jak o gorszej kategorii kobiet, które się same o takie zachowanie proszą, wobec których tak się zachowywać wolno, to seksista/rasista/itd., który w ogóle dzieli ludzi na osoby i sprzęt do zaspokajania własnych potrzeb albo do wyeliminowania z życia społecznego. Bardzo często równocześnie ma podobne zdanie o kobietach wyzwolonych, tych, do których pasuje etykietka „dziwki”. Bardzo często segreguje ludzi według rasy, sprawności fizycznej, orientacji seksualnej, zawodu, stanu posiadania i tym podobnych cech.
Bo trzeba segregować ludzi, żeby umieszczać nas na samym dnie. Trzeba umieć dzielić ludzi na godnych i godniejszych, i w ogóle pozbawionych godności osobistej, których wolno bezkarnie poniżać (pokazywać im ich miejsce).
.
Dawniej, kiedy ktoś wyrażał taki pogląd, wycofywałam się w cień i tam przeżywałam swoje osamotnienie.
Teraz rusza mnie to o wiele mniej. Niektórzy ludzie to po prostu nie są partnerzy do rozmów.

Close