7
Lut
2019
6

Mit braku selekcji

Przy okazji dyskusji o pracy seksualnej na portalu dla kinksterów wypłynęło kilka mitów o pracy seksualnej, które już tam poruszyłam, ale zawsze warto napisać o nich również na blogu. Ostatecznie większość z Was pewnie tamtej wypowiedzi nie zobaczy.

Jednym ze wspomnianych mitów jest brak selekcji klientów. Ludziom się wydaje, że jak czytają relacje klientów na Garso, to już wiedzą wszystko oraz że taka escortka rzeczywiście umawia się z każdym, kto zadzwoni, a tak zwana „ustawka” to dwa krótkie telefony, z czego drugi to „jestem na miejscu, daj numer mieszkania”.

No niby tak, w agencjach i w prywatnych mieszkaniach tak to z grubsza wygląda. Ale jednak nie.

Im dłużej się pracuje, a ja odebrałam w życiu pewnie kilka tysięcy telefonów, tym lepiej poznaje się klientów i ich zachowania. Pamiętam, jak kiedyś, na początku mojej kariery, myślałam, że „to ja zadzwonię później” oznacza, że on naprawdę zadzwoni później. To się zmieniło. Teraz pięcio-, ośmiominutowa rozmowa z klientem to naprawdę dużo informacji, które rejestruję praktycznie podświadomie. Zdarza mi się więc stwierdzić, że klient jest podejrzany i lepiej się z nim nie spotykać (czasami w odpowiedzi na moją grzeczną odmowę słyszę bluzgi pod moim adresem, co jakby potwierdza słuszność oceny). Da się też często przez telefon ocenić temperament, obycie itp. Oraz czy spotkanie wygląda na katorgę czy czystą przyjemność. Stuprocentowej trafności nie mam, ale coś tam wiem.

W agencji byłam świadkiem wielu rozmów, gdzie selekcja była jeszcze bardziej aktywna i bezpośrednia: pani wymieniała „co oferuje w godzince”, klient zadawał pytanie o interesującą go aktywność, która została pominięta, a pracownica na niego wsiadała z wściekłością, że on w ogóle ośmielił się o to zapytać. No cóż.

Koniec końców, kiedy dochodzi do spotkania, można przypuszczać, że są to osoby z grubsza dopasowane pod względem preferencji i sposobu bycia.

Wyjątek, o którym muszę powiedzieć: klienci umawiani mi przez szefową. Tu bywało różnie, bo dla szefowej liczyła się sprzedaż, a nie to, żeby było nam fajnie. Raz umówiła mnie z cudzoziemcem, przed którym musiałam udawać, że mam zaledwie dziewiętnaście lat. Raz z panem, który wymagał od dziewczyn narkotyzowania się, przy czym pouczyła mnie, jak udawać, że przyjmuję kokainę. Wypięłam się na to i oznajmiłam klientowi wprost, że narkotyków niet, bo źle się po nich czuję (żeby nie próbował mnie namawiać jako osoby, która nigdy nie spróbowała ani nie czuł się osądzany po tekście, że narkotyki są be i ideologicznie nie będę ich brać). Klient się zauroczył, a że jak ostatnia naiwna dałam mu swój prywatny-służbowy numer telefonu (to znaczy ten, pod który dzwonili do mnie szefowa, kierowca, telefonistka i koleżanki), to udręczał mnie po godzinach pracy, żebym się z nim spotkała znowu… natrętnie jak cholera. Wracając do parcia na sprzedaż, szefowa umówiła mnie też z panem, o którym tu już kilka razy wspominałam… ograniczmy się teraz do tego, że jego kuchenka była cała czarna od brudu i to określenie nie jest metaforą, choć niejako symbolizuje to spotkanie. No ale klienci umawiani przez szefową to była zupełnie inna kategoria. Większość ludzi nie ma numeru do właścicielki agencji.

Obecnie moje „ustawki” nie mieszczą się w schemacie rodem z agencji/Garsoniery, a jeśli jakiś potencjalny klient próbuje wejść w schemat, to wysyła mi wyraźny sygnał, że nie jest w mojej grupie docelowej, nie doczytał uważnie ogłoszenia i istnieje pewne ryzyko, że będziemy niezadowoleni ze spotkania.

Opisałabym szerzej moje rozmowy i maile, ale… nie są schematyczne. Na tym polega główna różnica. Telefonów lub maili bywa więcej niż dwa, są też bardziej osobiste. Dogrywamy szczegóły spotkań, czasami już na poziomie umawiania poznając się troszeczkę: moi mężczyźni lubią się pokrótce przedstawić lub dopytać o coś, czego nie ma w ogłoszeniu. Staram się nie wchodzić w prywatne pogawędki, bo od tego są spotkania, ale to indywidualne podejście i wchodzenie w interakcje dwojga żywych ludzi sprawia, że jest często miło i bezpośrednio już na etapie umawiania się. Czasami klienci sami z siebie wysyłają mi swoje zdjęcia, żebym wiedziała z kim się spotykam. Czasami piszą z maila z imieniem i nazwiskiem (szacun i wdzięczność za zaufanie). Jest… no cóż, inaczej.

Co sprawia, że tak naprawdę przeważnie nie potrzebuję potężnej selekcji, bo już na start jest dobrze. Moje ogłoszenia przyciągają ludzi na poziomie, w większości z konkretnej grupy demograficznej, do której mam ogromny sentyment (pozdrowienia dla Tima). Forum kinsterskie nie uwierzyło w to, że autentycznie podoba mi się około 70% moich klientów (uznali to za marketing), ale finalnie tak właśnie to wygląda. Wy o tym wiecie, bo mnie czytacie.

6

You may also like

Czy Ty też narażasz nas na niebezpieczeństwo gwałtu?
Jeszcze a propos selekcji