Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Przygotowanie zawodowe prostytutki?

Ludzie, mówiąc o seksworkingu, często poruszają argument „to nie jest praca jak każda inna”, co samo w sobie jest prawdą (każdy zawód jest wyjątkowy, ale niektóre są wyjątkowe na swój szczególny, przykuwający uwagę sposób), ale praktycznie zawsze robią to w kontekście „to źle”. Ostatnio na przykład dyskutowałam z panią, która kompletnie nie rozumiała, że stygmatyzowanie naszej pracy wpływa bardzo negatywnie na osoby z tej branży i próbowała mi wmówić, że jestem nieczuła względem tej mojej koleżanki z agencji, która wyjątkowo nienawidziła usług seksualnych. Pani podrzuciła mi „na do widzenia” (napisałam, że z mojej strony to koniec dyskusji) swoje Ostatnie Słowo, które okazało się tak ciekawe, że poświęcę mu osobny wpis:

Chcesz ostatecznego dowodu, że to NIE JEST praca jak każda inna? Wyobraź sobie pracę, która jest tak samo płatna i nie wymaga żadnego wykształcenia. Wtedy każdy rzuciłby swoją pracę i leciałby w podskokach do tamtej. Dlaczego z prostytucją tak nie jest? Masz odpowiedź.

Łaskawie pominę akapit o tym, że ludzi do danej pracy zachęcają nie tylko wysokie zarobki, adekwatne wykształcenie i łatwość zarabiania mamony.  Skupię się na wykształceniu prostytutki. Czy zapachniało Wam oksymoronem?

W nieodległej przyszłości najprawdopodobniej pojadę na zagraniczne szkolenie interpersonalne dla osób pracujących z ludzką seksualnością, na które przyjeżdżają bardzo różne osoby – od doktorów seksuologii po pracownice seksualne. Nie zdradzę Wam, ile to szkolenie mnie kosztuje. Powiem tylko, że nie płacę za nie w złotówkach.

Trening interpersonalny to jedna z tych rzeczy, w które inwestuję kiedy tylko mogę. W ogóle wkładam mnóstwo pieniędzy we własny rozwój, priorytetowo traktując to, co przyda mi się w pracy. Dlatego właśnie mogłam ostatnio podnieść ceny mimo oddalania się coraz bardziej od wizerunku ślicznej blond „barely legal” (jeszcze półtora roku temu z symulacji finansowej wyszło, że nie opłacałoby mi się wynajmowanie mieszkania do spotkań) i dlatego mam teraz znacznie mniej trudnych sytuacji niż dwa lata temu. Wiek i uroda w mojej branży to w istocie wiele, ale bynajmniej nie wszystko. Pod fryzurą też coś trzeba mieć!

Zastanówmy się teraz, co właściwie czyni mnie profesjonalistką. Pośrednio będzie to odpowiedź na pytanie, dlaczego praca seksualna nie jest dla mnie – w przeciwieństwie do większości kobiet – źródłem traumy.

Zacznijmy od tego, że całkiem radzę sobie w branży wiążącej się z poważną stygmą społeczną. To dlatego, że nie uzależniam już samooceny od tego, co myślą o mnie inni (lub co mogliby myśleć, gdyby wiedzieli). Nauczyłam się tego jeszcze jako nastolatka. Musiałam, na zasadzie „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Przepracowałam też ujawnianie niewygodnych informacji na swój temat – zarówno przeze mnie, jak i przez kogoś. Praca seksualna to przecież nie jedyne, co wyróżnia mnie na tle społeczeństwa. Na łamach bloga pisałam też o poliamorii. To wciąż nie jest wszystko. Już w dzieciństwie byłam „tą inną”.

Przeszłam w życiu szkołę pracy z klientem, także klientem trudnym. To była praca zawodowa, szkolenia… Uczyłam się tak długo, aż praca z klientem stała się moją drugą naturą. Nadal mam słabe strony, ale generalnie potrafię sobie poradzić. Jestem ponadprzeciętnie komunikatywna i asertywna. Są to umiejętności absolutnie niezbędne w tej pracy. Opanowałam też do pewnego stopnia negocjacje z ludźmi niestabilnymi emocjonalnie – raczej ich nie prowokuję do wybuchu. Rozpoznaję klienta potencjalnie przemocowego i (przynajmniej w tej jednej branży) przeważnie umiem go spacyfikować. To zawsze jest grząski temat, bo blisko od niego do zarzutu „obwiniania ofiary”, ale ponieważ mam duży wpływ na przebieg sytuacji z drugą osobą, obecnie znacznie rzadziej znajduję się w sytuacjach, które potem musiałabym przepracowywać. Przy pierwszych klientach byłam zupełnie zielona i wiele historii pamiętam do tej pory. Spośród pierwszych pięćdziesięciu spotkań z klientami wiele było wyzwaniem. Później ich odsetek zaczął maleć.

