26
Sty
2019
4

Wygląd na bogato, czyli dlaczego escortki nie kupują Miss Sporty

Po moim ostatnim tekście o tym, że w minionym roku zarabiałam mniej niż potrzebuję, dostałam taki oto anonimowy komentarz:

Jakoś mnie nie jesteś w stanie przekonać , że mało zarabiasz . Wiele osób zarabia 2 tyś złotych miesięcznie i żyją . A przecież też muszą jakoś wyglądać .

Nie będę tu poruszać różnicy między zarabianiem mało a zarabianiem mniej niż się potrzebuje. Zostańmy przy tym, że to dwie różne kwestie i przejdźmy od razu do wyglądu.

Jeśli pracujesz w H&M, korpo albo urzędzie na przeciętnym, niereprezentacyjnym stanowisku, to wystarczy, że będziesz wyglądać czysto, schludnie i może jeszcze wpisywać się w dress code. Wysokość Twojej stawki godzinowej w żadnym stopniu nie zależy od wyglądu, więc nie musisz w siebie inwestować oraz nikt nie przygląda się Twoim ubraniom, z jakiej konkretnie są wełny, a może tylko z akrylu, nikt też nie wącha, czy masz na sobie podróbkę perfum z bazaru, coś taniego z Oriflame, przeciętną wodę perfumowaną z Sephory, a może perfumy Chanel No 5. Owszem, jeśli chcesz awansować, to lepiej nosić się jak osoby ze stanowiska, do którego aspirujesz, ale to nie oznacza, że masz inwestować w jakość – nie przy zarobkach rzędu dwóch tysięcy.

Escortki mają odwrotnie – to, co noszą, ma znaczenie. To, jak i u kogo się strzygą, ma znaczenie. To, czy i jak mają zrobione paznokcie, ma znaczenie. (Notabene paznokcie to moja pięta Achillesowa, nie umiem tego robić sama).

W „Pretty Woman” jest scena, w której główny bohater dziwi się głównej bohaterce, że ta bierze 100 dolarów za godzinę i zapina zepsute kozaki agrafką. Niech to będzie ilustracja wpisu. Vivian jako VIP escort była niewiarygodna między innymi z powodu właśnie takich szczegółów – jej strój wyraźnie kierował ją w stronę ulicy. Musiała zainwestować w dobrej jakości eleganckie ubrania kupione w prestiżowym sklepie, żeby móc się pokazać w kręgach Jak-Mu-Tam-Było.

Ja nie mierzę tak wysoko, ale zauważam różnicę w jakości. Podam przykład. Startowałam od tuszu z Miss Sporty (panom wyjaśniam, że to najtańsza marka kosmetyków dostępna w Rossmanie, taka dla nastolatek) i klęłam, że nie umiem umalować rzęs – bo skoro tusz ze mną nie współpracował, to ewidentnie była to moja wina, nie? Następnie miałam bodaj Max Factora (wyższa półka drogeryjna) i było lepiej. Wreszcie przerzuciłam się na Collistara i Estee Lauder (dobre marki z perfumerii). Przy Collistarze miałam „o jeżu, MOŻNA”.  Ten tusz DZIAŁAŁ, nie musiałam się z nim użerać. Koniec końców zjechałam półkę niżej, do Douglasa, ale to dlatego, że okazał się mieć szczoteczkę idealnie dostosowaną do krótkich rzęs i efekt okazał się jeszcze lepszy niż przy niedopasowanej szczoteczce Collistara.

Drugi przykład. Idąc do agencji numer dwa, nie miałam perfum. Żadnych. Stare mi się pokończyły, nowych jeszcze nie kupiłam. Menedżerka stwierdziła, że muszę jakieś mieć i zapytała mnie o preferencje. Podałam markę, a ona „o nie, tego tu nie używamy”. Wyjaśniła mi, zielonej jak szczypiorek na wiosnę, że klienci z tej półki (400 zł/h) zwracają uwagę na szczegóły i te perfumy nie pasują do ceny, którą ona wyznaczyła. Koniec końców skończyłam z serią Good Girl Caroliny Herrery. Bardzo je lubię i uważam, że do mnie pasują.

Trzeci przykład, inna sytuacja. Poszłam kiedyś z kolegą do prawnika. Co prawnik miał na sobie? Nie zwróciłam uwagi. Kolega tak, i skomentował później. Otóż prawnik miał na sobie garnitur z najtańszej serii Wólczanki. To nie był dobry prawnik z prestiżowej kancelarii tylko prawnik zatrudniony w urzędzie miejskim, więc Wólczanka była spoko, ale jakby chciał awansować, to lepiej, żeby najpierw w coś zainwestował.

Czwarty przykład. Inny kolega, informatyk. Szukał pracy. W poprzedniej zarabiał coś ponad średnią krajową. Chciał ośmiu tysięcy. OK, tylko… jego ubiór mówił, że chłopak nigdy takiej kwoty nie zarabiał. To był typowy informatyk-abnegat w ciuchach kupionych dwa sezony temu, przetartych, powyciąganych i w dodatku zbyt dużych. I tak chodził na rozmowy kwalifikacyjne. Nie rozumiał, o co chodzi. Pracę znalazł, ale nie zarabia ósemki.

W pewnych kręgach wizerunek po prostu musi być spójny. Zakłada się, że jeśli chcesz dużych pieniędzy, w sytuacjach oficjalnych musisz wyglądać jak ktoś, kto już ocieka kasą. Chyba że jesteś twórcą Facebooka, albo zarabiasz niesamowite pieniądze i nie musisz nic udowadniać, albo masz bardzo mocny brand i rozchwytują cię ze względu na twoje kompetencje i sławę – wtedy możesz mieć wygwizdane. Wybaczą ci.

Escortki teoretycznie też mogą mieć wygwizdane. Spora grupa ma. Tylko że moi docelowi klienci to właśnie ci, który przeważnie patrzą na detale, rozpoznają marki lub przynajmniej są w stanie oszacować cenę i dopłacają do jakości. Dlatego właśnie staram się mieć rzeczy dobre jakościowo. Kiedy wychodzę do klienta, mam na sobie dużo pieniędzy. Kiedyś bawiłam się w liczenie ich – każdorazowo wychodziło mi kilka tysięcy. W kosmetykach na improwizowanej toaletce mam pewnie drugie tyle.

Kiedyś rozważałam duet z koleżanką z branży, dobrze nam się rozmawiało, była chemia, ale pojawiły się dwie powiązane wątpliwości. Po pierwsze, miała niższą stawkę za godzinę. Tak o połowę. Po drugie, wyglądała na niższą stawkę. Nie zdecydowałam się – odbiłoby się to na moich zarobkach oraz na komforcie pracy: musiałabym jeździć do jej klientów, a jednego z nich poznałam i nie wspominam go dobrze – musiałam go zablokować, bo notorycznie chciał sextingu. Oczywiście za darmo lub… za doładowanie telefonu. No, nie. Po prostu nie.

Nadal nie wyglądam luksusowo, nie uderzam w tę półkę. Z pewnością popełniam błędy. Zwyczajnie staram się nie odstawać za bardzo od klienta i wnętrz, w których bywamy. Wyglądanie „jakoś” nie jest opcją, kiedy wychodzę na randkę.

4