23
Sty
2019
3

Sprawy finansowe wszelkie, czyli podsumowanie 2018

Podliczyłam jakiś czas temu dochody za zeszły rok – ze wszystkich źródeł, z których największym jest wciąż praca seksualna. I cóż, nie był to dobry rok. Przez pięć miesięcy nie wyrobiłam minimum, więc moja sytuacja się pogorszyła zamiast poprawić.

Minimum to kwota, którą muszę zarobić, żeby mieć za co jeść, kupić leki, opłacić czynsze, spłacić raty zadłużeń, utrzymać biznes na poziomie (reklama, sexy wygląd etc.), rozwijać się (lepszy angielski – to był mój priorytet na zeszły rok). Rozumiecie, takie tam standardowe koszty utrzymania plus prowadzenia biznesu.

Co poszło źle?

Dwa z tych miesięcy to były wakacje. Wakacje w Warszawie zawsze są beznadziejne. W 2017 roku w lipcu po prostu wzięłam wolne na załatwianie innych spraw i uwierzcie mi, telefon wcale nie dzwonił. W zeszłym roku siedziałam w domu, robiłam ćwiczenia z książki do angielskiego i czytałam fantastykę. W tym roku może zorganizuję opiekę dla zwierzaka i wyjadę do jakiejś nadmorskiej miejscowości, łącząc przyjemne z pożytecznym. Taki luźny plan.

Pozostałe trzy miesiące to byłam ja, a konkretnie – stan zdrowia. Jak nie urok, to przemarsz wojsk radzieckich. Zaburzenia hormonalne owocujące bardzo długimi krwawieniami (jedno trwało cztery tygodnie, porażka!), ciągnące się w nieskończoność przeziębienia i zapalenia gardła, chyba coś jeszcze. Ogólnie warunki bynajmniej nie do spotkań.

Efekt był taki, że w pewnym momencie chciałam to wszystko rzucić w cholerę i iść do standardowej pracy, gdzie miałabym L4 i mogłabym spokojnie tłuc w komputer czy coś. Przejrzałam milion pięćset ofert pracy, wytypowałam idealne (marketing internetowy, czyli nasza przyszłość), a potem zaczęłam liczyć.

Liczenie polegało na tym, że wprowadziłam koszty utrzymania do Excela, wywaliłam koszty prowadzenia biznesu (w tym zmniejszyłam nakłady na wygląd) i odjęłam to od spodziewanej kwoty wynagrodzenia netto.

I wiecie co?

Nie zarobiłabym na swoje potrzeby. A one nie są wcale wygórowane. Nie żywię się przysłowiowym kawiorem. Po prostu mieszkam sama i mam rodzinę. I drogie leki.

Dno.

Pokombinowałam z połączeniem pracy na etat z escortingiem wieczorami i w weekendy. Excel powiedział, że na styk bym raczej dała radę, gdybym nie robiła nic innego i – co ważne – miała szczęście z klientami. Rozsądek dopowiedział, że to nie przejdzie, a ja nie miałabym czasu na rozwój zawodowy i utkwiłabym w korpo & sekspracy na następnych kilka lat, sfrustrowana, przepracowana i wściekła.

Skończyło się wzięciem sobie wakacji na święta, odetchnięciem, odwiedzeniem ginekologa nr 5, który nareszcie okazał się kompetentny, a także przeanalizowaniem minionego roku i wytyczeniem celów na ten.

Pomogło.

Jestem znacznie spokojniejsza, bardziej zdeterminowana do działań, i choć znowu muszę odmawiać spotkań (buu, porandkowałabym), to po prostu robię inne rzeczy.

Jest ich trochę.

W ramach zwiększania produktywności, wdrożyłam (wczoraj) ideę dwunastotygodniowego roku, o której tyle się nasłuchałam. Jeden tydzień to miesiąc. Zaczęłam od poniedziałku 31 grudnia i aktualnie mam już kwiecień, o rany, jak z bicza strzelił! Przyznam, że to zmienia mentalność w pięć sekund. Tak więc mój rok kończy się 24 marca. Co jest najważniejsze na ten rok? Książka. Dziś będę pracować intensywnie nad jej strukturą (od października zmieniła mi się koncepcja debiutu i właściwie zrobiłam reset), a potem włączę strategię totalnego zanurzenia… i będę pisać i redagować, i pisać, i redagować. Och.

3