22
Sty
2017
0

Uczciwość w branży

Oglądałam dzisiaj u przyjaciół serial „Usterka”, w którym pokazano między innymi nieuczciwych taksówkarzy (nie widzę związku z usterkami, ale ok) naciągających i okradających swoich nieświadomych klientów: podstawionego czarnoskórego Polaka, który udawał, że nie rozumie po polsku i nie zna miasta oraz podstawionego białego Polaka, który pozorował głębokie upojenie alkoholowe i wręczył nie czterdzieści, a pięćset pięćdziesiąt złotych (z których kierowca wydał mu hojnie całe 90 zł reszty). Brrr.

Skojarzyło mi się z moją branżą. Czasami moi klienci napomykają co nieco o koleżankach po fachu i nie zawsze są to pochlebne historie. Część dziewczyn to naciągaczki, a czasami trafiają się złodziejki. Problem zasygnalizował mi ostatnio pan, który wszędzie chodził ze swoim portfelem. Zabrał go nawet do toalety. Częsty bywalec agencji. Najwyraźniej kierował się doświadczeniem lub nawet doświadczeniami. Inna pani okradła mojego klienta-wózkowicza, wyciągając mu kilkaset złotych z bankomatu i po prostu odchodząc na chama bez świadczenia usługi. Wiadomo, chłopak nie mógł wstać z wózka i za nią pobiec… Aż mną zatrzęsło, kiedy to usłyszałam.

Kiedyś, gdy byłam naiwną gąską, która sobie dorobiła seksem kilka razy w roku, miałam ciekawy pomysł: klientom polskim i zagranicznym podawałam taką samą kwotę, ale w innej walucie. Cyfr nie pamiętam, ale dajmy na to, że oczekiwałam 250 zł i 250 euro za spotkanie. Wydawało mi się to ok (chyba to nawet u kogoś podpatrzyłam) i byłam bardzo zdziwiona, kiedy jakiś pan z Czech napisał mi, że go nie stać i uprzejmie zaproponował bardziej realną cenę. Nie ustąpiłam. Dopiero potem bardziej doświadczony kolega wyjaśnił mi, że to zły pomysł i bardziej opłaca się jedna sensowna stawka dla wszystkich. Tak więc o naciąganie też się otarłam, choć przynajmniej uczciwie pisałam w ogłoszeniu, jaką logiką się kieruję.

Okradanie kogoś, z kim jest się w intymnej sytuacji, nie mieści mi się w głowie. Chociaż ja to w ogóle jestem teraz dziwna, bo kiedy widzę, że stały i lubiany klient jest w dołku finansowym, schodzę z ceny nawet o kilkadziesiąt procent. Dla mnie uzyskany zarobek to i tak spora kwota (trzy zera! w Polsce!), a dla klienta to może być to, co zadecyduje o tym, że następnym razem też zadzwoni do mnie, a nie do konkurencji. Nie chcę tracić klientów. Lubię tych ludzi. Angażuję się w ich sprawy. Myślę o nich, gdy się dłużej nie odzywają albo gdy coś się u nich dzieje. Zniżka to jakby naturalna konsekwencja sympatii do nich.

Z jakiejś perspektywy kiepska ze mnie profesjonalistka. Ale nie chciałabym się zamienić w zimną sukę, która jak nie dostanie X00 zł co do grosza, to sayonara. To nie ja.

0