Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Temu panu już dziękujemy. Jak rozminęłam się z klientem

Dzwonił do mnie niedawno pan X, potencjalny klient. Nie odebrałam, byłam akurat z kimś innym. Kilka godzin później dostałam od niego serię smsów: czy ogłoszenie jest aktualne, skąd jestem (panu chodziło o dzielnicę) i co oferuję na spotkaniu.

Ponieważ moja oferta jest szeroka, nie trawię takich pytań, tym bardziej, że mam wszystko w tekstach ogłoszeń (tematycznych, ale podpiętych do jednego numeru). Gdybym z panem rozmawiała, to jakoś bym pewnie z tego wybrnęła, ale ponieważ to była wiadomość tekstowa, a ja byłam akurat w restauracji na obiedzie, stanowczo odmówiłam wyklikiwania mu z palca miliona usług i poprosiłam o szanowanie mojego czasu.

Pan nie zamierzał szanować mojego czasu i się na mnie obraził. Nawet mi napisał, że znajdzie sobie inną, chętniejszą.

Wcale mu się nie dziwię.

Ponieważ ostatnio pozycjonuję się jako dziewczyna z nieco wyższej półki, praktycznie nie miewam takich sytuacji, bo moim targetem są panowie, którzy chcą się umówić konkretnie ze mną – jeśli nie dzisiaj, to jutro albo za tydzień. Moi idealni klienci mają rozumieć, że mój czas nie jest z gumy, że mam swoje życie i że owszem, bardzo chętnie się z nimi spotkam, ale najpierw porównajmy nasze grafiki i zobaczmy, kiedy to jest możliwe. Oczywiście są też godziny, kiedy siedzę sobie w mieszkaniu i jestem dostępna z marszu (minus te trzy kwadranse na zrobienie się na bóstwo), ale preferuję umówienie się z wyprzedzeniem.

W agencji pracowałam zupełnie w innym modelu. Byłam dostępna na już i praktycznie nie zdarzało się, żebym rezerwowała sobie godzinę piętnastą pojutrze. Mało kto tego ode mnie oczekiwał, a w koleżankach takie telefony budziły duże zdumienie. Jak łatwo zgadnąć, dzwonili do mnie zupełnie inni klienci: tacy, którzy chcieli się umówić na teraz, zaraz. Dzwonili do wielu dziewczyn, znajdowali tę wolną i do niej jechali – albo rezerwowali ją sobie na wszelki wypadek, gdyby inna wybrana dziewczyna ich wystawiła, również umówiwszy się z dwoma na raz (w branży to się nazywa overbooking).

Pan, który się na mnie obraził, był właśnie obdzwaniaczem. Usiadł nad stroną z anonsami, spisał sobie ileś numerów i próbował się skontaktować. Jak nie z tą, to z tamtą. A że się nie dodzwonił do żadnej (lub został wystawiony), to po kilku godzinach zaczął pisać smsy. Nie miał mojego ogłoszenia przed sobą, nie pamiętał kim jestem i co oferuję, miał po prostu mój numer – wśród wielu innych numerów. Był przekonany, że zechcę go uwodzić i do siebie zapraszać, powtarzając ofertę*, tak więc moją grzeczną (!) odmowę poczytał za skrajną nieuprzejmość.

W moich oczach z kolei takie zachowanie może jeszcze nie dyskwalifikuje, bo to za mocne słowo, ale sugeruje niesatysfakcjonujące spotkanie z kimś, kto oczekuje zupełnie innego traktowania niż mam obecnie w zwyczaju. Wyjaśniłam mu, że nie jestem jedną z wielu i oczekuję traktowania mnie wyjątkowo, ale najzwyczajniej w świecie… nie zrozumiał. Inny świat.


* Takie powtarzanie oferty w kontakcie telefonicznym ma jeszcze jedno na celu. Jeśli ogłoszenie pisze osoba trzecia (a w agencjach najczęściej tak jest), to istnieje spore prawdopodobieństwo, że wpisze dziewczynie usługi, z którymi ona nie ma nic wspólnego – tylko po to, aby przyciągnąć klienta. Przykładowo mojej koleżance wpisano, że spotyka się z parami, mimo że dla niej to było absolutnie nie do zaakceptowania. Nikt nie chciał jej tego poprawić, więc co kilka dni słyszałam, jak tłumaczy, że to pomyłka. (To było swoją drogą kretyńskie, bo jak z takim kwiatkiem w ogłoszeniu można udawać, że nie jest się z agencji i pracuje z koleżanką jedynie dla bezpieczeństwa?). Doświadczeni klienci agencyjni upewniają się więc w rozmowie, czy dziewczyna rzeczywiście oferuje to czy tamto.