4
Lis
2018
3

„Nie znam roli, którą gram. Wiem tylko, że jest moja, niewymienna”

disklajmer: Ta notka jest pisana w silnych emocjach (jak łatwo dostrzec) i jest mocno nieaktualna, bo po dzisiejszej rozmowie z przyjacielem (znaczy, nazajutrz po publikacji) doszłam do zupełnie innych wniosków w temacie mojego byłego klienta i stosunku do pracy. Tak więc nie martwcie się – jest dobrze 🙂 No ale to mój blogasek pamiętniczkowy, więc czasami emocjonalna wiwisekcja musi być. 

Zawsze lubiłam myśleć o sobie jak o kimś bezkompromisowym, żyjącym w zgodzie ze sobą na przekór wszystkim i wszystkiemu. Do pewnego stopnia to się zgadzało. Ostatecznie wybrałam nietypowe ścieżki kariery – zrezygnowałam z ubiegania się o kolejne etaty i poszukałam dla siebie innych dróg (freelancing, własna firma), przy okazji realizując wieloletnie marzenie o pracy seksualnej. Także w relacjach interpersonalnych starałam się skupiać na tym, czy mi służą, czy może są toksyczne – i w miarę możliwości, z ciężkim sercem, kończyłam te ostatnie.

Tym trudniejsze było dla mnie odkrycie, dlaczego ostatnio tak bardzo mi się nie chce i równocześnie wszystko idzie mi jak po grudzie. Szukałam przyczyn wszędzie: w pogorszonym stanie zdrowia, w jesieni, w zmianie czasu, w zmienionych warunkach rynkowych, w niezrealizowanych do tej pory planach zawodowych. I wszystko to ma sens i na pewno na mnie wpływa.

Ale jest jeszcze coś.

Kilka miesięcy temu musiałam podjąć decyzję. Ktoś, jeden z moich najważniejszych i najwierniejszych, a równocześnie najbardziej wymagających klientów, przestał akceptować swoją rolę w moim życiu. Postąpiłam profesjonalnie, czyli odprawiłam go z kwitkiem: tylko spotkania na gruncie zawodowym, coś ekstra – zapomnij.

Wiedziałam, że tak powinnam była zrobić i tak też zrobiłam.

Myślałam, że to zakończy sprawę. To znaczy owszem, było mi potwornie smutno, bo polubiłam tego człowieka (choć gdybym nie była usługodawczynią, to różne rzeczy urządziłabym inaczej), ale negatywne uczucia przecież z czasem mijają.

Jest gorzej.

Przemogłam się i zajrzałam dzisiaj do pamiętnika, takiego prywatnego pamiętnika w zeszycie, do którego nie zaglądałam od pewnego czasu. Jakoś mi się nie chciało. Zamierzałam napisać, że nie idzie mi nauka. Patrzę, a na sąsiedniej stronie – refleksje po naszej ostatniej rozmowie. Wypisałam się, zamknęłam zeszyt, odłożyłam na półkę…  jakby nie było tematu.

Od tamtej pory nie było dnia, żebym nie pomyślała o tej decyzji, ale póki o tym nie piszę, to można udawać, że wszystko jest OK.

Szczerze?

NIE CHCĘ PRACY, KTÓRA ODDALA MNIE OD LUDZI. Szczególnie od ludzi, którzy coś zaczęli dla mnie znaczyć. Kilkoro moich najbliższych to byli i obecni klienci – z czasów, kiedy byłam mniej profesjonalna i dopuszczałam innych bliżej. Plus jedna martwa relacja z kimś, z kim rozdzieliło mnie potem życie. Miałabym ich nie mieć, bo praca jest pierwsza i najważniejsza…? Nie wyobrażam sobie tego.

Doskonale wiem, że kogoś zraniłam, a przy okazji – postąpiłam wbrew sobie. Moja intuicja, także ta do ludzi, mówiła mi jedno, a ja zrobiłam drugie.

I od tamtej pory mi się nie układa. Nie reaguję już entuzjastycznie na spotkania z klientami, szczerze mówiąc – trochę boję się ich poznawać. Jak ktoś mówi mi, że chciałby się zaprzyjaźniać i że chodzi mu o coś więcej niż seks, to zaczynam freakować. Wypadłam z rytmu – nie umiem działać jak najlepsza wersja siebie, popełniam głupie błędy, zapominam znanej roli. Częściej niż zwykle jestem nie w formie, żeby się z kimś spotkać – ewidentna psychosomatyka. A do tego unikałam ostatnio jak ognia wglądu w siebie czy wzięcia odpowiedzialności za swoje życie, bo jeszcze musiałabym pomyśleć serio, o co w tym wszystkim chodzi, i może nawet bym na to wpadła…

Tak więc podjęłam złą decyzję, która rzutuje na moje życie, a potem zaczęłam udawać, że wszystko jest spoko i że na pewno chodzi o pogodę.

Byłam w tym całkiem przekonująca, to na pewno… ale co z tego. Bilans ostatnich miesięcy mówi sam za siebie. Moje zniechęcenie też.

Tak więc – lekcja na przyszłość. W ważnych sprawach działać w zgodzie ze sobą. Nawet jeśli wiele wskazuje na to, że to może być błąd, konsekwencje postąpienia na pozór słusznie i racjonalnie mogą być znacznie gorsze.

Co dalej – jeszcze nie wiem. Na razie muszę pobyć ze swoimi emocjami. Zorientować się, czego potrzebuję – naprawdę potrzebuję, a nie wydaje mi się, że tak będzie lepiej. Wiem jedno: nie mogę być dłużej niewolnicą mojej pracy – to jakbym sama sobie sutereniła. Albo jakbym była na wyjątkowo paskudnym etacie. Zniechęca do wszystkiego…

3