Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Życie prostytutki to nie jest bajka. Ale i nie tragedia

Zbliża się rok, odkąd utrzymuję się głównie z pracy w tej branży. Przez ten rok zweryfikowałam wiele mitów, które miałam w głowie i…
I jest ok.
Nie, nie jest tak różowo jak myślałam, że będzie. Ale nie jest też tak tragicznie, jak straszył mnie przyjaciel, kiedy obwieściłam mu moją decyzję. Jest… jak w pracy z ludźmi. Zależy na kogo trafię i w jakim akurat sama będę stanie.
Ostatnio mam zimowy dołek. Trochę problemów osobistych, gorsze niż zwykle wsparcie, a do tego najkrótsze dni w roku złożyły się na to, że wyraźnie gorzej radzę sobie z klientami. I cóż, wypadnięcie z roli profesjonalistki, bycie zbyt miłą i ustępliwą doprowadziło do tego, że klient – bardzo miły, porządny, wrażliwy facet – najpierw mnie zgwałcił, a potem zapłacił grosze, i jeszcze był przekonany, że wszystko jest w porządku.
Szczerze mówiąc, przez jakiś czas też byłam przekonana, że wszystko jest w porządku. To może zabrzmieć dziwnie dla niektórych, ale to nie był gwałt traumatyczny, przerażający czy zagrażający mojemu życiu. Po prostu mężczyzna poczuł, że ma ochotę na seks, więc dawaj, budzimy śpiącą obok laskę i ją ruchamy!
Zostałam z poczuciem przekroczenia moich granic. Identycznym jak wtedy, gdy byłam wolontariuszką i pracowałam z ludźmi, którzy doświadczali trudnej sytuacji życiowej, i też miałam gorszy dzień, i włazili mi na głowę, i nie rozumieli zbyt słabo wyrażanego „nie”.
Bo tamtemu mężczyźnie mogłam powiedzieć „nie teraz” lub „kotek, co tak szybko? rozgrzej mnie najpierw”. To był miły chłopak. Ale miałam zły dzień i tego nie zrobiłam.
Wyszło jak wyszło.
Oczywiście musiałam to odchorować. Żałuję, że w moim mieście nie ma profesjonalnie prowadzonych grup wsparcia dla prostytutek, przegadałabym to z dziewczynami i jakąś terapeutką. Co się stało, jak do tego doszło, jak temu zapobiec w przyszłości.
Na szczęście w porę zadbałam o to, by mieć wsparcie w przyjaciołach, więc nie zostałam z gwałtem sama.
Czytałam ostatnio w sklepie jakiś artykuł o branży pornograficznej i prostytucji, napisany przez kretynkę aktywistkę działającą przeciwko pornografii. Że to zawsze wyzysk, że alfonsi, że traumy. Jako argument padło m.in. to, że są grupy wsparcia dla byłych aktorek porno.
No tak. Ale są też grupy wsparcia dla psychoterapeutów.
Nazywają się superwizje.
Moja koleżanka, kiedy studiowała psychologię kliniczną, miała na czwartym roku staż i musiała przeprowadzić wywiad z pacjentem, który okazał się psychopatą-pedofilem i z sadystyczną rozkoszą opowiadał jej ze szczegółami, jak gwałcił małe dzieci.
Miała 23 lata i była kompletnie nieprzygotowana. Myślała, że to będzie ktoś z zaburzeniami erekcji czy jakoś tak.
Trauma?
Ależ oczywiście.
Stawianie granic. To jest najważniejsze.
Ostatnio wprowadziłam nową usługę i oczywiście nie postawiłam jasnych granic, i klient posunął się za daleko. Znowu było źle.
Muszę przemyśleć i spisać, co, jak, ile i za ile. I się tego nauczyć.
Na szczęście znowu miałam na kogo liczyć – opowiedziałam o tym przyjacielowi i jednemu z bliższych klientów. Wygadałam się i doszliśmy do konstruktywnych wniosków.
A gdybym była z tym zupełnie sama i miała w głowie siano?
Wczoraj wpisałam w Netfliksie „sex” i wyskoczył mi dokument o brytyjskich prostytutkach z agencji, które są Chinkami bez pozwolenia na pracę i w zasadzie prostytucja to jedyne, co mogą robić.
Trochę tego, co mówiły, jest mi znane. Na przykład że seks oralny bez zabezpieczenia to właściwie standard. Że sporo klientów nalega na stosunek bez zabezpieczenia i próbują oszukiwać. (Oczy dookoła głowy i asertywność!)
Nie dałam rady obejrzeć dokumentu do końca. Był zbyt ponury.
Większość się nie zgadza z moimi doświadczeniami.
