Od kilku lat obserwuję trendy na rynkach szkoleniowych związanych z seksualnością. Szkolenia skierowane do kobiet skupione są na pozbyciu się wstydu, poznaniu i akceptacji swojego ciała, afirmacji przyjemności (zwłaszcza solo), a także rozwoju sfery duchowej. Joni, święta seksualność, te sprawy. Szkolenia skierowane do mężczyzn – na wzmacnianiu męskości lub na sztuce podrywania. Czyli na tym, co przedstawicielkę bądź przedstawiciela danej płci statystycznie interesuje najbardziej. Biznes, no.

Problem w tym, że część takich ofert szkoleniowych zaniedbuje kwestię zbudowania związku z przedstawicielem płci przeciwnej, czyli z totalnie odmiennymi (statystycznie) potrzebami. I potem mamy uduchowioną kobietę, której mężczyźni serwują wyćwiczone techniki uwodzenia albo wysyłają zdjęcie penisa podpisanego „cześć, jestem Janusz”. Oraz sfrustrowanego seksualnie mężczyznę, który na Tinderze (!) natyka się na panie szukające związku i piszące wprost, ile dzieci planują. Żadna z płci nie rozumie potrzeb i ograniczeń tej drugiej, a wynikające z tego niepowodzenia albo biorą do siebie, albo maskują obwinianiem tej drugiej. Ewentualnie bawią się w gierki i jakoś na nich jadą przez życie.

W relacjach jednopłciowych jest statystycznie łatwiej, bo nie ma tej różnicy płci. Od znajomych gejów i MSM wiem, że na ich portalach jest zatrzęsienie wiadomości „sex teraz” (często bez znaku zapytania) i znacznie częściej niż na portalach heteroseksualnych przynosi to efekty. Kiedyś też randkowałam krótko z biseksualnym mężczyzną, który miał bodaj 300 kochanków rocznie, takich co przyjeżdżali do niego do domu po półgodzinie od umówienia się. Dało mi to do myślenia. Jemu wcześniej też, no bo z kobietami tak się nie do końca da. Do myślenia dało mi też to, że dużo mężczyzn nie do końca kuma ideę molestowania kobiet, bo im wiele zaczepek w ogóle by nie przeszkadzało, a przeciwnie – sprawiłoby, że poczuliby się atrakcyjnie. Tu pozdrowienia dla mojego ulubionego użytkownika z FetLife, który dał mi duży wgląd w mentalność typowego „samca”, podkładając się każdemu, kto ma więcej wrażliwości.

Zauważam więc ciekawą lukę – jak zbudować pomost między dwiema płciami we współczesnym świecie? Dlatego tak ożywcza była dla mnie lektura „5 języków miłości”, w której mowa była o tym, jak utrzymać związek (chrześcijańskie heteroseksualne małżeństwo, gwoli ścisłości, ale porady są uniwersalne) po wygaśnięciu fazy zakochania i sprawić, by nie było przepaści między motylami w brzuchu a „starym dobrym małżeństwem” bez chemii i szukaniem sobie kogoś na boku. Współcześnie ludzie mają wysokie wymagania, ale dość rzadko umieją w partnerstwo na długie lata i kompromisy bez poczucia utraty czegoś ważnego.

Poliamoria dała mi szansę zbudowania bliskich więzi z kilkoma mężczyznami. Tylko jeden z nich jest zainteresowany chodzeniem ze mną na zdominowane przez kobiety kursy pogłębiające samoświadomość. Mam poczucie, że inni uważają – bądź uważali, bo niekoniecznie nadal jesteśmy blisko – to za moje nieszkodliwe hobby. Nie znaczy to, że nie pracują nad sobą w ogóle, ale po prostu wybierają inne metody. Na przykład pracę indywidualną albo poszerzanie wiedzy i umiejętności praktycznych.

Gender, cóż poradzić.

Nie mam w tym momencie życia jakichś bardziej precyzyjnych wniosków czy porad. Ale chciałabym Wam zasygnalizować, że temat mnie zainteresował – tym bardziej, że teraz zbieram doświadczenia w bliskim kontakcie z bardzo tradycyjną męskością – i będę go zgłębiać.

3