21
Gru
2017
0

Przeciwko pracy w izolacji

Kilka dni temu obejrzałam bardzo mocny spot postulujący dostrzeżenie w nas, osobach świadczących usługi seksualne, realnych ludzi. Opowiada się przeciwko prawnemu wymuszaniu oferowania usług seksualnych w izolacji, czyli – za dekryminalizacją.

Obecne przepisy kryminalizujące trzecie strony utrudniają nam, osobom sprzedającym seks w Polsce, legalne wynajmowanie mieszkania w kilka osób i uniemożliwiają legalne opłacanie, ochroniarzy i, oczywiście, menadżerów. Sama jestem rozbestwiona i mówię z perspektywy „ja (niezależna bizneswoman) zatrudniłabym X”, ale w praktyce najczęściej chodzi o pracę w firmie, w której te osoby są zatrudnione na równi z pracownicami seksualnymi, a tym wszystkim zawiaduje właściciel(ka).

(ŚL jest tą osobą, która zrekrutowała sobie pracodawczynię na zasadzie „odpowiadasz mi, chcę pracować u ciebie”. Zawsze zatrudnia innych, nawet jak jest zatrudniana).

Istnieją też seksworkowe kolektywy bez właściciela, ale one również są w Polsce nielegalne. Każde odpłatne ułatwianie komuś innemu sprzedawania seksu to kuplerstwo. Nawet jeśli dwie dziewczyny pomagają sobie nawzajem. Nie wolno. Trzy lata więzienia.

Czemu inne osoby są ważne? Tak jak w przypadku ostatnio omawianej bazy klientów, głównym powodem jest bezpieczeństwo pracownicy seksualnej, a w dalszej kolejności – sprawna organizacja pracy.

Sama mam duże szczęście, bo mam przyjaciół, którzy czuwają nad moim bezpieczeństwem – tak sami z siebie. Zaufanej osobie zostawiam informacje z kim, gdzie i do kiedy będę, a reszta moich najbliższych ma do niej kontakt i w razie czego natychmiast wszczęliby alarm. Moi bliscy interesują się też tym, czy danego dnia idę do pracy, więc jest mi trudniej wpaść na pomysł, że dzisiaj zrobię sobie Dzień Lenia i będę oglądać głupie seriale na Netfliksie. Jest to pomoc darmowa i w związku z tym – najzupełniej legalna.

Ale kiedy wprowadzimy (totalnie sztuczny) podział na wyemancypowaną mniejszość osób sprzedających seks „z wyboru” i liczne osoby, które robią to „z przymusu ekonomicznego”, to zauważymy, że te drugie, niewyemancypowane, często pracują w sekrecie przed najbliższymi. Udają, że pracują w biurze, w recepcji, w klubie nocnym jako barmanka itp. W przypadku moich koleżanek z agencji najczęściej nikt nie wiedział, czym się zajmują – czyli nie miały wsparcia zaufanych osób spoza branży. Nawet gdyby z kimś mieszkały i tego kogoś zaniepokoiłaby nieobecność partnerki / współlokatorki / córki etc., nie miałyby jak dalej działać. Moi bliscy mogliby podać policji wiele szczegółów związanych z moim zaginięciem. Niewtajemniczeni bliscy pracownicy działającej w sekrecie rozbiliby się o kłamstwo. Na przykład we wskazanym barze powiedzianoby, że taka pani nigdy tu nie pracowała.

Ogromnej liczbie pracownic i pracowników seksualnych pozostaje więc szukać niezbędnego wsparcia w branży, wśród koleżanek i kolegów z pracy, u menedżera/menedżerki („alfonsa i sutenera”), kierowcy, ochroniarza („kuplerów”).  Uzyskują ją, głównie dlatego, że wiadomo, że za dziewczyną ktoś stoi i nie jest ona samotną, bezbronną ofiarą. Jednak kryminalizacja tego środowiska spycha wsparcie do podziemia. W mojej pierwszej agencji wszyscy bali się policji i uważali ją za naturalnego wroga. Czy zgłosiliby tam czyjeś zaginięcie? Mam pewne wątpliwości. Co innego byłoby, gdyby nie narażali przy okazji siebie oraz gdyby z pracą seksualną nie byłaby związana tak ogromna stygma społeczna.

Na szczęście do zaginięć i morderstw dochodzi bardzo rzadko. Znacznie częstsza jest przemoc słowna, gwałt, czasem pobicie. I jeśli chodzi o takie sytuacje, wsparcie w agencjach i na kilkuosobowych prywatkach działa bardzo dobrze. Sama kilkakrotnie z takiej pomocy skorzystałam i zapewniam, świadomość, że jest ktoś jeszcze w pobliżu, że mam jakieś „plecy”, bardzo pomagała. Szczególnie ceniłam ją na początku, kiedy w ogóle nie podjęłabym się pracy nie mając wsparcia (gdy czasami zostawałam wtedy sama w mieszkaniu, nie przyjmowałam klientów). Słyszałam też zapewnienia osób zatrudnionych w innej agencji, że wystarczy dać znać krzykiem „na pokoju”, że coś się dzieje i koleżanki przybywają z odsieczą. Również na wyjazdach dziewczyny dbają o siebie nawzajem. Nawet jeśli pochodzą z konkurencyjnych agencji. Nie raz i nie dwa zdarzało mi się uczestniczyć w pospiesznej szeptanej rozmowie o danym kliencie, usłyszeć jakąś poradę czy w inny sposób zorientować się, że druga osoba czuwa. Ja też czuwałam. Dwie pracownice seksualne naturalnie wchodzą ze sobą w sojusz, szczególnie jeśli pojawia się problem. Może trochę idealizuję, ale naprawdę nigdy się na żadnej nie zawiodłam.

