Na moim Facebooku zdania wobec słynnego już klipu są bardzo podzielone. Dominują pozytywne opinie („popłakałam się” „jak komuś to przeszkadza, to ma problem ze swoją męskością”) i memy wyśmiewające mężczyzn, którym reklama się nie podoba. Ale są też głosy śledzonych przeze mnie od jesieni ruchów promęskich, które klip miażdżą, wspierają bojkot i podnoszą temat usuwania negatywnych komentarzy pod filmem.

Obejrzałam klip przedwczoraj, obejrzałam teraz. I cóż. Jestem równie niezadowolona jak za pierwszym razem.

Twórcy reklamy przekazują treść, że jest sobie stara, tradycyjna, toksyczna męskość. Składają się na nią agresja, przemoc, seksualizacja, molestowanie, mansplaining na zebraniu. Oraz nic ponadto. I że idzie zmiana, zauważono i potępiono w mediach molestowanie, a część mężczyzn reaguje już ok wobec powyższych zjawisk – ale to jeszcze za mało, bo wychowujemy kolejne pokolenie.

To bardzo feministyczna perspektywa. Tylko że nie mam tu na myśli zalety. Mam na myśli feministyczne przyzwolenie na wieszanie psów na mężczyznach i tradycyjnej męskości jako takiej, bez dostrzegania pozytywnych stron. Ta reklama nie pokazuje mężczyzn ginących na wojnie w obronie wartości lub kraju, pracujących na wysokościach, wynoszących z ognia dzieci i małe przerażone kotki. Stawanie w obronie słabszych – cecha tradycyjnego dobrego mężczyzny – niby jest, ale jako nowość, i tylko w kontekście zwalczania zachowań innych mężczyzn. Klip jest po prostu stronniczy. I strasznie płaski. Bo poza problemem przemocy nic w nim nie ma. Dobry mężczyzna różni się od złego tym, że reaguje prawidłowo na dane zjawiska i kontroluje innych mężczyzn. To trochę tak, jakby jedyną cechą dobrej kobiety było posłuszeństwo i skuteczne upominanie innych kobiet, aby też słuchały swoich mężów (do czego sprowadza się finał „Poskromienia złośnicy”). Poza symptomem konkretnych czasów, jest to po prostu rażące uproszczenie tego, czym może być jakaś płeć.

W pierwszej części klipu praktycznie wszyscy dorośli mężczyźni są źli – nikt nie sprzeciwia się mansplainingowi, za to każdy chórem powtarza „boys will be boys”, każdy śmieje się z obleśnych żartów. Co ciekawe, złe są też (słabo widoczne) kobiety zaśmiewające się z momentu atakowania pupy jakiejś innej kobiety.

A potem jest rewolucja medialno-społeczna i „no going back, because we believe the best in men”. Serio wierzą? Mam niesamowity dysonans, bo połowa reklamy potępia mężczyzn. Nie, nie problem przemocy czy molestowania – one dotyczą także kobiet, a nawet osób queerowych, niebinarnych (choć to kompletne tabu). Klip tymczasem wyraźnie atakuje złymi – i tylko złymi – zachowaniami mężczyzn… żeby następnie pokazać współcześnie dziejący się przełom, który jest cokolwiek fikcyjny, bo to nie jest tak, że teraz raptem mężczyźni zaczęli reagować na powszechną niegdyś agresję rówieśniczą czy zagadywanie przechodzących kobiet. To się działo zawsze – i zło, i dobro, często dotycząc jednej i tej samej osoby.

Mam problem z konstrukcją reklamy, bo można pokazać toksyczne zachowania bez piętnowania płci. Można pokazać zło i dobre praktyki bez wskazywania na fikcyjny przełom, że niby dawniej wszyscy byli be, a teraz to się zmieniło. Można wreszcie pokazać pełnię męskości, a nie jednostronną ocenę. I można odejść od niestrawnego dydaktyzmu.

Dlatego o wiele bardziej podoba mi się odpowiedź na reklamę Gillette autorstwa Egard – firmy produkującej zegarki dla panów. Zadaje pytania, odnosi się do pozytywnych cech i typowo męskich prac i ról i przedstawia problemy, które warto często podnosić, mówiąc o nierównościach. Hasło przewodnie: „We see the good in men”. I tak sobie myślę, że podkreślanie pozytywnych wzorców jest lepsze niż potępianie w czambuł. Koniec końców klip Egard moim zdaniem bardziej daje do myślenia, podczas gdy klip Gillette jest potwornie ideologiczny i (troszkę tu uproszczę) w zależności od światopoglądu albo się go kocha, albo nienawidzi.

2