19
Maj
2017
0

Realia pracy w agencji dla niekumatych działaczy lewicowych

Doczekałam się polemiki z moim tekstem o tym, co robi menedżer w naszej branży i za co pobiera opłaty. Polemika jest bardzo słaba merytorycznie, bo autorka oczywiście usług seksualnych w agencji nie świadczyła (albo bardzo dobrze się kryje) i powtarza zasłyszane stereotypy.

W tekście wyjaśniającym, na czym polega praca szefa/szefowej agencji chyba nie dość wyraźnie zaznaczyłam, w jakim miejscu pracowałam. Co prawda była to Warszawa, ale miejsce było bardzo przeciętne. Połowę zatrudnionych na stałe osób stanowiły imigrantki z Ukrainy i Białorusi. Wiele pań pracowało w zawodzie od dawna i nie miały na siebie innego pomysłu oraz nigdy nie rozmawiały o przyszłości. Panie z Ukrainy były w większości uzależnione od alkoholu i papierosów (jedna z nich zażywała również narkotyki), a panie z Polski miały depresję i wprost mówiły, że nienawidzą tej pracy, nikt o niej nie wie i żałują, że tak potoczyły się ich losy. Oprócz mnie pracę seksualną lubiła tylko jedna osoba, w branży od kilkunastu lat. Nie było mowy o „emancypacji przez prostytucję”, którą z upodobaniem przytacza autorka polemiki. Były zwykłe, smutne realia codziennej roboty, do której chodzi się, bo ma się rachunki do popłacenia, żołądek do napełnienia i inną istotę żywą na utrzymaniu (sporo pań miało dzieci, a moja najlepsza koleżanka – zwierzątka domowe).

Weronika Książek z upodobaniem przywołuje schemat „promila kobiet”, przypominając, że emancypują się kobiety w dobrej sytuacji życiowej lub czerpiące satysfakcję ze swojej profesji pracy i że (tylko) one dyktują warunki.

Chciałabym tu znowu przypomnieć, że w moim tekście mowa była o szefach i szefowych agencji. Do agencji raczej nie trafiają kobiety w dobrej sytuacji finansowej i zaradne społecznie. Te, jeśli chcą pracować seksualnie, uruchamiają biznes na własną rękę. Powinnyśmy się trzymać rozmowy o pracodawcach przeciętnych kobiet z trudną sytuacją życiową, bo takie osoby przeważnie zatrudniają się w agencji.

Weronika Książek zakłada, że pracodawcy „skrzętnie wykorzystują” nasz brak perspektyw i przymus ekonomiczny. No nie wiem.

Sama byłam bez perspektyw, a kiedy podjęłam decyzję o zatrudnieniu się w agencji, za ostatnie pieniądze kupiłam sobie ładną bieliznę. Następny zastrzyk gotówki miałabym nie wiem skąd. Byłam zdesperowana. Na tle innych dziewczyn wyróżniało mnie jedynie to, że – zgodnie z moimi przewidywaniami – polubiłam swoją nową pracę.

Trafiłam, jak już mówiłam, do agencji zupełnie przeciętnej. Takiej, jakich wiele można znaleźć w centrum Warszawy. Prowadziła ją – jak to się często zdarza – nie jakaś wyrachowana menedżerka, ale była pracownica seksualna. Miała dobrą wolę, działała z zaangażowaniem i swego rodzaju misją. W ramach swoich możliwości (fakt, że bardzo ukierunkowanych poprzez jej rolę zawodową) starała się pomagać trafiającym do niej kobietom. Dawała im dach nad głową, pożyczała ubrania i kosmetyki na start, wysyłała na początek do zaufanych klientów, żeby zapewnić miękkie wejście do branży. Brakowało jej przygotowania psychologicznego, prawnego, socjalnego i popełniała błędy, ale robiła co tylko mogła, żeby nam pomóc wyjść z tarapatów. Oponowała przed angażowaniem w sprawy fachowców (policję, lekarzy, terapeutów, pracowników socjalnych itd.), ale przypuszczam, że brało się to z lęku przed grożącym jej więzieniem. Ostatecznie w świetle prawa popełniała przestępstwo.

Branża seksualna w dużym stopniu opiera się na desperacji – zwłaszcza kobiet, imigrantek/ów, osób LGBT – ale to nie jest do końca tak, że alfons to jest ten zły, co wykorzystuje sytuację. Jego/jej rola jest znacznie bardziej skomplikowana.

Innym przekłamaniem jest to, że „osoby świadczące usługę mają niewiele do powiedzenia”. To nieprawda. Pracownice seksualne z agencji szybko robią się wyszczekane i ustawiają klientów równiutko, jeszcze przez telefon. „Przykro mi, tego nie oferuję, ale mogę dać ci numer do koleżanki, która to uwielbia” to najgrzeczniejsza forma komunikatu, której praktycznie nie słyszałam w naszym pokoju socjalnym. Raczej „pogięło cię? Palce mi będzie wtykał!” albo „spierdalaj, dupku”. Kobiety z mojej agencji w większości nie były otwarte i liberalne, to były zwykłe Polki (oraz Ukrainki i Białorusinki, ale one trzymały się osobno) wrzucone w kontekst seksualny. „Zbok” było jednym z ładniejszych określeń. Niejednokrotnie byłam w szoku, że można tak potraktować klienta. I to ich było mi szkoda. Dziewczyny ze stawianiem granic radziły sobie doskonale.

