22
Kwi
2017
2

Tylko jedna piosenka

Dostałam wczoraj DWA maile od stęsknionych czytelników, którzy rozumieją, że jestem zajęta, ale zapragnęli kontaktu ze mną. Pozdrowienia! Nie spodziewałam się, że do mnie napiszecie, że nic nie piszę i tęsknicie! Spieszę z aktualizacją!

Jak wspominałam na FB, nie pisałam, bo zblokował mnie hejt na prostytutki w wykonaniu SWERFujących pseudofeministek (Sex Workers Exclusionary Radical Feminists). Nie podlinkuję Wam na razie dyskusji, bo jest straszna i w ogóle nie powinno jej być. Laski powinny już dawno się ucywilizować i zauważyć, że:

a) usługa seksualna może być dobra &

b) one też mają prawo z niej skorzystać!

c) a skoro nie chcą, to niech przynajmniej nie zakazują innym.

No ale na razie mamy seks-negatywne, niewyedukowane feministki, które podniecają się gwałconymi dziewczynkami z Kambodży tak, jak anty-choice’owcy zdjęciami ośmiomiesięcznych płodów.

Sensowną polemikę być może napiszę później, to znaczy zaczęłam ją pisać, ale utknęłam na tłumaczeniu „dobrowolności” pracy w świecie zdominowanym przez kapitalizm. Jestem za mało lewicowa, żeby argumenty nasuwały mi się same. Poza tym pisanie polemiki z gniotem, który wpłynął do „Krytyki Politycznej”… nie wiem, czy nie szkoda mi na to czasu. Fanatyków się nie przekona.

Problem z tym, że oni skądś się biorą.

(Jeśli chcecie być na bieżąco, zajrzyjcie na stronę Krytyki oraz fanpage Feminoteki. Odmawiam linkowania).

No, a skoro już uporałam się z blokującym mnie tematem, spieszę donosić, co u mnie.

Przez durną infekcję intymną nie znalazłam środków na upragnione szkolenie. Grupa fajnych ludzi pojechała w świat i wracają jutro, a ja tkwię w pracy. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że telefon się rozdzwonił. Ostatnich kilka wieczorów spędziłam bardzo przyjemnie. Mam już pomysł na tytuł filmu biograficzny o mnie: „Tysiąc pierwszych randek”. Niestety „Pięćdziesiąt” już było. Ale po angielsku będzie można powiedzieć „Fifty Shades of Dating”.

Klimat pierwszej randki to jest dokładnie to, co lubię najbardziej w mojej pracy. Oczywiście lubię też kontynuacje: kolejne spotkania z tym samym człowiekiem, poznawanie go głębiej, budowanie relacji. Ale, bądźmy szczerzy, wielu ludzi interesuje się właśnie tym pierwszym kontaktem z dziewczyną (/chłopakiem/osobą).

Ze światem usług seksualnych jest trochę jak z restauracjami: lubimy sprawdzać kolejne miejsca, eksplorować je, poznawać nowe smaki, nowe style obsługi i nowe wnętrza. Ale ulubionych restauracji, do których z przyjemnością powracamy, mamy tylko kilka. I tylko czasem jesteśmy w nastroju, żeby tam powrócić. To oznacza, że wiele razy wszystko w danym miejscu jest super, ale często wolimy pójść sprawdzić kolejne miejsce niż powrócić w to samo.

To ma też związek z typem osobowości. Niektórzy ludzie interesują się nowościami bardziej niż inni. Lubią podróżować, poznawać nowe potrawy, kultury, miejsca. Chodzą do opery, teatru, baletu. Słuchają dużo różnej muzyki. Chętnie się przeprowadzają lub zmieniają miejsce pracy, a nawet zawód. Dla takich ludzi rutyna w łóżku bywa nieznośna. To nie znaczy, że nie potrafią zbudować i utrzymać relacji. Przeciwnie, często mają swoją ukochaną partnerkę lub partnera, a nawet swoją ukochaną rodzinę z dziećmi, ale częściej chcą otworzyć związek lub są monogamiczni seryjnie.

Ten rys osobowości widzę u wielu moich klientów. Dawniej bywałam zaskoczona: mówili, że jest super, ale nigdy więcej nie dzwonią? Kłamali? Nie, niekoniecznie. Po prostu nie stawałam się ich „ulubioną dziewczyną”. Albo byłam nią przez pewien czas, ale teraz mają już kogoś nowego – bo to też się zdarza.

Chciałabym, żeby o tym się częściej mówiło. Gdybyśmy odeszli od monogamii jako „one size fits all„, przestalibyśmy mieć taki problem ze zdradą. Osłabłby też SWERFizm i prawdopodobnie znikłby slut shaming, bo kobiety przestałyby nienawidzić swoje potencjalne rywalki. Wróciłaby natomiast szczerość. Bo teraz ci otwarci na nowe doświadczenia seksualne mężczyźni muszą się kryć. Kobiety również, nawet bardziej (pozdrawiamy seksizm). A przecież w cieszeniu się różnorodnością w seksie nie ma nic złego.

Wielu moich klientów – oraz kochanków wielu kobiet – ma postawę „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Eksperymentują, żeby następnie powrócić do swojego domu, do ukochanej żony i ukochanych dzieci, a także małych wnucząt (panowie w wieku mojego ojca już się ich wszak często dorobili).  I jeśli ich partnerki to rozumieją, to wszystko między nimi się super układa. Gorzej jeśli ona jest zazdrosna i w tej zazdrości toksyczna. Wtedy mężczyzna potrzebujący odmiany będzie musiał się męczyć albo kłamać.

Jeśli tego nie rozumiesz, wyobraź sobie, że musisz całe życie słuchać jednej piosenki. Masz prawo ją wybrać, ale potem musisz przysiąc jej dozgonną wierność i już nigdy nie wolno Ci włączyć sobie innej. Mimo że przecież słyszysz wokół inne dźwięki i niektóre nawet Cię kuszą… nie wolno! A jeśli przypadkiem staniesz nagle zasłuchana/y, a to nie będzie Twoja piosenka tylko jakaś inna, prawdopodobnie spotka Cię surowa kara!

Ja bym zwariowała. Zebrałam do tej pory kilkaset ulubionych piosenek.

Poznałam też wielu ulubionych mężczyzn. Czasem okazaliśmy się kompatybilni i oni też mnie lubią od czasu do czasu spotkać. Czasem niestety milczą. Iskrzenie bywa jednostronne. Albo po prostu zgubili mój numer telefonu. („Gdzieś tutaj, w tym mieście, była moja ulubiona restauracyjka. Miała niebieskie zasłony w oknach i serwowali tam najlepsze pesto na świecie. Niestety nie pamiętam adresu. Chyba się zamknęła, a może po prostu zmieniła wystrój i już jej nie poznaję”).

Zabawne, że możemy lubić wiele różnych kuchni i tysiące utworów muzycznych, ale do łóżka mamy pójść tylko z jedną osobą w życiu. I to dopiero po przyrzeczeniu jej dozgonnej wierności.

A może to nie zabawne tylko straszne? Lub właściwe? Co myślicie?


PS. Ostatnio byłam w Bubbles przy Teatrze Wielkim i w restauracji Sofitelu Victorii. Och i ach. Wracałabym.

2

You may also like

Czego praca seksualna nauczyła mnie o seksie?
Mansplaining w wykonaniu feministki