28
Wrz
2018
4

„The Red Pill”

Po kilku przymiarkach obejrzałam do końca „The Red Pill”: bardzo ciekawy materiał dokumentalny o ruchu na rzecz praw mężczyzn zrealizowany przez kobietę, która na początku produkcji identyfikowała się jako feministka, a po roku pracy nad swoim dziełem zakończyła je słowami, że nie może się tak dłużej określać.

Dokument jest niesamowicie mocny i pewnie jeszcze do niego wrócę, żeby wypisać sobie co ciekawsze uwagi, sytuacje i statystyki. Na zachętę zobaczcie trailer.

Ruch na rzecz praw mężczyzn jest traktowany często jako tożsamy z nienawiścią do kobiet i popieraniem przemocy wobec nich, głośne są też hasła środowiska tak zwanych incelów o równym dystrybuowaniu seksualności kobiet w społeczeństwie, a najbardziej szokuje kilka ataków terrorystycznych skierowanych wobec kobiet. Gdzieś tam jeszcze plączą się Pick Up Artists, czyli ludzie uczący nieetycznego podrywu. Tymczasem podobnie jak w każdym środowisku, które jakoś tam poznałam, sprawa nie jest taka prosta. Tak jak ja nie utożsamiam się z TERF-ami i SWERF-ami, czyli radykalnymi feministkami negującymi transkobiecość i prawa osób pracujących seksualnie oraz mam duże wątpliwości wobec niektórych bardziej mainstreamowych feministycznych stwierdzeń (dla mnie aborcja nie jest tak do końca ok – zdecydowałabym się na nią bez wahania, ale z żalem), tak aktywiści na rzecz praw mężczyzn wcale nie muszą z automatu popierać sfrustrowanych seksualnie oszołomów.

W ogóle uważam, że każdy – bez względu na płeć i światopogląd – powinien zobaczyć ten dokument. Żeby wyrobić sobie stanowisko oraz żeby lepiej zrozumieć problem, który na pewno będzie coraz głośniejszy w nadchodzących latach.

To, co uderzyło mnie najbardziej, to że ilekroć działacze i działaczki na rzecz praw mężczyzn (nienegujący w ogóle opresji wobec kobiet) próbują wystąpić publicznie ze swoimi argumentami, są uciszani. Niejednokrotnie w bardzo agresywny sposób. Jedna feministka wyzywała chłopaka próbującego się dostać na konferencję o prawach mężczyzn od „pieprzonego ścierwa”. On się tłumaczył, że ma otwarty umysł i chce tylko posłuchać, ale ona w ogóle go nie słuchała i kontynuowała wyzwiska aż on zaczął się jej autentycznie bać. Bojkot, zagłuszanie, wyśmiewanie, przymusowe zakończenie spotkania przez nielegalne uruchomienie alarmu przeciwpożarowego – na porządku dziennym. W filmie widać wiele takich konfrontacji. Jakaś działaczka, niezdolna do wygłoszenia swojego wystąpienia z powodu hałasu, zapytała protestujących „Czemu tak bardzo boicie się wysłuchać opinii innej od waszej?”. No właśnie, czemu?

Zawsze odcinałam się od feminizmu będącego de facto mizandrią. Niestety był to mój pierwszy kontakt z feminizmem: w rodzinie. Matka zawsze powtarzała, że kobiety to „wyższa płeć”, komplementowała mnie, że na szczęście jestem dziewczynką, wieszała psy na mężczyznach i twierdziła, że gdyby kobiety rządziły światem, to by nie było wojen (czyżby?). Faktycznie miała pecha do tych najważniejszych mężczyzn w swoim życiu, no ale to można przepracować. Ona wolała zalewać mnie nienawiścią do całego męskiego gatunku i podburzać przeciwko ojcu. Na szczęście to przeszłość.

Do feminizmu przekonywałam się więc długo, a kiedy się w końcu przekonałam, to trochę wybiórczo. Nie kupiłam tego, że przemoc ma płeć: przecież kobiety też ją stosują. Wobec koleżanek, dzieci, partnerów i partnerek… Widziałam w życiu aż nadto przykładów naprawdę przeróżnych form żeńskiej przemocy. Wielokrotnie jej doświadczyłam, chociażby w szkole albo na podwórku, zdarzało się też w wieku dorosłym – kobiety są doskonałe w linczowaniu innych.

Aktywiści na rzecz praw mężczyzn (MRA) przekonują, że mężczyźni doświadczają przemocy w rodzinie prawie tak samo często jak kobiety, ale… prawie nikt im nie pomaga. To też zauważyłam, kiedy pewnego dnia szukałam instytucjonalnego wsparcia dla mężczyzny. W Stanach jest jedno (1) schronisko dla mężczyzn, którzy są ofiarami przemocy – i około 2000 dla kobiet. Bynajmniej nie dlatego, że takie są proporcje jej doświadczania. Dlatego, że „przemoc ma płeć”. Dodatkowo z reguły mężczyznom się nie wierzy albo wyśmiewa i zawstydza, kiedy mówią, że doświadczyli przemocy ze strony kobiety. To też zauważyłam. A także podobno z marszu posądza o bycie sprawcą przemocy, przynajmniej w Stanach, nawet kiedy to oni wezwą pomoc i są zakrwawieni. Strasznie smutne.