Potrafię także zadbać o siebie. W przeciwieństwie do większości moich koleżanek z branży, mam wypracowane mechanizmy troski o siebie. Od prostego zadbania o minimum bezpieczeństwa, poprzez stawianie granic, aż po dochodzenie do siebie po trudnej sytuacji (np. klient z nowotworem albo zakochanie w kliencie, albo…). Stawiania granic w seksie uczyłam się na specjalnych kursach i nie żałuję ani jednego grosza czy tam pensa – umiejętność słuchania siebie, swojego wewnętrznego „tak” i „nie”, jest bezcenna. Pamiętajmy, że jeszcze przed podjęciem pracy seksualnej doświadczyłam poważnej przemocy seksualnej, i to nie raz. Wyszłam z tego, nie jestem już „ofiarą gwałtu”. Co więcej, umiem postawić granice, nie wychodząc z roli osoby miłej, chętnej i akceptującej partnera. To są umiejętności. Podobnie jak umiejętność poproszenia o pomoc… i w ogóle zgromadzenia wokół siebie grupki bliskich, którzy wiedzą, akceptują i wspierają. To nie jest coś, z czym ludzie się rodzą. Ja się tego uczyłam już jako dorosła osoba.

Edukuję się na temat seksu. Nie jestem wrażliwą dziewczynką, która na wieść o tym, że ktoś chciałby ze mną rimmingu w tę czy tamtą stronę, pyta „co?”, a potem płonie ze wstydu i oburzenia i pyta samą siebie, jak mogła tak nisko upaść. Po pierwsze, najczęściej nie biorę tego do siebie tylko – ewentualnie – mówię spokojnie „tego nie robię” (to była trudna lekcja, bo jeszcze kilka lat temu byłam taką dziewczynką i nie miałam pojęcia, jak poradzić sobie z tym, że ktoś mówi, że chce ze mną seksu – takiego klasycznego, darmowego, nie wyróżniającego się absolutnie niczym). Po drugie, trudno mnie zaskoczyć czy zbulwersować. Jestem bardzo tolerancyjna. Chętnie czytam książki o różnych barwach seksu, lubię bloga Proseksualnej, nie krępuje mnie rozmowa o sprawach intymnych. Znam też oczywiście sporo fajnych tricków łóżkowych, choć nie jestem ich już świadoma – ale to jest coś, czym ludzie niepotrzebnie się ekscytują. Bycie dobrą technicznie w łóżku wcale nie jest najważniejsze.

Istotną umiejętnością jest też znalezienie czegoś atrakcyjnego w każdym kliencie. Czasami ludzie zastanawiają się, jak to jest okropnie, uprawiać seks z tymi „starymi, obleśnymi dziadami” (co swoją drogą jest strasznym seksizmem: podstawcie w to miejsce kobiety w wieku 40+ i dobierzcie podobne słownictwo). Do mnie tymczasem przychodzą mili panowie w wieku dojrzałym i starszym. Dopiero niedawno zorientowałam się, że to nie jest szczęście tylko nabycie odpowiedniej perspektywy. W prawie każdym umiem znaleźć coś, co sprawia, że mam ochotę na seks z nim. I jest to umiejętność stricte zawodowa, bo w życiu prywatnym nie jestem nimfomanką. Lubię seks, ale z wyselekcjonowanymi osobami. Natomiast jeśli ktoś jest moim klientem, to zupełnie nieświadomie patrzę na niego tak, żeby znaleźć w nim coś seksownego. Moje nastawienie bez wątpienia wiele zmienia.

Kolejna, zabawna i poważnie niedoceniana umiejętność, którą musiałam opanować, to sztuka ubioru i makijażu. Kiedyś wyglądałam tragicznie i czułam się ze sobą całkiem podobnie. Autentycznie ucieszyłam się, kiedy menedżerka wyceniła godzinę ze mną na 200 zł. Sama sobie zapłaciłabym może połowę tego. Ostatnio koleżanka, z którą poszłam na zakupy, doceniła moją umiejętność dobierania ubrań, w których wyglądam dobrze. Coraz częściej słyszę też komplementy na temat mojego makijażu, często połączone z „ja tak nie umiem”. Do ekspertki mi daleko, ale to kolejne rzeczy, które opanowałam. Za lekcje makijażu też zapłaciłam – tutoriale wideo nie były dla mnie pomocne.

Kolejne umiejętności, które musiałam wykształcić – i w których nie jestem ekspertką, ale które jednak w jakimś stopniu mam – to copywriting, marketing, zarządzanie marką, finansami (ach, ten nieprzewidywalny budżet), zarządzanie samą sobą w czasie (no dobrze, na tym polu rzadko osiągam sukcesy)…

Trochę tego jest. Nie wpiszę sobie tego do CV, ale wykorzystam w przyszłości. Już wykorzystuję.

