Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Rekonesans telefoniczny i targowisko

Ależ wczoraj zarobiłam majątek…! Pojechałam grzecznie do „biura”, posprzątałam bałagan sprzed dni wolnych, zrobiłam makijaż, przyszykowałam sobie coś do picia i czekałam.

Telefon dzwonił, owszem. Nawet chętnie. Tylko co z tego, skoro wszyscy panowie dzwonili dopytać o rzeczy, których nie znaleźli w ogłoszeniu, a potem następowało „to ja się jeszcze odezwę”?

To zupełnie normalne, że większość ludzi woli dopytać o szczegóły danego produktu czy danej usługi zanim podejmie decyzję. Nie dziwi mnie też, że wielu ludziom przez gardło nie przechodzi jednoznaczna odmowa i wolą obiecać późniejszy kontakt niż mówić wprost, że coś im się nie spodobało.

Jednak kiedy jest się po stronie sprzedającej i przez cały dzień wzbogaciło się o całe 0 złotych, jest to trochę denerwujące.

Bywa gorzej. Czasami panowie rozłączają się bez słowa, kiedy usłyszą niesatysfakcjonującą ich odpowiedź.

– Masz strój pielęgniarki?
– Nie, niestety nie mam.
– Ping. Ping. Ping.

Dziś z kolei jest dzień targowania się. Ponieważ to piątek, mężczyźni są generalnie bardziej nastawieni na spotkanie i chyba nie mogę narzekać na zainteresowanie, bo dzień jest jeszcze młody, a ja mam już dwóch dość zdecydowanych panów, którzy jeszcze dadzą znać, ale równocześnie dostałam kilka naprawdę zabawnych propozycji cenowych. Oczywiście je odrzuciłam.

Co prawda jestem w potrzebie finansowej (i zapowiada się intensywne drugie pół miesiąca), ale nie zamierzam wchodzić w tryb „na bezrybiu i rak ryba” ani „każdy grosz się liczy”. Jeżeli ktoś oferuje mi spotkanie za 1/5 mojej stawki, to wolę nic nie zarobić w danej godzinie niż się ugiąć i puścić w eter sygnał, że ze mną można się w ten sposób dogadać. Zresztą relatywnie sporo panów używa argumentu „ja was znam, wy tylko tak piszecie w ogłoszeniach, a kiedy przychodzi do płacenia, zadowoli was 150 zł za trzy godziny spotkania”.

Cóż powiedzieć. Najwyraźniej wiele dziewczyn nie traktuje siebie i swoich usług poważnie. Bo nie wierzę w aż tak powszechną desperację. Przeważnie ludziom w tej branży wydaje się, że są zdesperowani, a tak naprawdę powodem ich ustępowania jest umniejszanie wartości siebie, swoich produktów czy usług. Przecież popyt jest, to nie branża, gdzie musimy sprzedawać usługę po kosztach.

***

Do porannej kawy miałam dzisiaj wywiad w Wyborczej z Anią, która podobno co miesiąc spłaca 20 000 zł długów swojego ojca, żeby jej rodzeństwo nie poszło do domu dziecka. Historia jest tak tragiczno-stereotypowa, że aż nieprawdopodobna. Dość powiedzieć, że Ania odmalowuje branżę tak, jak wyglądała w latach ’90, a stawka 700 zł w agencji na start jest, khm, niespotykana.

W ramach ciekawostki – pod tekstem jedna z komentatorek (równie sceptyczna) wspomina niedawny wywiad w „Newsweeku” z dziewczyną wydającą się zachwycać swoją pracą. Jak myślicie, o kogo może chodzić? 😉

***

PS. Ustawiłam dzisiaj łącznie cztery spotkania, jedno po drugim. Doszło do jednego. ARRR!

  • Libertyn

    Jeżeli ta Ania istnieje to robi niedźwiedzią przysługe rodzeństwu

    • Oraz innym seksworkerkom.
      Ale bardzo możliwe, że Ania jest postacią fikcyjną. Rozmawiamy, co zrobić w sprawie tego artykułu. Jak na razie poszedł komentarz z zaproszeniem czytających wywiad osób z branży do kontaktu poprzez sexwork.info.

Close