19
Sty
2018
1

Czas pracy po raz drugi

Nowy Rok zaczął się z przytupem: dużo nocek, dużo spotkań, dobre dochody, a teraz są ferie i telefon milczy. Ludzie ewidentnie powyjeżdżali lub spędzają czas w domu z rodziną. W związku z tym pracuję nad innymi sprawami: najbardziej nad własnym rozwojem osobistym. Czytam książki, przerabiam zakupione kiedyś kursy… Nie narzekam więc na nudę, choć zdecydowanie wolałabym, żeby gotówka bardziej mnie lubiła.

Ostatnio wrócił temat mojego czasu pracy. Pisałam już kiedyś, że mam swoje stałe godziny, kiedy jestem dostępna dla klientów i że jeżeli mnie wtedy w tej pracy nie ma, to nie zarabiam. Wiecie, czas to pieniądz, własna działalność, te sprawy. Nie każdy ma pensję i nie każdego obowiązuje „czy się stoi, czy się leży”. Niestety nie wszyscy ludzie, których znam (z tych, co wiedzą o mojej pracy), czytają Świętą Ladacznicę, a nawet jeśli, to wyrywkowo lub bez zrozumienia.

Przechodząc do konkretów, kilka dni temu pewien człowiek, oczywiście zatrudniony na etacie, okazał mi totalny brak szacunku. Bez, jak się okazało, najmniejszego powodu wyciągnął mnie z domu godzinach szczytowego zainteresowania moją pracą. Teoretycznie mieliśmy wspólnie załatwiać ważne interesy, ale człowiek wtopił: nie przygotował się i zmarnował mi wieczór. Mógł zadzwonić i powiedzieć „sorki, nic z tego nie będzie, zostań w pracy” – nic go to nie kosztowało, ale nie pomyślał. I jeszcze się spóźnił. Bardzo się spóźnił.

(Co lepsze, kiedy umówiliśmy się drugi raz, oczywiście w jego godzinach wolnych od pracy – sprawa musiała być załatwiona, a idea, że to on miałby wziąć urlop dla mnie, była najwyraźniej zbyt śmiała – też mnie zawiódł i zawalił po całości. Zero, zero respektowania innych).

Pod tym względem czuję się jak każda inna osoba pracująca z domu lub dowolny freelancer. Są ludzie, którzy pracują od 9 do 17 w dni powszednie, a jeśli chcą w dniu pracy nie przyjść do firmy, to muszą pytać o pozwolenie przełożonego. Im nader często wydaje się, że my, ludzie z wolnymi zawodami, realizujemy sobie swoje hobby i możemy to robić, kiedy nam się żywnie podoba, a coś takiego jak „dzień roboczy” nas w ogóle nie dotyczy. Mam oczywiście znajomych etatowców, których cechuje więcej wyobraźni i którzy rozumieją, że ja też mam pracę, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktokolwiek wziął urlop po to, żebym ja nie była stratna. Zawsze to ja muszę się dostosowywać. Tylko właściwie czemu?

Ten szacunek dla etatu i olewanie freelancerów/przedsiębiorców są zakorzenione w naszej kulturze tak mocno, że nawet ja muszę świadomie pilnować swoich godzin pracy – na nieszczęście kompatybilnych z czasem, kiedy etatowcy mają wolne. To jedna z tych granic, które bardzo ciężko mi utrzymać i niestety wciąż nader często pozwalam, by inni włazili mi na głowę albo zwyczajnie ulegam pokusom i stawiam na rozrywkę w rodzaju niezobowiązującego spotkania ze znajomym w godzinach, kiedy powinnam była siedzieć w pracy pod telefonem i zarabiać pieniądze. Robię oczywiście postępy, ale zmiana złych nawyków trwa.

Mam nadzieję, że z czasem się nauczę, że i mnie dotyczy schemat czas pracy/czas wolny i zacznę proponować ludziom, żeby może dla odmiany dostosowali się do mnie. Na razie jestem zbyt wyrozumiała: wiem, że napotkam święty oburz, więc tego nigdy nie robię. A szkoda, bo na co dzień wychodzę z założenia, że ludzi należy wychowywać.

(Aha, tamtą sprawę udało się załatwić za trzecim razem, choć oczywiście w godzinach pasujących jemu. Hip hip hura alleluja…).

1

You may also like

Elastyczny grafik, udoskonalona organizacja
Praca seksualna też jest na cały etat