9
Sie
2017
0

Garść refleksji o handlu ludźmi i nie tylko

Obejrzałam dziś krótki niemiecki dokument o kobietach z Nigerii zmuszanych do sprzedawania seksu w Turynie. Dziewczyny są oczywiście zwabiane na pracę kucharki, fryzjerki itp., a tym młodszym obiecuje się naukę w europejskiej szkole. Na miejscu, kiedy przejdą już przez sito urzędu imigranckiego, trafiają na ulicę. Są – z tego co zrozumiałam – do tego stopnia bezradne w obcym kraju, zmanipulowane i zastraszone, że wolno im się w miarę swobodnie chodzić do sklepu i korzystać z telefonu.

Co mnie zaskoczyło, to że w ramach gróźb wykorzystuje się wiarę w plemienną religię i rytuały szamanów tamtejszego voodoo. Jedna z dziewczynek, obecnie piętnastolatka, która wciąż wierzy to w voodoo, została w ten sposób zastraszona podczas specjalnego rytuału, kiedy zabito kurę i oblano Nigeryjkę krwią. Stosuje się też groźby zabicia rodziny w Nigerii i standardowe tortury: bicie, budzenie w środku nocy, gwałty.

Film skoncentrował się na pokazywaniu pracy Princess, czterdziestoparoletniej kobiety, która w latach 90. również trafiła do Europy w ramach handlu ludźmi. Po kilku miesiącach poznała Alberta, mężczyznę, który jej wysłuchał i pomógł. Teraz są małżeństwem i wspólnie wydobywają inne młode kobiety z łap handlarzy.

Produkcja dobitnie udowadnia, że to wymagająca praca. Nie wystarczy podejść i powiedzieć „Czemu to sobie robisz? Zejdź z ulicy, stać cię na więcej niż świecenie gołym tyłkiem przy ogniu z kubła na śmieci”, jak chciałoby wielu moralistów. Trzeba zapewnić ludziom konkretną alternatywę. Przede wszystkim jednak trzeba wzbudzić ich zaufanie. Zaczyna się więc od prostego kontaktu: niezobowiązująca rozmowa, podanie namiarów na siebie, prezerwatywy.

Kiedy już ktoś znajdzie w sobie gotowość do zaufania pomocnicy i postawienia się handlarzom, trzeba zapewnić bezpieczeństwo. A nie jest to łatwe. Princess z mężem dysponują wieloma lokalami, w których ukrywają swoje podopieczne. Kobietom przez długi czas nie wolno nigdzie wychodzić, co z pewnością jest trudne do zniesienia, zwłaszcza że wcześniej – pod kuratelą handlarzy – cieszyły się większą swobodą. Równocześnie na podstawie pozyskanych informacji wszczyna się postępowanie przeciwko sprawcom. Historia dwóch dziewczyn przedstawionych w dokumencie zakończyła się sukcesem: sprawców ujęto, gdy mieli już uciekać z kraju.

Oprócz dania dziewczynom dachu nad głową, konieczne są działania mające na celu zbudowanie im nowego życia. Dokument nie poruszył kwestii integracji imigrantek z włoskim społeczeństwem dość dokładnie, ale widzimy dwie rzeczy: zdobywanie nowego zawodu (garncarstwo: dziewczyny robią talerze, a Princess dodatkowo je motywuje) i czynny udział w europejskim życiu religijnym. Co niedzielę podopieczne Princess jadą do kościoła, gdzie uczestniczą w nabożeństwie i śpiewają w chórze. Oswojenie ich z chrześcijaństwem ma zastąpić wiarę w voodoo.

Oglądając film, cały czas chodziła mi po głowie myśl, jak bardzo jestem uprzywilejowana względem takich Nigeryjek. Pracuję u siebie, w kraju, którego kulturę i topografię doskonale znam, w którym mam bliskich. Jestem wyedukowana, także seksualnie. Biegle posługuję się komputerem i smarfonem i pochodzę z wielkiego miasta, dzięki czemu pracuję na zupełnie innych warunkach (a propos, nie mogę się doczekać, aż poznam kobiety pracujące seksualnie na warszawskich ulicach – jeśli chodzi o ten sektor usług, moja wiedza jest taka sama, jak każdego, czyli pewnie żadna). Należę do osób asertywnych, świadomych swoich mocnych stron. W porównaniu z Nigeryjkami z Turynu mam całkiem spory wybór zawodów i nie jestem skazana na pracę seksualną.

Z tym wolnym wyborem to skomplikowana kwestia, bo na tle osób o moim kapitale kulturowym i ambicjach wypadam inaczej. Mam swoją historię w tle, która sprawia, że mój dostęp do pracy jest mocno ograniczony. Ale nie powiem tego przy Nigeryjce, którą właśnie zwabiono do Europy.

W ramach ciekawostki, Princess w swoim kraju prowadziła restaurację. Przyjechała do Turynu znęcona pracą kucharki. Trafiła na ulicę. Kwestie migranckie są mi obce, więc nie będę tego komentować, ale coś czuję, że to się wkrótce zmieni. W zespole Sex Work Polska ten temat wypływa na każdym spotkaniu.

Zastanawiam się, co by się stało ze światem, gdyby praca seksualna przestała być tak zdemonizowana. Można próbować jej zakazywać, karać nas, klientów, osoby trzecie… ale ludzie będą potrzebowali seksu. Ta potrzeba jest zbyt silna i powinniśmy ją wreszcie zaakceptować zamiast udawać, że nas nie dotyczy i że to zwierzęce. A gdyby tak zastąpić przymusową pracę seksualną dobrowolną? Czy gdyby było więcej Świętych Ladacznic, które lubią swoją pracę i nie widzą w niej nic złego, zmuszanie dorosłych ludzi do prostytucji miałoby w ogóle ekonomiczny sens?

Może jest tu ktoś mądry, kto ma swoje przemyślenia w tym temacie? Chętnie posłucham.

A do mnie piszą, coraz częściej, młode kobiety, które rozważają pracę seksualną. Sprawdzam ich potrzeby. Podaję informacje. Widzę, że potrzebny jest przewodnik dla początkujących. Ja sama urządziłam się tak dobrze, bo kiedy nie widziałam innych opcji – dobrze wiedziałam już, co i jak. Owszem, to nadal była wiedza głównie teoretyczna, wyidealizowana – ale była. Miałam też oparcie w znajomych. Nigeryjki z dokumentu były całkiem same i również to zwiększało ich bezradność. W informacji moc! Będziemy działać.

Aktualnie zbieram wskazówki, na co warto zwracać uwagę przy wyborze agencji. Dacie znać tutaj albo na kontakt[at]sexwork.info?

I jeszcze link na zakończenie – seria tekstów po angielsku poświęconych pracy seksualnej. Dziś rano jeszcze nie było najnowszego (o stygmie), więc zaglądajcie co jakiś czas – ich przybywa!

0