Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Praca seksualna też jest na cały etat

Doznałam ostatnio cennego olśnienia zawodowego. Zwerbalizowałam – jako odkrycie własne – coś, co wcześniej słyszałam od znajomego, próbującego mi perswadować, że źle robię.

Pamiętacie pewnie, że pisałam tu niedawno, że wiele pracownic seksualnych nie traktuje poważnie swojej stawki za godzinę pracy. Niby oczekują 200 zł za godzinę, a tymczasem są skłonne spotkać się za 200 zł na cały wieczór, bo pan powie im pod koniec „no ale seksu była tylko jedna godzina, a poza tym rozmawialiśmy, przecież nie będziemy się o to kłócić, twoje koleżanki nie robią z tym problemu” (cytat z życia wzięty) i one ustąpią pod presją. Naciągaczy nie ma wśród klientów wielu, ale się zdarzają (szczególnie po alkoholu, jak pisałam ostatnio) i trzeba mieć dla nich gotowe odpowiedzi. I negocjować.

Z tego już raczej wyrosłam: daję wyraźny sygnał, że oczekuję pełnej kwoty. Kiedyś bałam się, że stracę klienta, teraz wiem, że ktoś, kto chce mnie naciągać, nie rokuje dobrze i nie warto w niego inwestować. Następnym razem pewnie zapłaciłby 150 zł, a nie 200. Niby to wciąż zysk, ale często jednak strata: w tym czasie mogłabym mieć innego klienta.

Tak więc informuję po prostu, ile kosztuje wieczór ze mną i czekam na reakcję. Potem bywa różnie, ale puenta jest taka, że negocjuję z wiedzą, ile moja praca jest warta i na ile się umawialiśmy.

Wczoraj dotarła do mnie inna rzecz, niby oczywista, ale bardzo dla mnie rewolucyjna. Mój czas kosztuje także wtedy, kiedy nie spotykam się z klientem.

Czytam sobie czasem blogi freelancerek i innych osób pracujących z domu i przewija się na nich motyw ze znajomymi i rodziną, którzy nie rozumieją idei domu jako biura. „Bo ty jesteś w domu, to możesz w tym czasie sprzątać / zrobić zakupy / zająć się dzieckiem / poplotkować / etc.”. Dla wielu ludzi wyzwaniem jest postawienie sobie i innym granicy „w godzinach od 9 do 15 jestem w pracy, nieważne, że nie siedzę w firmie, praca to praca„. Pani Swojego Czasu bardzo to krytykowała i dopytywała, czy pracownicy biurowi chodzą do pracy z żelazkiem? Nie? To czemu ktoś pracujący z domu miałby w pracy prasować?

Z pracą seksualną jest całkiem podobnie. Niby pełna wolność i swoboda, a jednak jej brakuje. Co wielu ludziom nie mieści się w głowie.

– Czy mogę jutro nie przyjść do pracy? Dawno niewidziana koleżanka zaprosiła mnie na lunch, powinnam też pojechać z ojcem do szpitala, a wieczorem w klubie na Mokotowie jest koncert mojego ulubionego wykonawcy.
– Nie, firma nie wyrabia budżetu miesięcznego. Przykro mi, rozumiem, że masz swoje sprawy, ale nie możemy sobie na to pozwolić.

Nie odbywam takich dialogów, bo nie mam szefa, którego musiałabym pytać o zgodę. Wydaje się więc, że jestem wolna. A zresztą zarabiam tyle za godzinę, że kogo obchodzi jeden, dwóch klientów więcej czy mniej… prawda?

Rzeczywistość nie jest tak radosna.

W każdym miesiącu mam dni robocze i dni wolne, a w dniach roboczych mam godziny pracy – w przybliżeniu odpowiadające drugiej zmianie. Jadę wtedy do mojego biura i jestem na dyżurze pod telefonem, gotowa się spotkać – u siebie lub gdzieś indziej. Trochę jak gdybym prowadziła zakład fryzjerski lub weterynaryjny. Tyle tylko, że mój punkt usługowy otwieram popołudniu, a zamykam późnym wieczorem. Czasem nawet w nocy. Tak wyglądają moje godziny pracy. Gdybym pracowała w klubie go-go, zaczynałabym i kończyła jeszcze później. Kamerki też tak sobie ustawiałam: w nocy było mi najłatwiej pozyskać ruch. W branży seksualnej tak po prostu kształtuje się ruch…

Oczywiście mogę się do pracy spóźnić albo wyjść z niej wcześniej, a także nie przyjść do pracy w ogóle. Nie mając szefa, niby nie mam takich zobowiązań, jak człowiek zatrudniony na etacie. Mogłabym w każdej chwili iść do kina, na zakupy, do klubu. Zaprosić do siebie przyjaciół. Załatwić pilne sprawy.

Jednakowoż kiedy nie ma mnie w pracy… nie zarobię. Biorę wtedy u siebie samej dzień urlopu bezpłatnego. Czy mnie na to stać?

Ostatnio nie bardzo. Firma Święta Ladacznica przechodzi trudny czas. Bardzo trudny czas. Nałożyły się na siebie trzy problemy: dużo dni wolnych na inne pilne sprawy, dużo wydatków i mały ruch. Po kilku miesiącach takiego życia (a zwłaszcza po tragicznie złym lipcu) budżet zamienił się w o wiele za krótką kołderkę, spod której wiecznie coś wystaje. A wydatków firma ma bardzo dużo. Właścicielka firmy też.

Do tej pory podchodziłam do tego lekko. Niezobowiązująco. Ale zapytana, kiedy mam wolne w godzinach od 18 do 22, bo trzeba się spotkać i ustalić pewne rzeczy, odpowiedziałam „nigdy, to są moje godziny pracy”. To była cenna lekcja.

Szefowa w osobie Wymagającej Świętej Ladacznicy powiedziała pracownicy w osobie Leniwej Świętej Ladacznicy, że firmy nie stać na dni wolne, a każdy klient jest na wagę złota.

I otworzyły mi się oczy.