Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Płacę – wymagam. Czy klient ma zawsze rację?

Wielu osobom, które nie mają kontaktu z branżą seksualną, wydaje się, że my, biedne pracownice seksualne, musimy robić wszystko, czego zażyczy sobie klient. Często podają również argument „nie ma pracy, nie ma płacy”. Z którym teoretycznie trudno polemizować.

No cóż. Nie do końca tak to wygląda. Oczywiście, jeżeli klientowi się czegoś odmówi, to być może pójdzie on do konkurencji, ale ja się tym nie przejmuję. Po pierwsze, część moich rozmówców mówi w takiej sytuacji „no dobrze, to bez tego” (konsensualność przede wszystkim!). Po drugie, jeżeli klientowi zależy przede wszystkim na tej usłudze, której ja nie oferuję, no to ewidentnie nie jestem dla niego. I niech się dobrze bawi z kimś innym. Mnie to naprawdę nie przeszkadza. Ma być miło dla obu stron. (A propos, słyszałam to zdanie od klientów niezliczoną ilość razy).

Usługa seksualna to nie jest standardowe „robienie klientowi dobrze” w myśl zasady „klient ma zawsze rację”. Tu granice wyznaczam ja, a stawka za ich przekroczenie jest wysoka. Wolę zrezygnować z pieniędzy niż zrobić coś wbrew sobie.

Ludziom spoza mojej branży wydaje się też, że o klienta jest ciężko i że jeśli jakiś się zjawi, trzeba się go chwytać i przyciągać za wszelką cenę. Ma to zapewne sens w przypadku przeciętnego freelancera-prekariusza, który jakoś ciągnie od zlecenia do zlecenia, konkuruje ceną oraz przyjmowaniem zleceń „na wczoraj” i do którego mimo to nie ustawia się kolejka chętnych, ale my, pracownice seksualne, jesteśmy w trochę innej sytuacji. Na nasze usługi jest spory popyt, a równocześnie najczęściej pobieramy za te usługi całkiem przyzwoite wynagrodzenie. Przynajmniej tak to wygląda w mojej kategorii cenowej (wciąż lekko powyżej przeciętnej).

Tak więc kiedy dzwoni klient, którego oczekiwania stanowczo rozmijają się z moimi preferencjami (generalnie lub na ten konkretny moment), mogę mu z czystym sumieniem powiedzieć „przykro mi, ale nie”. Często mówię „to dla mnie za ostre”. Dążymy do spotkania, ale czasami w pewnym momencie któraś strona zdaje sobie sprawę, że to nie wypali. I się żegnamy.

To, że w takiej sytuacji nie zarobię, oczywiście jest smutne (wszyscy kochamy pieniądze), ale nie stanowi o moim być czy nie być. Zarabiam średnio kilkaset złotych dziennie – nawet przy moich rekordowo wysokich wydatkach to spore kwoty. Dostatecznie duże, by mieć przywilej mówienia „nie”.

Oczywiście kiedy jakaś osoba z branży jest nisko opłacana, sprawa wygląda trochę gorzej. Nie wróciłabym już do przeciętnej agencji ze stawką poniżej 100 zł na rękę. Ale nawet wtedy zarabiałam średnią krajową. I odmawiałam. Może nie mogłam odmówić spotkania zaaranżowanego przez szefową (na pewno nie dlatego, że mi się „nie chciało”; przy konkretnym powodzie byłoby inaczej), no i nawet w przypadku najgorszego klienta w życiu (brudnego, pijanego i co najmniej niezrównoważonego emocjonalnie) lodzik musiał być, ale klienci nie zmuszali mnie do niczego ponad to minimum. Zakres usług ustalałam sama.

Polscy i zagraniczni klienci z moich półek cenowych (zarówno obecnej, jak i przeszłych) mają swoją kulturę i zrozumienie, że wymuszanie usługi to przemoc seksualna. Nawet jeśli skrycie pogardzają pracownicą seksualną, z którą się umówili, potrafią się zachować. Oczywiście tylko „zazwyczaj”, nie „zawsze bez wyjątków”. Jednak należy pamiętać że ci, którzy tego nie potrafią i przekraczają granice wyznaczone przez pracownika lub pracownicę, to patologia i przemoc. Nie standard.

PS. Wiecie, że mam imienniczkę na EroDate?