2
Sie
2018
2

„I że ci nie odpuszczę”

Martwy sezon dobiega końca – ludzie zaczęli wreszcie dzwonić i pisać, jednego pana nawet musiałam przełożyć na następny dzień. Przy okazji odbieram czasem telefony z nietypowymi fantazjami w rodzaju zabaw erotycznych w miejscu publicznym – otwarta przestrzeń miejska, klatka schodowa, przebieralnia, pobocze… nic tylko wybierać… albo odmawiać. Odmawiam zawsze. Mam dużo zrozumienia dla ludzi, którzy chcą poczuć dreszcz adrenaliny, ale to nie dla mnie. Jak może domyślacie się po moich ostatnich wypowiedziach w Q&A, seksualność powinna wg mnie zamykać się w bezpiecznych przestrzeniach, gdzie nie ma osób postronnych, może wcale nie reagujących zachwytem na widok czyichś zabaw.

W wolnym czasie, którego nadal mam sporo, czytam książki. W lipcu pobiłam wszelkie rekordy i wyszła mi średnia 0,5 książki dziennie. Kiedyś to byłoby nic, ale odkąd w moim życiu pojawił się Internet, czytam znacznie mniej niż kiedyś. To chyba częste zjawisko, niestety. Z drugiej strony, nie jest to w większości czas stracony: praca, czas z przyjaciółmi, inne rozrywki…

Dziś byłam w kinie na „I że ci nie odpuszczę”. Świetna gra słów, bo w fabule z grubsza chodzi o to, że pewna niebogata pani postanawia się zemścić na pewnym zadufanym w sobie multimilionerze-playboyu z amnezją i wmawia mu, że jest jego żoną. A potem go udręcza w wyjątkowo perfidny sposób – oczekując, że będzie stawał na wysokości zadania jako mąż i ojciec, pracował na utrzymanie rodziny itp. Bohater, typowy meksykański maczo, który nie przepracował w życiu ani jednego dnia, jest totalnie nieodpowiedzialny, nie nadaje się do odziedziczenia rodzinnego interesu i zużywa tony prezerwatyw, a na perfidną zemstę naprawdę sobie zapracował, o dziwo jakoś odnajduje się w nowych rolach, a jego ewolucja jest bodaj najciekawszym (i najzabawniejszym) elementem filmu.

„I że ci nie odpuszczę” teoretycznie jest o miłości i naprawdę mnie w pewnym momencie wzruszył, ale znacznie ciekawsze wydały mi się w nim wątki genderowe i kapitalistyczne. Tak się składa, że Leo jest dziedzicem firmy budowlanej, której worki z cementem nosi, kiedy pracuje na budowie jako biedak utrzymujący rodzinę. Waga worków (45 kilo, jeśli dobrze pamiętam) jest dla niego koszmarem, ma też świadomość, że to po prostu niezdrowe (przepuklina) i chciałby, żeby ważyły trzy razy mniej. Ale wtedy firma musiałaby do biznesu dołożyć grube miliony… i kogo to obchodzi, że ludzie się męczą? Ciekawe są też relacje bohatera z pracownikami, których granice z początku przekracza i których zwalnia z byle powodu. Gdy staje po drugiej stronie – takie same zachowania budzą w nim nienawiść.

Film jest bardzo udanym remakiem komedii romantycznej „Dama za burtą” z lat 80, tyle że dokonano zamiany płci – w oryginale mieliśmy arogancką bogatą sukę, która została wciśnięta w rolę żony cieśli i matki jego dzieci. Nie widziałam jeszcze oryginału, ale coś mi mówi, że współcześnie taka fabuła by nie przeszła. Wystarczy pomyśleć, jakie kontrowersje wzbudza teraz „Poskromienie złośnicy”… które notabene bardzo mnie bawiło. Co prawda we wszystkich trzech przypadkach chodzi głównie o uczenie pokory i wrażliwości na innych kogoś, kto jest po prostu egoistycznym chamem, ale wrażliwość na aktualne problemy społeczne wprowadza pewne niuanse. W dodatku „Dama za burtą”, mam wrażenie, przedstawia znacznie bardziej tradycyjne role płciowe – Leo musi być mężem i ojcem nowoczesnym, partnersko biorącym na siebie CAŁY ciężar prowadzenia domu kiedy jego „żona” potrzebuje wsparcia. Jeśli jego praca na dwa etaty jest pokłosiem tego, że „Dama” też musiała i pracować, i harować w domu (jak tyle innych kobiet), to remake wnosi pewną wartość i jest znacznie bardziej aktualne.

Stanowczo muszę obejrzeć oryginał. Właściwie już na mnie czeka, ale jest prawie trzecia w nocy (byłam na późnym seansie i wracałam nocnym autobusem). Dobranoc!

2

You may also like

„The Red Pill”
Mój pierwszy siniak