Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Się pozmieniało…

Jak mogliście się domyślić z poprzednich wpisów, mam już swoje własne mieszkanie od robienia tak zwanych incalli, czyli przyjmowania klientów u siebie (wyjazdy to outcalle). Lokalizacja przyzwoita, standard przeciętny, wygląd nieagencyjny do granic możliwości plus gotowa przykrywka dla wścibskich sąsiadek (niestety jeszcze na żadną nie wpadłam).
Moje mieszkanie nie jest moim domem, mimo że tak właśnie ma to wyglądać. Jest miejscem pracy, a ja staram się zachowywać tak samo, jak w czasach agencyjnych: jadę na miejsce i jestem pod telefonem, równolegle coś tam sobie robiąc konstruktywnego.
Wyznaczone godziny pracy regulują mój tryb życia. Tego mi brakowało przez ostatni rok i z tego właśnie powodu pragnęłam swojego miejsca. Oraz dlatego, że nie muszę już trzymać się wersji minimum i mogę na przykład zainwestować w akcesoria erotyczne (do tej pory wszystko musiało mieścić się w mojej torebce).
Mam też wciąż coś, czego nie było w agencji – swobodę. Nikt nie puka mi do drzwi w sześćdziesiątej minucie i nie wygania mi klienta z łóżka.
Tak więc mam swoją pracę. Zorganizowaną pracę w branży usługowej – z lokalizacją, budżetem, kalendarzem i reklamą tu i ówdzie. Wiem nawet, do jakiego klienta kieruję swoje usługi. W mojej głowie zakorzeniła się idea „prowadzę biznes”, żałuję tylko, że nie mogę tego robić jawnie. Tym bardziej, że jestem dobra w te klocki. Nie najlepsza – zawsze znajdą się dziewczyny bijące mnie w tym i tamtym na głowę – ale po prostu dobra.

Close