2
Sty
2019
6

Planowanie Nowego Roku 2019

Ostatnie kilka dni, w tym sylwestrowy późny wieczór, spędziłam na podsumowywaniu Starego i planowaniu Nowego Roku.

Planowanie, do tej pory z dnia na dzień, a następnie z tygodnia na tydzień, było moim najlepszym nawykiem wdrożonym w ubiegłym roku. Jeszcze wcześniej żyłam według weny: dziś mam wenę na kurs, a dziś na Netfliksa. Ważne sprawy przeważnie po prostu pamiętałam albo zapisywałam w kalendarzu, który służył mi do niezapominania, ale absolutnie nie do planowania. Rok temu dałam się namówić na ładny planer do bullet journalingu i postanowiłam wdrożyć tę metodę. Było fajnie, ale mi się sprzykrzyło. Dlatego przekopałam rynek i skusiłam się na Happy Planner od Madamy.

Happy Planner jest dedykowany kobietom, ładny, kolorowy, porządnie wykonany i… dobrze zaplanowany. Dobrze, to znaczy: pode mnie i moje wcześniejsze nawyki. Dlatego myślę, że się sprawdzi.

Zaczęłam od określenia, co chcę osiągnąć prowadząc ten planer i podsumowania 2018 roku i jego głównych sukcesów (BLOG!) oraz niezrealizowanych zamierzeń, a potem stworzyłam podwaliny pod wspaniały Nowy Rok:

– spisałam swoje wartości (rozwój osobisty, bliskie relacje, zdrowie, wolność finansowa, bezpieczeństwo, uczciwość, lojalność, satysfakcja zawodowa, relaks, pomoc innym, zaufanie, niezależność)

– zdefiniowałam, co przynosi mi szczęście (co za zaskoczenie, jest to życie zgodne z moimi wartościami: podałam konkretne przykłady)

– określiłam główne cele dla 2019 w strefach: relacje międzyludzkie, zdrowie i samopoczucie, rozrywka i przyjemności, cel życia, pieniądze i otoczenie, praca i pasja, rozwój i kreatywność, miłość i rodzina

– stworzyłam mapę myśli tychże celów

– wypisałam sto, a właściwie na razie siedemdziesiąt siedem rzeczy, które chciałabym zrobić w tym roku. Zostawiłam przestrzeń na sprawy, które jeszcze zdążą zaistnieć. Nie jest to dużo przestrzeni, bo skupiłam się na rzeczach, które chciałabym robić, ale jakoś nie robię lub robię za rzadko, mimo że mi wiele ułatwią

– przejrzałam wszystko powyższe i określiłam swoje trzy priorytety na ten rok (pierwsze kroki w nowym zawodzie, wydanie książki o pracy seksualnej i wznowienie psychoterapii; mam problemy z wyjściem poza strefę komfortu, właściwie paraliż)

– wybrałam priorytet nr 1 i spisałam plan idealny, czyli dookreśliłam zasoby, przeszkody etc. na drodze do zmiany zawodu

– bazując na 100 rzeczach rozpisałam nawyki, które pragnę wdrożyć lub kontynuować (sfery: ciało i dusza, dom i otoczenie, rodzina i przyjaciele, praca i pieniądze, rozwój i przyjemności)

– w kalendarzu na cały rok zaznaczyłam długie weekendy (wtedy praktycznie nie zarabiam) i terminy comiesięcznych imprez, na które planuję w tym roku regularnie chodzić (pracoholizm jest be, trzeba spotykać się z ludźmi!)

– zaplanowałam, co będę robić co tydzień w każdy dzień tygodnia (głównie chodzi o wdrożenie porządnego planu pielęgnacji ciała, zamiast to robić od przypadku do przypadku: czynnościami dzisiejszego dnia były peeling twarzy i dekoltu oraz nałożenie serum z minerałami z Morza Martwego)

– zaplanowałam wreszcie, co chciałabym zrobić w tym miesiącu (oczywiście posiłkując się listą 100 rzeczy)

– i w tym tygodniu

– i w najbliższych dwóch tygodniach

– a także wpisałam pierwsze dwa cele na luty, bo sobie o nich przypomniałam, a w styczniu się nie zmieściły – nie będę się przeładowywać na start, to zniechęcające

– rozpisałam nawyki do pielęgnowania codziennie w styczniu w specjalnym habit trackerze (do tej pory musiałam je rysować!)

– i wreszcie zaplanowałam poszczególne dni w bieżącym tygodniu

O rany. Jeśli myślisz, że to cholernie dużo, to tak – zajęło mi to cztery dni pracy i to pomimo ściąg w rodzaju listy 100 marzeń, listy wartości (trochę się zdezaktualizowała) czy rzeczy, które mogłabym robić, żeby być lepszą przyjaciółką czy blogerką (jak może pamiętacie, w zeszłym roku dużo pracowałam z Kamilą Rowińską). Jestem z tego zajęcia bardzo zadowolona, bo czuję, że mi się to sprawdzi. Chcę co miesiąc robić podsumowanie i wypisywać sobie kolejne cele i nawyki, a następnie co tydzień planować czas, zostawiając dużo przestrzeni na nieprzewidziane wydarzenia, no i oczywiście spotkania z klientami. Mogłabym to nadal robić w bullet journalu, ale po roku zmęczyło mnie rysowanie co tydzień tabelek i szukanie czegoś w treści: w Happy Planerze jest kilkadziesiąt stron na notatki pod sam koniec planera plus duże pole do zanotowania w każdym tygodniu, ale jest to zorganizowane odgórnie. Bullet journal musiałabym robić ręcznie. Po co…

W porównaniu z bullet journalem w moim wydaniu fajne jest jeszcze to, że mogę sobie spokojnie zapisać coś na przyszły miesiąc czy choćby za dwa tygodnie i o tym po prostu zapomnieć. Dawniej wolałam bullet, bo nie chciałam marnować papieru wtedy, kiedy nic nie planowałam. Teraz planuję zawsze, a jeśli wyjątkowo nie, to po prostu zapisuję, co danego dnia zrobiłam.

Minus jest natomiast taki, że rzeczy do zrobienia nie są zebrane w jednym miejscu ani nie wyskakują mi same według jakiegoś specjalnego algorytmu. Jednak już dawno przekonałam się, że to u mnie nie działa: próbowałam Nozbe, wytrwałam jeden dzień, a potem powiadomienia wisiały i wisiały… Odinstalowałam. Rzeczy z papieru, zwłaszcza ładne, angażują mnie nieporównanie bardziej.

Mam nadzieję, że ten rok będzie bardzo produktywny i zrealizuję większość swoich celów, także takie banalne, jak pojeżdżenie na łyżwach na Starym Mieście (nigdy nie jeździłam na łyżwach!).

Czego i Wam życzę. Chyba że wolicie leniuchować cały rok 😀

Właśnie. Planujecie swój czas? Jak? Sprzedajcie mi jakieś tricki!

6