Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

Jestem zła i nie zamierzam tego ukrywać

Miałam dzisiaj stres: weszłam do aplikacji z kalendarzykiem miesięcznym i podliczyłam, który dzień cyklu właśnie mi się zaczął. Trzydziesty ósmy. Podekscytowana wyjazdem zapomniałam, że tak w zasadzie powinnam mieć okres jeszcze przed wakacjami. No więc zamiast oglądać cuda przyrody, pojechaliśmy do najbliższego sensownego szpitala sprawdzić na cito, czy aby nie jestem w stanie błogosławionym. Na szczęście wynik był ujemny, więc winę zwalamy na moje problemy hormonalne. Nie pierwszy raz, choć obecny poślizg jest rekordowo długi. Jeśli przez najbliższe kilka dni nic się nie zmieni, skonsultuję się z lekarzem.

Niestety w mojej pracy niechciana ciąża to ryzyko zawodowe i przed wejściem do branży kobiety (i niektóre osoby transpłciowe) powinny mieć solidnie przemyślany i przepracowany temat „co jeśli”. Antykoncepcja bywa zawodna, o niefajnych klientach i ofercie dopłaty za seks bez gumki („jestem zdrowy”) nie wspominając.

Wiele wskazuje jednak, że okres nadchodzi wielkimi krokami. Jestem rozedrgana emocjonalnie, bolą mnie stawy i mam większą niż zwykle alergię na kretynów i debili wszelkiej maści – szczególnie na tych, co robią z nas biedne, chore psychicznie ofiary przemocy ekonomicznej, którym się uroiło, że wybrały swoją pracę, a tak naprawdę są masochist(k)ami lub mają inne problemy ze sobą odbierające możliwość niezależnej oceny rzeczywistości. Jak normalnie mam w sobie trochę cierpliwości i dobrej woli, tak dzisiaj gdzieś one wyparowały. Została organiczna niechęć do takich typów.

Oni (bardziej one) nie widzą chyba, że w ten sposób nas patologizują, odbierają podmiotowość, sprawstwo i jeszcze okazują swój całkowity brak szacunku. Tak, bo nieuwaga i wiedzenie lepiej to właśnie brak szacunku do nas, do naszej narracji. Mówię „naszej narracji”, bo choć pomiędzy mną, Kitty Tease, Mirą Kowalską i Łukaszem Kubickim widać różnice, to w najważniejszej sprawie jesteśmy bardzo zgodni: sex work is work & nothing about us without us. Chcemy wpływać na rzeczywistość, a potem przychodzi jedna z drugą idiotka i wmawiają nam, że nasza chęć samostanowienia i zabieranie głosu we własnej sprawie oraz zaskakująco inne widzenie spraw są niefeministyczne, a w ogóle to nie wiemy jak naprawdę wygląda nasza branża. To tak, jakby teraz działacze PiS-u twierdzili, że nauczyciele (z różnych szkół, ale połączeni wspólną ideą) nie wiedzą, z czym się je nauczanie i jak ono wygląda od środka.

Jestem ZŁA i uważam takie wszechwiedzące osoby za debilki. Przy czym nie uważam, by w byciu ignorantką było cokolwiek złego… o ile człowiek mówi „aha, myślałam, że to wygląda inaczej, ale skoro tak, to rzeczywiście mój pogląd nie jest adekwatny”. A dyskurs wokół nas to w ogóle nie jest „nie wiem, ale chcę się dowiedzieć”, to raczej „wy nie wiecie tego, co ja wiem, ewentualnie jesteście chorzy”.

Swoją drogą, ostatnio przeczytałam dwukrotnie, że jestem libertarianką i żebym sobie poszła do Partii Libertarian, to będzie spokojniej. W obu przypadkach chodziło o komentarze pod wypowiedziami Weroniki Książek ze Strajk.eu – tej, którą oburzył wpis na moim blogu. Zabawne: ja piszę bloga we własnej domenie, Weronika się oburza i publikuje polemikę na swojej stronie, więc ja idę jej powiedzieć, że jest w błędzie – i potem ktoś mi każe ją zostawić i szukać zrozumienia wśród innych ludzi. Słabe to bardzo. Jeszcze żebym rzeczywiście była tą libertarianką – ale nie, ja chcę tylko dekryminalizacji zamiast legalizacji (skrót: „państwo, odpieprz się”), natomiast program tej partii jest skrajny i widzi agresję w rozwiązaniach optymalnych dla przeciętnych obywateli. Państwowa edukacja jest zła, obowiązek ubezpieczeń jest zły, zapewne złem jest także działanie Ośrodków Pomocy Społecznej, a w ogóle to każdy ma prawo do swojego światopoglądu, z neonazistą włącznie. Brrr.