Są też inne ciekawe kwestie, które porusza film, ale nie będę Wam go streszczać. Nadmienię tylko, że poruszyła mnie bardzo historia, o której częściowo słyszałam: w Nigerii terroryści porwali dziewczynki ze szkół i sprawa obiła się szerokim echem w mediach, zaangażowali się w nią czołowi politycy ze Stanów, Kanady, Wielkiej Brytanii i pewnie paru nieanglojęzycznych krajów też. Były nawet memy. To pamiętam. Nie miałam natomiast pojęcia, że przed tym atakiem był szereg innych, w których terroryści wypuszczali dziewczynki i kazali im iść do domu i nie grzeszyć więcej, za to chłopców palili żywcem. Te masowe morderstwa zostały kompletnie zignorowane przez społeczeństwo, choć można było o tym przeczytać w prasie. Najsmutniejsza była konkluzja, że gdyby zareagowano ostrym sprzeciwem od razu, kiedy zginęli pierwsi chłopcy, to te dziewczynki prawdopodobnie nie byłyby porwane – terroryści postąpili wbrew pierwszemu schematowi działania, przypuszczalnie zabiegając o uwagę. Dostali ją. Mogli ją dostać od razu. Ale kto się przejmuje małymi mężczyznami?

To ignorowanie problemów i cierpienia mężczyzn bardzo mocno wybrzmiewa w filmie, mówi o tym wielu działaczy. Dochodzą nawet do wniosku, że skoro mężczyźni nie zasługują na empatię ze strony społeczeństwa, to nie są przez nie postrzegani jako ludzie. Kiedy ktoś próbuje mówić, że w pewnych sytuacjach mężczyźni mają trudniej niż kobiety… jest to uważane za mowę nienawiści wobec kobiet i wspieranie kultury gwałtu. „Nie osiągnęłyśmy jeszcze równości”, mówią kobiety, „a oni twierdzą, że mamy przywileje?”.

Prawdę mówiąc, w ogóle tego nie ogarniam. Przecież dorośli ludzie powinni wiedzieć, że świat nie jest czarno-biały. To, że w jednych aspektach kobiety mają trudniej wcale nie wyklucza tego, że w innych to mężczyznom jest gorzej. Przywileje są dynamiczne, zależą od kontekstu. Mówiąc o braku równości kobiet patrzy się wyłącznie na te kwestie, w których to kobiety są dyskryminowane. Jednak inne aspekty życia też są ważne. Schronisk dla kobiet doświadczających przemocy jest za mało i wsparcie dla nich pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale o wiele łatwiej jest doświadczać przemocy jako kobieta niż jako mężczyzna – przynajmniej dla kobiet jest jakaś oferta pomocy. O jednym (1!) schronisku na całe Stany nie ma co wspominać.

Nie czuję się dobrze z tym filmem. Jest naprawdę trudny do przetrawienia – ja do niego podchodziłam trzy razy. Boli mnie, że zaproszone do rozmowy i przedstawienia swoich kontrargumentów feministki źle w nim wypadły – mówiły jakby obok, ironizowały… Znacznie lepiej zostali przedstawieni aktywiści, którzy spokojnie przedstawiali statystyki i wstrząsające historie z życia swojego i innych mężczyzn, a także wcale nie wieszali tak bardzo psów na feministkach (i w ogóle nie atakowali kobiet). I nawet jeśli wiele problemów przedstawionych w filmie wynika z patriarchatu, to dlaczego mało kto spośród feministek chce się nimi zająć?

Na deser obrzezanie. Obrzezanie kobiet to barbarzyński obyczaj, wszyscy to wiemy. Konsekwencje dla obrzezanej kobiety są straszne i niby nie ma co porównywać odcięcia zewnętrznej części łechtaczki i warg sromowych z odcięciem fragmentu napletka. Ale na filmie jest pokazany króciutki fragment obrzezania męskiego niemowlęcia. Zabieg jest rozpowszechniony w cywilizowanej amerykańskiej kulturze (wśród Polaków na szczęście nie), mimo że wiąże się z cierpieniem, przerażeniem i krwią malutkiego przeważnie dziecka i zasadniczo pokazana scena była po prostu drastyczna. Dlaczego więc ten mężczyzna jest kontrowersyjny, podczas gdy kobieta trzymająca identyczny transparent wzbudziłaby w Ameryce zgoła inne emocje?

4

You may also like

„I że ci nie odpuszczę”
Mój pierwszy siniak