Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Agencja nie była dla mnie

Przeczytałam właśnie swoje stare wpisy, te, w których relacjonowałam, co dzieje się w mojej pierwszej agencji towarzyskiej i jak radzę sobie z początkami pracy na własny rachunek.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie nadaję się do seksualnej pracy na akord, do siedzenia cały dzień pod telefonem i odbierania dziesiątek identycznych telefonów z Odlotów, do spotykania się z ludźmi, których nie zapamiętam i traktowania ich według schematu „zapraszam do pokoju – czy możemy uregulować płatności – proszę, oto twój ręcznik – przygotowywanie pokoju – seks – rozmowa – pa”.
Taka praca dehumanizuje i szybko wypala. I tak myślę, że sobie całkiem dobrze radziłam, bo nie warczałam na klientów (choć parę razy wyraziłam rozdrażnienie na blogu) oraz umiałam wyłączyć się z agencyjnego życia i tamtejszych konfliktów, żeby zająć się swoimi sprawami. Ale gdybym popracowałam tam dłużej, to kto wie…
Agencja przypomina zwykłą rutynową pracę biurową: idziesz na mniej więcej określoną godzinę, siedzisz iks godzin, pracując na rzecz kogoś innego, masz nad sobą kogoś, kto ustala warunki Twojej pracy, spędzasz czas z koleżankami z pokoju, z którymi dogadujesz się lepiej lub gorzej, funkcjonujesz w sieci układów i układzików. Ma to oczywiście swoje plusy: ileś rzeczy jest NIE na Twojej głowie, masz ustabilizowany tryb życia, nie dziwaczejesz w swojej domowej norce… Ale jest nudne, a brak swobody potrafi naprawdę dopiec.
O wiele lepiej żyje mi się teraz, kiedy nie tylko zarabiam trochę więcej przy znacznie mniejszym nakładzie sił, ale i mam nieporównanie więcej swojego własnego życia. Spotkania z klientami są bardzo różnorodne, ja sama jestem w nich bardziej naturalna, bardziej zaangażowana i mam z tego bez porównania więcej satysfakcji.
W lutym wyszłam z kryzysu, który dopadł mnie na samym początku roku. Wydobywałam się z niego powoli i spokojnie: ograniczyłam reklamę, więc spadła mi ilość telefonów oraz spotkań, miałam dużo czasu wolnego i sporo spotkań czysto towarzyskich z przyjaciółmi. Także spotkania biznesowe były bardziej, powiedzmy, nieformalne: kilka z nich polegało głównie na dotrzymywaniu towarzystwa (a podczas jednego z nich zaszyłam panu poduszkę dekoracyjną! Nie sądziłam, że potrafię takie rzeczy). Słowem: zatroszczyłam się o siebie.
I przed kim z tego odpowiadam? Przed sama sobą. Nikt nie ściga mnie, że się za mało angażuje w jego firmę, że powinnam częściej przychodzić, że dostarczyłam za mało pieniążków. Tak samo jak nikt nie gani mnie (no, poza jedną bliską mi, zaufaną osobą), że tak się nie traktuje klienta, że moje podejście do pracy jest niesłuszne i że wszystko robię nie tak. Coraz płynniej dostosowuje się do klienta i wszystko przebiega sprawniej. Nadal może być lepiej, ale mam z czego być dumna 🙂
Jestem bardzo zadowolona. Z ręką na sercu mogę powtórzyć, że naprawdę lubię swoją pracę. Mam trochę obaw i zastrzeżeń, ale o nich kiedy indziej, bo to duży temat. Mogę podpowiedzieć, że chodzi o prywatne życie uczuciowe (tak, teraz mam i zawodowe życie uczuciowe… ale o tym również innego dnia).