Miałam na przykład taką sytuację, że jednej z pracownic dopisano w tekście ogłoszenia, że oferuje coś, co ona osobiście uważała za chore. Podczas weryfikacji telefonicznej (klienci agencyjni są świadomi, że ogłoszenia często kłamią i dopytują o zakres usług) kobieta wyjaśniała więc, że to pomyłka. Jeżeli coś się komuś nie podobało – rozłączała się.

Tym, co zawsze budziło moje wątpliwości i nie było do końca konsensualne, był seks analny. Oferowało go kilka pracownic, przy czym co najmniej jedna wyłącznie z powodu dopłaty, która w całości szła do jej kieszeni. Dostawała dodatkowe pieniądze za coś, co ją bolało i czego szczerze nienawidziła.  Jednak żaden człowiek jej do tego nie zmuszał. Winne były realia rynku. Sto złotych różnicy przy rachunkach do popłacenia i dochodach sięgających zawrotnej kwoty dwóch tysięcy na rękę… Praca seksualna to bynajmniej nie jest jedyna branża, w której ludzie robią coś wbrew sobie dla dodatkowych stu złotych. Ja kiedyś dla takich pieniędzy robiłam inwentaryzację w sklepie. Osiemnaście godzin nieprzerwanej pracy fizycznej – od wieczora do południa. Jeszcze byłam z siebie dumna!

Pod koniec swojego tekstu Weronika Książek opowiada się za legalizacją. „[Państwo] powinno w jakimś zakresie ten rynek uregulować przez odcięcie jego patologicznego pnia. Dać pracownicom i pracownikom seksualnym dostęp do regularnych badań, wsparcie psychologiczne, możliwość porzucenia pracy w każdym momencie bądź odmowy określonych usług. Uznać ten zawód za specyficzny, nie stygmatyzować z pozycji wyższości moralnej prywatnych inicjatyw pracowników seksualnych, ale zwiększyć ich uprawnienia kosztem alfonsów i wszelkiej maści stręczycieli. Osoby będące w układach wyzysku z tych układów wyciągać. Przede wszystkim jednak postawić na edukację, która umożliwi świadome decydowanie o własnym ciele i omijanie raf w postaci prymitywnych handlarzy, obiecujących złote góry”.

O ile edukacja jest fantastycznym pomysłem (kto nie chce edukacji seksualnej ogólnej i dla poszczególnych grup społecznych, ręka w górę), o tyle nie chcę, żeby to państwo mieszało się do pracy seksualnej.

Państwo dające dostęp do regularnych badań pracownicom/kom seksualnym brzmi świetnie, ale w praktyce skończyłoby się to przymusem regularnego ujawniania się przed lekarzami jako pracownica seksualna. Moje koleżanki z agencji nie zrobiłyby tego za nic – ich wstyd był zbyt duży. Ja miałabym opory. Wsparcie psychologiczne też brzmi super, ale nie powinny go oferować instytucje państwowe (żadna z moich koleżanek z agencji nie chciałaby mieć pracy seksualnej w papierach), a organizacje pozarządowe. Im bardziej anonimowo, tym lepiej.

Możliwość porzucenia pracy w każdym momencie również brzmi znakomicie, ale co zaoferować zamiast niej? Ludzie tkwią w tej branży wbrew sobie najczęściej nie dlatego, że ktoś ich do tego zmusza („jak odejdziesz, to cię znajdę i pożałujesz”) tylko dlatego, że nie mają dokąd pójść. Trzeba by zlikwidować biedę, podwyższyć płace, ułatwić znajdowanie pracy kobietom z dziećmi oraz 50+, uczynić rynek nieruchomości bardziej dostępnym…

I wreszcie pastwo dające możliwość odmowy świadczenia określonych usług – to już jest populistyczna fikcja. Tego się nie da zrobić poprzez państwo. Bo jak? Przychodziłby do agencji funkcjonariusz państwowy i kontrolował? To tworzenie przestrzeni dla poważnych nadużyć. A może stworzyć odgórnie katalog usług legalnych i nielegalnych, gwałcąc przy okazji indywidualne preferencje?

Im mniej państwo będzie się wtrącało w naszą pracę, tym lepiej. To, czego potrzebujemy, to organizacje pozarządowe działające na naszą rzecz (niezależna od państwa, anonimowa i bezpłatna pomoc prawna, psychologiczna, socjalna, zdrowotna), powszechna edukacja seksualna i pełna dekryminalizacja.

A pani Weronice Książek oraz każdemu, kto chce o nas wyrokować na postawie swojej skromnej wiedzy i jeszcze skromniejszego doświadczenia, polecam zatrudnienie się w agencji. Na miesiąc. Chcę, żeby ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak nasza praca naprawdę wygląda, przestali się mądrzyć.

***

PS. Oprócz przeciętnych agencji istnieją oczywiście agencje lepsze i gorsze. Słyszałam o różnych patologiach. I o patologiach warto mówić. Ale przede wszystkim trzeba mówić o realiach. Takich, jakimi są. Bez demonizowania hurtem każdego pośrednika i rozpowszechniania bzdur. Ludzie muszą wiedzieć, że już teraz, w obecnych warunkach przymusu ekonomicznego, mogą znaleźć godne warunki zatrudnienia oraz że już teraz mają prawo mówić „nie”.

PS2. Zaraz mam spotkanie z dziennikarką… Trochę się cykam. Trzymajcie kciuki, żeby napisała fajny wywiad!

0