19
Sie
2018
2

Jak nauczyłam się przechodzić od Ogólnego Celu do codziennych kroczków

Zawsze miałam problem z planowaniem. Przez wiele lat w ogóle nie używałam kalendarza, bo nikt nie nauczył mnie, jak go efektywnie wykorzystywać. Po prostu realizowałam polecenia szkolne i później służbowe, gasiłam pożary albo działałam w pełni spontanicznie, na przykład rzucając wszystko, żeby napisać jakieś opowiadanie lub przeczytać kolejną książkę ulubionego pisarza. Terminy zapisywałam na luźnych karteczkach i kładłam w widocznym miejscu. Kiedy przyszła sesja, nie miałam pojęcia jak zorganizować sobie naukę i po prostu siedziałam i kułam, dzieląc materiał na partie odpowiadające dniom do egzaminu. Jak w tych warunkach osiągałam stypendium naukowe – nie wiem. Chyba dlatego, że miałam w zanadrzu sporo technik w stylu skanowania tekstu zanim zacznę go czytać czy robienia kolorowych, kreatywnych notatek. Bez wątpienia jednak osiągnęłabym więcej, gdybym umiała planować.

W ostatnich latach sporo się zmieniło. Przede wszystkim pojawiły się spotkania z klientami. O ile w agencji panowie przychodzili za pół godziny / godzinę / dwie (lub nie zjawiali się w ogóle i nijak o tym nie informowali), o tyle kiedy przeszłam na swoje, klienci zaczęli wreszcie umawiać się z wyprzedzeniem. Z początku starałam się wszystko spamiętać. Potem kupiłam pierwszy planer, drugi… Cały czas do zapisywania dat. Skreśleń i przepisywania było sporo, więc przerzuciłam się na kalendarz elektroniczny.

Nadal nie byłam zbyt efektywna. Prokrastynacja, chaos… Zorganizowałam sobie trzeci planer i zrobiłam szkolenia Pani Swojego Czasu. Trochę pomogło. Zaczęłam planować dzień i odhaczać zrobione rzeczy. Ba, nawet zaczęłam wypisywać, co chciałabym zrobić w danym miesiącu, choć to akurat rzadko przekładało się na praktykę.

Cały czas miałam jednak problem z jednym. Jak przeskoczyć z posiadania ogólnych celów do zrealizowania kiedyś do zaplanowania sobie drogi do nich i konkretnych działań? Wciąż miałam cele w stylu „chcę kiedyś zrobić to i to szkolenie” „chcę chodzić na siłownię” itp. oraz realizowałam je, kierując się tym, czy dzisiaj mam wenę, żeby to zrobić, czy nie. Zaczęłam wprawdzie korzystać z list nawyków, ale co powinno zostać moim nawykiem? Miałam mnóstwo pomysłów, ciągle zmieniałam koncepcję i ciągle brałam na siebie zbyt wiele, a w konsekwencji – rezygnowałam. W teorii wiedziałam, że powinnam rozpisać sobie cel na małe kroczki, ale nie miałam pojęcia jak.

Nauczyłam się tego dzisiaj, czytając „Buduj życie odpowiedzialnie i zuchwale” Kamili Rowińskiej, o której pisałam Wam ostatnio.

Zajęło to trochę czasu.

Najpierw spojrzałam na swoje życie z lotu ptaka. Oceniłam satysfakcję z niego za pomocą ćwiczenia zwanego Kołem Życia: to ocena poszczególnych ośmiu sfer życia na skali od 1 do 10. Generalnie nie było źle: poszczególnym sferom przyznałam oceny od 5 do 8. No ale ja chcę mieć życie na dziesiątkę! Wybrałam też tę, którą chcę się zająć w pierwszej kolejności. Potem wypisałam, co sprawiłoby, że każda z tych sfer określiłabym na 10 i jakie mam wymówki, które powstrzymują mnie przed działaniem w tym kierunku. Wybrałam i wypisałam 10 konsekwentnie wykonywanych działań, które doprowadzą mnie do życia, którego naprawdę pragnę.

W kolejnym ćwiczeniu, które robiłam dwa dni (to było sporo pisania) wypisałam swoje siedem najczęściej pełnionych ról i napisałam, co one dla mnie znaczą, jak je pełnię oraz jak mogłabym się w nich doskonalić. To była kolejna lista inspiracji i całe mnóstwo zadań do zrealizowania.

Później analizowałam ludzi, z którym spędzam najwięcej czasu (w myśl zasady, że staję się ich średnią) i przyglądałam się swoim myślom na różne tematy oraz wypisywałam pomysły na nowe przekonania, które będę pielęgnować.

I wreszcie wrócił temat celu… Najpierw poznałam jedno ćwiczenie zaczerpnięte od Briana Tracy’ego. Następnie musiałam odpowiedzieć na niekończącą się liczbę pytań, poprzez które wytyczyłam swój główny cel. Oczywiście od początku wiedziałam, co nim jest (osiągnięcie bardzo konkretnych kwalifikacji pozwalających zmienić zawód), ale teraz mam w nim lepsze rozeznanie i spisałam czarno na białym, co muszę robić, żeby go zrealizować w terminie, kto mi w tym pomoże, jakie ja sama mam zasoby itd., itp. To dało mi większą jasność w temacie priorytetowych działań wspierających osiąganie celu nr 1 – jak one się ze sobą wiążą i dlaczego są dla mnie ważne. Prokrastynacja może się od dziś schować!

Na koniec było trochę wzmacniania w zamierzeniach i obalania podstawowych blokad, które mogą powstrzymać czytelnika przed realizacją celów. Znalazłam tam dla siebie kilka ciekawych myśli, którymi mogę się głaskać w chwilach wątpliwości.

Co zrobiłam następnie? Korzystając z tego, że jest niedziela, zaplanowałam sobie tydzień oraz stworzyłam nowe listy nawyków – dokładnie tak, aby wspierały mnie w realizacji celu. To jeszcze nie są konkretne kroki w sensie „12.09 o godzinie 12.00 zadzwonię do X w sprawie Y”, czyli level Master, ale codzienne popychanie wybranych spraw do przodu. Mam nadzieję, że wreszcie nie wzięłam na siebie za dużo.

Mam przyjaciela, który uważa, że – bazując na słynnej rozwojowej metaforze – nieustannie ostrzę piłę, a bardzo mało czasu poświęcam na ścinanie drzew, ale tym razem jestem z siebie naprawdę zadowolona.

Książkę możesz kupić na stronie Kamili Rowińskiej. Jeśli to dla Ciebie za dużo, ściągnij jej darmowego e-booka z podobnymi ćwiczeniami.

2

You may also like

Rola inwestycji w siebie
Poznajcie Kamilę