Gdybym z tego nic nie miała, praca seksualna byłaby dla mnie nie tylko trudna i frustrująca, ale i traumatyczna. Czyli taka, jaką jest dla większości kobiet. Niedoświadczone pracownice seksualne – i pracownicy – często pakują się w trudne sytuacje, nie radzą sobie z tzw. trudnymi klientami, łatwiej też wejść im na głowy i wykorzystać. Moje umiejętności pozwalają mi uniknąć większości potencjalnie traumatycznych sytuacji. Ostatnio usłyszałam od paru osób (spoza branży), że jestem wzorem do naśladowania w zakresie dbania o siebie: stale sprawdzam, czy jest mi dobrze, a jeśli nie jest, to wyrażam sprzeciw i otaczam siebie samą troską i wsparciem. Jeszcze kilka lat temu byłam naiwną gąską, która okłamywała samą siebie, że jest OK, kiedy było źle bądź mówiła wprost, że jest źle (właściwie to marudziła, bo odbiorcami były niewłaściwe osoby), ale nic z tym nie robiła, a potem w samotności lizała rany. Tak właśnie postępowały moje koleżanki z agencji – te, które sobie nie radziły.

Nie sądzę, by nauka umiejętności, które posiadam, pozwoliła innym polubić znienawidzoną pracę, nie sądzę też, by zdjęcie stygmy z zawodu sprawiło, że osoby nienawidzące seksu za pieniądze z obcymi ludźmi zmieniły swoje uczucia względem samej czynności, ale na pewno obie te zmiany miałyby ogromny wpływ i na dobrobyt pracownic i pracowników seksualnych, i na ich możliwości i umiejętności wyjścia z zawodu. Obecne warunki: przychodzenie do pracy prosto znikąd, brak szkoleń, brak wsparcia, narzucone przez społeczeństwo życie w sekrecie i stygmatyzacja, po prostu muszą zwiększać traumę doświadczaną przez osoby takie jak moje koleżanki. Są też bardzo niekorzystne dla tych osób, które miałyby szansę tę pracę polubić. Ostatecznie zawsze można się zrazić z czasem.

***

PS. Zapomniałam zupełnie, ale mnie przydają się jeszcze jeszcze erudycja i znajomość języka obcego. Oraz inteligencja, ale tej się nie wyuczy. To takie cechy, które nie są niezbędne w tej branży, ale jeśli się je ma, to można zarabiać więcej i spędzać czas przyjemniej.

PS2. Wracając z wakacji, widziałam przy krajowych drogach pracownice seksualne. Kręciły się na poboczu w siąpiącym coraz mocniej deszczu, daleko od jakiegokolwiek schronienia. Zastanawiałam się, czy ktoś po nie podjedzie i je stamtąd zabierze. I czy mają jakiekolwiek wsparcie. O ulicznej i drogowej pracy seksualnej nie wiem jeszcze nic – poza tym, że nawet moje wypytywanie się o szczegóły byłoby przez panie niemile widziane.

  • Libertyn

    Ah ta stygmatyzacja. Gdyby nie ona to by sporo osób pochlastało się by mieć takie CV

    • O, witaj z powrotem 🙂 Co słychać?
      Nie lubię publicystyki, w której jest więcej erudycji niż konkretów…

      • To zapewne nie polubisz nigdy takiego erotomana gawędziarza jak ja… 😛

        Co u mnie? A nic w sumie. Proza życia. Szukam pracy, bowiem nie utrzymuję się niestety z własnej stronki i firemki w UK a chwilowo nie mogę opuścić kraju. No nie ważne.

        Sorry, że się nie odzywałem. Miałem się ustosunkować do dyskusji tutaj:

        http://escortgirl.blog/aktywizm/kim-jest-seksworkerka-czy-w-polsce-mamy-seksworkerki/

        swoim kolejnym wpisem, odtwarzającym niejako ten mój „zaginiony komentarz”, ale…

        Jakoś tak wyszło. Po części nawet to zrobiłem i wyjaśniłem dlaczego tak wyszło tym wpisem: https://sponsorowani.pl/blog/co-dalej-ze-sponsorowani-pl-czyli-statystyki-portalu-za-kwiecien-i-maj-2017/

        A tego, czego tam nie zawarłem, cóż… Okazji do napisania kontynuacji dostarczył nolens volens dr Wojciech Stanisławski 😉 Ale zdaje się, że już czytałaś – i Jego felieton i moja replikę? 😉 Zaraz u siebie odpiszę na Twój komentarz. :>

        • Lubię erotomanów gawędziarzy. O ile nie zanudzają mnie filozofią (brr) i zachowują wyczucie dobrego smaku 😉 Mam praktyczne podejście, a ten felieton, który zalinkowałeś… nic nie wnosi. Jest tylko utyskiwaniem na to, że świat się zmienia.

          Powodzenia w szukaniu pracy!

          Wpis o statystykach też Ci skomentowałam.

          • Dzięki :* Już Ci odpowiedziałem pod wpisem ze statami 😉 Ja też Cię lubię :>
            To co…? Będziesz moją Pierwszą (patrz wzmiankowany komentarz)? 😉