Jestem biała. Nie jestem imigrantką. Nie jestem zależna. Obecnie nie mam nad sobą szefowej. Mogę iść na policję. Nie wstydzę się swojej pracy. Mam wsparcie.
To czyni moją pozycję o wiele mocniejszą.
Gdyby prostytucja nie była tabu, moja pozycja byłaby jeszcze mocniejsza, a praca – bardziej bezpieczna.
Zgadzam się z jednym stwierdzeniem mojego straszącego mnie przyjaciela:
To nie jest łatwy kawałek chleba.
To trudna i wymagająca praca, w której muszę się liczyć z ryzykiem uszkodzenia ciała, choroby, gwałtu, trafienia na przestępcę lub psychopatę. Pracuję w dziwnych godzinach. Nie wiem ile zarobię w danym miesiącu. Jestem swoim narzędziem pracy: i moje ciało nim jest, i mój umysł jednocześnie (zwykle jest albo albo). Musze dbać o dobre relacje z klientami, o miłą atmosferę, o spełnianie ich życzeń – moje własne potrzeby są na trzecim planie, ale równocześnie nie mogę ich zaniedbywać, więc to cały czas lawirowanie i szukanie konsensusów. Parę razy trafiło się, że spotkałam kogoś z problemami i wchodziłam w rolę powierniczki. Kilkakrotnie ktoś potraktował mnie jak szmatę, a ja dalej musiałam być miła (jeden z powodów odejścia z agencji). Bywam wyczerpana. Oraz wiem, bo nie jestem idiotką, że to już zawsze będzie fragment mojego życiorysu. I nie chodzi tylko o to, że paru kretynów zrobiło mi zdjęcia telefonem, kiedy nie mogłam tego widzieć, paru znajomych rozpoznało mnie na zdjęciach, a jedna przyjaciółka okazała się niegodna zaufania. Ta praca trwale zmienia podejście do ciała, związków i seksu. O pieniądzach nie wspominając.
Już wiem, że to nie jest branża, w której długo podziałam. Zdarza się, że mam dość. Biorę dni wolne, żeby się nie wypalić przedwcześnie, bo na razie potrzebuję tej pracy. Kiedy mogę, odpoczywam, zajmuję się innymi rzeczami.
Muszę pilnować, żeby ta praca mnie nie zniszczyła. Żebym się w niej nie zatraciła, nie zgubiła własnych granic i kontaktu ze światem, nie wpadła w pracoholizm i inne uzależnienia (niektórzy częstują mnie narkotykami, spokojnie odmawiam), nie wplątała w jakąś trudną czy ryzykowną sytuację, nie zapomniała do czego dążę w życiu.
Rozdawanie ulotek byłoby zdecydowanie bezpieczniejsze.
A jednak…
Lubię tę pracę. Lubię połączenie ekscytacji i niepewności, spotkania z człowiekiem, seksu i pieniędzy. Lubię to, że mogę być niegrzeczną dziewczynką i jest to wręcz oczekiwane. Lubię wolność obyczajową wciąż wiążącą się z moją pracą (jest XXI wiek, ale to przy mnie mężczyźni swobodnie wyrażają swoje potrzeby seksualne – podział na Matki Polki i dziwki nadal obowiązuje). Lubię swobodę życiową, i zarabianie powyżej średniej krajowej, i to, że jak nie chcę, to nie idę do pracy tylko się obijam. Lubię większość moich klientów i jestem prawie pewna, że z niektórymi będę utrzymywała kontakty. Czerpię przyjemność i satysfakcję z seksu z niesamowitym przystojniakiem czy wyjątkowo dobrym kochankiem, a czasami przeżywam intelektualne orgazmy, bo klient okazuje się fantastycznym rozmówcą. Podoba mi się to, że co jakiś czas mam okazję zrobić się na bóstwo i spędzić niezapomniany wieczór z kolacją w dobrej restauracji i seksem w luksusowym wnętrzu. Interesuję się swoimi klientami i dowiaduję od nich ciekawych rzeczy o świecie. Poznaję ludzi, do których inaczej nie miałabym dostępu. Ludzi sukcesu. Biznesmenów. Milionerów. Itd. Bywam w miejscach, do których inaczej bym nie dotarła (pięciogwiazdkowy hotel, topowa restauracja, klub erotyczny, mieszkanie, w którym głupie krzesło czy mydelniczka są dziełami sztuki).
Tak, bycie dziewczyną do towarzystwa ma naprawdę wiele zalet. Chyba tyle samo ile wad.
Zdecydowałam się z musu. W tamtym momencie miałam do wyboru to albo pracę za grosze i życie w nędzy.
Zrobiłam z tej cytryny całkiem niezłą lemoniadę.
Na szczęście to umiałam. Miałam predyspozycje.
Na szczęście.
I obym dalej miała szczęście.