Jest mi strasznie smutno i palę świeczkę za prezydenta Gdańska. Polska doświadcza właśnie, do czego prowadzi przyzwolenie na publiczne wyrażanie nienawiści i żądzy krwi przeciwników światopoglądowych. Zawsze byłam na to wrażliwa, kiedyś organizowałam spotkania antydyskryminacyjne… Paweł Adamowicz nie należał, o ile wiem, do żadnej mniejszości, ale mechanizm jest podobny: nienawiść wobec pewnej grupy i jej przedstawicieli eskaluje w przemoc, a skrajną formą przemocy jest właśnie pozbawienie kogoś życia.

Informacja o śmierci prezydenta wybiła mnie z rytmu dnia, a w planach miałam dokarmianie bloga. Wyciągam wnioski z ankiety i uwzględniam je w czymś, co jest dla mnie zupełnie nowe – strategii rozwoju i dalszych działań. Jeszcze nie chciałabym o nich mówić więcej, ale powoli zaczyna do mnie docierać, że stworzyłam swego rodzaju fenomen i zrobienie prostego „nie pracuję już w branży, więc nie mam o czym pisać, zamykam stronę, bye, było miło” byłoby skrajnym marnotrawstwem potencjału. Szczególnie w kontekście książki, nad którą dzielnie pracuję (niedawno zmieniłam koncepcję w myśl zasady „pierwszy produkt powinien być jak torebka wieczorowa, a nie jak walizka, do której upychasz całą swoją wiedzę”).

Miałam też rewolucyjne odkrycie: ja rzeczywiście coś wiem o seksie!

Mój kolega powiedział mi dzisiaj, że gdyby miał taką wiedzę o seksie jak ja, to mieszkałby w centrum Londynu („czemu tam?” „bo to dobre i drogie miejsce”), bynajmniej nie w wynajmowanym mieszkaniu. Tymczasem ja mam wrażenie, że moja wiedza i doświadczenie to takie… no, podstawy. Że każdy to wie. Nie czuję się sekspertką. (14 maja 2018 r.)

Jakiś czas temu, świeżo po premierze, czytałam #SexEdPL – książkę edukacyjną skierowaną do młodzieży, jak na polskie standardy naprawdę dobrą, choć pozostawiającą niedosyt i lekkie rozczarowanie heteronormą. Otóż widzicie, osoby LGBT pojawiały się niemal jedynie w rozdziale o osobach LGBT, a prawie cała reszta porad i informacji była skierowana do osób cispłciowych i par heteroseksualnych. Czyli klasycznie, a miało być lepiej niż zwykle.

Jedyna rzecz, która w tej książce nie była dla mnie hiperoczywista albo z niedociągnięciami, to zdrowie seksualne. Tym się nie interesuję, więc mam podstawową wiedzę na własny użytek: testy wyglądają tak i tak, HIV zakazisz się przez to i przez to, a przez to nie, ale inne STI bywają bardziej podstępne, istnieje PEP (raz musiałam skorzystać) i PrEP, z niepokojącymi objawami idziemy do lekarza, wierność płynów w poliamorii, regularne badania dla każdego, nawet w monozwiązku, można obniżyć wiremię do poziomu niezakażania i mieć zdrowe dziecko, „jestem zdrowy, zrobię przy tobie badania na dowód” = „nie, tylko w gumce”… takie tam. No i posiadam kilka chusteczek lateksowych dla chętnych.

Problem w tym, że znam przelotnie kilkoro konsultantów z PKD i z Krajowego Centrum ds. AIDS. Moja wiedza przy nich to jest nic. No i ileś lat temu – akurat w trakcie amatorskich spotkań sponsorowanych – byłam na kilkudniowym szkoleniu o zdrowiu seksualnym, z którego wyszłam z przekonaniem, że nic nie wiedziałam i nic nie zapamiętałam (prowadzili je lekarze, krajowi eksperci w tej dziedzinie).

Ostatnio przyszło mi rozmawiać na temat zdrowia seksualnego z dwiema osobami. Przyszły do mnie z pytaniami. Znacznie, znacznie bardziej podstawowymi niż ta moja podstawowa wiedza na własny użytek. Oczywiście nie będę przytaczać konkretów, ale okazało się, że te moje strzępki wiedzy wystarczyły, by udzielić w pełni wyczerpujących informacji, rozwiać parę mitów i w ogóle… posekspercić.

Gdyby to było coś, co mnie ciekawi i o czym wiem, że wiem więcej niż przeciętny Kowalski (praca seksualna np.), efektu szoku by nie było. Ale ja zrobiłam wykłado-konsultację o czymś z gatunku „nie znam się”…!

Tak więc eee, może ja naprawdę powinnam umieć zarobić na mieszkanie w Londynie.

3