Odchodząc już od tematu bezpieczeństwa, jasne jest, że izolacja i samotność mu nie sprzyjają. Drugą wspomnianą przeze mnie kwestią jest organizacja pracy. Zdążyłam już nie raz zauważyć, że – jak w każdej branży – wiele osób sprzedających seks jest mało przedsiębiorczych bądź zbyt niedoświadczonych, bądź też pracuje dorywczo – dla nich wynajęcie mieszkania w pojedynkę czy jeżdżenie samej do klientów, jako niezależna escort girl (escort boy), często nie wchodzi w grę. Wtedy, po rozważeniu zysków i strat, mogą dojść do wniosku, że znacznie bardziej opłaca się agencja. Tak, oddaje się połowę swojej podstawy, ale jest o niebo mniej pracy. Trzeba tylko trafić w dobre miejsce (o patologiach zdążyłam się sporo nasłuchać).

Spotkania i rozmowy z ludźmi pracującymi seksualnie uświadomiły mi, że umiejętność skutecznego zareklamowania się i zorganizowania sobie pracy tak, żeby przyzwoicie zarabiać, nie jest czymś super powszechnym. Faktem jest, że osoba, która sprzedaje seks niezależnie, powinna dodatkowo być  wprawną użytkowniczką komputera lub choćby smartfona, znać się na nowoczesnym marketingu, zarządzaniu (przynajmniej sobą w czasie), obsłudze klienta i pewnie jeszcze kilku innych sprawach. Jeśli tego wszystkiego nie umie, to albo jakoś przędzie sama, albo kogoś do tego zatrudnia (angażuje skryminalizowaną trzecią stronę), albo sama się zatrudnia (u skryminalizowanej trzeciej strony). Pomoc czysto koleżeńska jeszcze się w Polsce nie zorganizowała zbyt dobrze – co bez wątpienia powiązane jest ze stygmatyzacją. Jednym z głównych celów Sex Work Polska na ten czas jest sieciowanie ludzi, żebyśmy się ze sobą wszyscy jakoś zapoznali. Bo jesteśmy dla siebie nawzajem anonimowymi ludźmi, a nie znajomymi znajomych. Trudno wejść do tego świata i poznać ludzi, kiedy wszyscy się kryją.

Co ma zatem zrobić nie dość wykwalifikowana, aktualnie bezrobotna osoba, którą życie przymusiło, żeby sprzedawała seks, kiedy ona ani nie zna się na reklamie, ani tym bardziej na branży seksualnej? Ja próbowałam na początku ogłoszeń w sieci, ale nie wiedziałam co i jak oraz zmarnowałam mnóstwo czasu na bezproduktywne rozmowy i naciągaczy. Nie umiałam nawet skutecznie wyegzekwować płatności i koniec końców kilka razy spotkałam się za darmo. Dlatego kiedy – kilka lat później – już naprawdę nie wiedziałam co dalej, po prostu poszłam do agencji. To tam opanowałam tajniki pracy seksualnej. Wiele innych kobiet (i nie tylko ich) tak właśnie robi. Dzielą się dochodami z szefem bądź szefową w zamian za zapewnienie im pracy: lokalu, reklamy, klientów, bezpieczeństwa, mentoringu, organizacji… W ten sposób ogromna część pracy spada na ramiona innych. Część z nich potem odchodzi na swoje, a część nie zamierza podjąć tego ryzyka. Nie każdy ma mentalność przedsiębiorcy – wielu świetnych ludzi to pracownicy etatowi, którzy lubią skoncentrować się na swoim wycinku oraz potrzebują, aby ktoś inny wskazał im, co mają robić i ogarnął dla nich te aspekty działalności, z którymi pracownik sobie nie radzi. Naprawdę nie wyobrażam sobie, by kilka spośród moich koleżanek z agencji poradziło sobie na własną rękę. To trudne, a przy tym bardzo samotne. Czasem tęsknię za naszym pokojem wspólnym w agencji, gdzie można było poplotkować, posłuchać napierdalanek politycznych, wspólnie napić się herbaty czy zaśpiewać chórem sto lat z okazji urodzin koleżanki. Bywało, że się na nie wszystkie wkurzałam, ale były fajnymi koleżankami i trochę mi ich brakuje.

Sporo osób chce się pozbyć trzecich stron, widząc w nich tylko wyzyskujących nas przestępców, ale gdyby ich nie było w ogóle, to byłyby tylko pracujące w samotności pracownice i ich klienci. Smutne, nieproduktywne i – jak pokazuje spot – niebezpieczne. Ci „alfonsi i kuplerzy” naprawdę na coś się nam kobietom (i nie tylko) przydają. Część z nich jest przemocowa, część z nich w zupełności zapracowała sobie na kilka lat pozbawienia wolności, ale kryminalizacja wszystkich bez wyjątku uderza również w nas – osoby oferujące seks. Bo póki będzie istniało sprzedawanie seksu, będzie też istniało zapotrzebowanie na ludzi, którzy tę sprzedaż będą organizować. Chciałabym, żeby było wśród nich więcej uczciwych, porządnych ludzi. Ale trzy lata więzienia to sporo. Zniechęcająco sporo.

PS. Magdalena Grzyb wyprodukowała kolejny tekst: Lobby sex workingu kontratakuje. Całkiem zabawnie się to czyta. Czuję się aż dumna, że zasłużyłam sobie na wzmiankę (cyt. oprócz Świętej Ladacznicy, która występuje pod pseudonimem i nie wiadomo, czy w ogóle istnieje).

0

You may also like

Na co idzie „alfonsowe”?