15
Wrz
2018
3

Spokojna chorująca sobota

Zrobiłam wczoraj coś niezwykłego jak na mnie: pod sam koniec dnia wygrzebałam się z domu (gdzie oglądałam jeden z moich ulubionych seriali na Netfliksie) i pojechałam na imprezę klimatyczną. Klimatyczną, to znaczy, że taksówkarz w drodze powrotnej pytał mnie, czy to jakaś tematyczna impreza, bo w drodze pod klub widział kogoś idącego ulicą w samym gorsecie i pończochach. Opowiedziałam mu. Był bardzo pozytywnie nastawiony.

Piątki wieczorem zwykle spędzam w oczekiwaniu na telefon albo na spotkaniu, ale w zeszłym miesiącu stwierdziłam, że mój styl życia izoluje mnie totalnie od społeczności i bardzo rzadko widuję kogoś poza najbliższymi przyjaciółmi i klientami, a jeśli już kogoś jeszcze, to zazwyczaj sam na sam. Dlatego postanowiłam raz w miesiącu gdzieś wyjść, pogadać niezobowiązująco z ludźmi, powdychać dym tytoniowy (nie palę, ale dlaczego miałabym nie towarzyszyć komuś na papierosie? Na studiach nauczyłam się, że to tam toczą się najlepsze rozmowy).

Z tych niezobowiązujących rozmów niewiele wyszło, bo tematy były w większości jak najbardziej żywe i ważne, ale to nawet tym lepiej. Przypadkiem zupełnym znalazłam się we właściwym czasie i miejscu i może z tego wyniknie coś fajnego.

A w drodze powrotnej widziałam liska! Próbował przebiec przez drogę, ale taksówkarz go spłoszył klaksonem i zwierzak śmignął z powrotem w ciemność. Kocham lisy, to pozostałość oglądania w dzieciństwie „Zwierząt z zielonego lasu”. Znacie?

Dziś natomiast miałam mieć leniwy dzień z dużą ilością czosnku, miodu, soku malinowego i tabletek na gardło. W praktyce wypadło mi malutkie zlecenie. Cieszy mnie to bardzo, bo na koncie smętne resztki i martwię się, że w tym semestrze nie dam rady zapisać się na kurs językowy – w sumie już po ptokach, bo wydaje mi się, że interesująca mnie promocja jest do dzisiaj. Ale przynajmniej lodówkę mam pełną, no i parę groszy teraz wpadnie. Będzie dobrze. Może nawet powstrzymam przeziębienie zanim się rozkręci?

3