Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Zdrowie psychiczne, zarządzanie biznesem i męczący klienci

Kilka dni temu przyszedł do mnie klient-rzygacz. Rzygacze to tacy ludzie, którzy powinni przepracować swoje problemy na terapii, ale są na etapie wyrzygiwania się emocjonalnie nieznajomym: prostytutkom, współpasażerom… Dużo energii kosztowało mnie pozostanie w swoim świecie przy równoczesnym zachowaniu dyskrecji i nieprzekazywaniu jego spraw dalej. Na szczęście to był ten lżejszego kalibru, czyli wygadał się i już nigdy do mnie nie wróci. 

(Superwizja dla dziwek, anyone?)
Najgorszy jest rzygacz pragnący wejść w toksyczną relację. Taki trafił mi się raz, w agencji, i stanowczo zapowiedziałam, że więcej się z nim nie spotkam. Menedżerka to uszanowała, ale miałam -50 do reputacji, bo – z jej perspektywy – bez sensu odtrąciłam stałego „dobrego” klienta, robiąc jej problem: to ona musiała jakoś wybrnąć z tego, że on o mnie regularnie pytał.

W agencji od której zaczynałam, w ogóle nie dbano o komfort psychiczny pracownic. Nie istniało przepracowanie i każda na własną rękę musiała sobie radzić z tym, że pracuje w branży, do której nie chciałaby drugi raz trafić. Klient rozmawiający czy też nawijający o swoich sprawach był postrzegany jako mniej męczący, bo gadał i w tym czasie nie było seksu – wystarczyło udawać, że się słucha. Jedna z pracownic miała depresję i co jakiś czas przebąkiwała o samobójstwie – dostałam od menedżerki zjebkę, że zaproponowałam udanie się z problemem do profesjonalistów. Zdaniem osób zarządzających organizacją wystarczyło dotrzymywanie dziewczynie towarzystwa („ona jest po prostu samotna!”), a ja byłam ta zła, bo nie zamierzałam angażować się osobiście w ratowanie koleżanki.
Cóż, trudno dawać wsparcie pracownicom, które zdecydowały się na prostytucję wbrew sobie i postrzegały pracę seksualną jak upadek. Gdybym miała nimi zarządzać, może też robiłabym wszystko, żeby je eksploatować, bo wsparcie – realne, potrzebne wsparcie – doprowadziłoby je do rozwiązania problemów i zmiany zawodu, a w konsekwencji pozbawiłoby mnie pracownic, w które zainwestowałam swój czas.
Agencja, w której pracowałam, nie była z tych najgorszych – na pozór panowała rodzinna atmosfera, ludzie się znali, celebrowali wspólnie urodziny i święta. Ale ponad połowa zatrudnionych dziewczyn nie radziła sobie z byciem pracownicą seksualną i właśnie leciała w dół, w problemy psychiczne i uzależnienia. Kilka miesięcy po moim odejściu agencja przestała istnieć. Prawdopodobnie z powodu posądzenia o handel ludźmi, bo menedżerka pomagała załatwić sprawy związane z emigracją kobietom zza wschodniej granicy. W każdym razie wkroczyła policja i burdel zamknięto.

W ramach ciekawostki, druga moja agencja zrzeszała dziewczyny w dobrym stanie, lubiące swoją pracę, a menedżerka miała głowę pełną ideałów i chciała im pomagać osiągnąć lepszą pozycję w życiu. Jednak kompletnie nie umiała prowadzić biznesu. Start-up padł po raptem kilku miesiącach, bo zyski były mniejsze niż koszty.

Wyciągnęłam wnioski i zdecydowałam się wynająć mieszkanie dopiero wtedy, gdy miałam pewność, że będzie mi się to opłacało. W przeciwieństwie do wielu początkujących (w tym drugiej menedżerki) rozpisałam sobie budżet plan i celowo niedoszacowywałam zyski, a koszty liczyłam z górką. Wydaje mi się, że nie popełniłam większych błędów.
Może mieszkanie mogłoby być lepsze, ale celowo zarezerwowałam na czynsz niewiele, żeby nie być w kropce podczas gorszego miesiąca (tak jak wiosną, gdy z powodów zdrowotnych przez kilka tygodni w ogóle nie pracowałam) i nie uwikłać się w bycie niewolnicą własnego lokum. Dwie znajome startuperki zakochały się w wynajętych wnętrzach, przepłaciły i teraz cierpią na tym ich dochody. A w biznesie nie o to chodzi, żeby za ciężkie pieniądze utrzymywać przy życiu własne miejsce pracy. Tak to się robi na etacie.
Z czasem, jeśli nabędę praktyki, zbiorę nową, większą bazę stałych klientów i umożliwię sobie podniesienie ceny, prawdopodobnie wynajmę coś lepszego. Chociaż nie mam do tej idei wielkiego przekonania, bo prędzej czy później będę przecież chciała zmienić zawód. Widzę to jako stopniowe przejście z jednej branży do drugiej, więc większa inwestycja w lokal szybko może przestać być na miejscu.

Tak jak już pisałam, zakorzeniła mi się w głowie myśl, że mam swój biznes. Chcąc nie chcąc, nabieram praktyki. Różne stare porady biznesowe zaczynają przybierać realny kształt, a nowe informacje przyswajam pod kątem „przyda mi się – nie przyda”, co jest bardziej ekonomiczne niż bezkrytyczne chłonięcie wszystkiego (ileż sprzecznych wskazówek przyswoiłam przez minione lata!). Kiedy zarejestruję własną działalność, będzie to po prostu kolejny biznes w kolejnej branży… Pewnie będzie mi trudniej (dojdzie biurokracja, zmieni się usługa i stawka), ale i tak jestem do przodu. Mam biznes, ha!

Równolegle cały czas porządkuję swoje sprawy życiowe. Jest coraz lepiej. Dwa lata temu byłam w nieciekawej sytuacji; niby były jakieś widoki na poprawę, ale było też wiele zagrożeń. Lada moment mogłam znowu potknąć się i upaść. Ciągle musiałam się zapożyczać, pilnując, żeby nie wpaść przy okazji w spiralę zadłużeń… No i ten stres – byłam bardzo wrażliwa i dowolne niepowodzenie wyprowadzało mnie z równowagi. Rzeczywistość wokół mnie też była sporo poniżej przeciętnej – zero wyjść, wyjazdów, na nic nie było mnie stać, a dodatkowo nie umiałam zadbać o swoje zdrowie. Szamotałam się, próbując naprawiać wszystko jednocześnie. Teraz wreszcie stoję pewnie na nogach.
Tak więc, pomijając zmęczenie, o którym pisałam ostatnio, jest OK. Dobiłam do klasy średniej: moje życie jest względnie uporządkowane, mam przeciętne problemy, stać mnie na zakupy w centrum handlowym, co jakiś czas gdzieś wyjadę albo kupię bez bólu potrzebną rzecz, a problemy zdrowotne to nie dramat. Jeszcze kilka lat i będę miała takie życie, jakiego dla siebie pragnę.

Powinnam ten wpis zakończyć jakąś puentą, ale nie mam na nią pomysłu, więc dopowiedzcie ją sobie sami.