Do tego wpisu zainspirował mnie zamieszczony na Fetlifie komentarz do filmiku pewnej vlogerki, która jedzie ostro po Friends with Benefits jako czymś niemoralnym, wiążącym się z traumami, rozczarowaniem lub pójściem na łatwiznę.

Vlogerka ta poruszyła między innymi wątek związania się z kimś, kto kiedyś był w relacji FwB: czy Ty, osobo rozważająca taki układ, chciałabyś mieć takiego partnera, pytała. Bo przecież jego kręgosłup moralny jest bardzo wątpliwy. Jeśli miało to miejsce w przeszłości, no to może coś się zmieniło, ale co jeśli stracisz nad tym ktosiem kontrolę? (Ona naprawdę użyła słowa „kontrola” w odniesieniu do związku). Co jeśli on pojedzie w delegację? Co jeśli nie będziesz mogła mu zaoferować seksu z powodu stanu zdrowia? Zaufasz mu?

Człowiek z Fetlife (Kniaz) stwierdził na to, że to jest dzban-test i że jeśli ktoś ma problem z ilością partnerów seksualnych albo relacjami, w jakie się wchodziło, to nara.

Co nieźle podsumowuje również moje podejście do tematu związków i przeszłości seksualnej (tudzież teraźniejszości, jeśli w momencie poznania kogoś jest się aktywnym relacyjnie lub seksualnie).

Kwestia „dzbana” jest dyskusyjna, bo mamy jako ludzie różne wartości i głupio oceniać kogoś negatywnie po tym, że kieruje się w życiu innymi wartościami niż ja. Vlogerka obraca się w swoim środowisku, ja w swoim. Dobrze, żebyśmy umieli koegzystować w jednym kraju. (Koegzystencja to jedno z moich ulubionych słów).

Natomiast sprawa, jakim kto jest człowiekiem i z czym sobie radzi, a z czym nie, to sprawa kluczowa podczas nawiązywania bliższych relacji. Sprowadza się do krótkiego: czy do siebie pasujemy? Bo jeśli nie, to nie warto się angażować bardziej, niż ma to sens. (Większość ludzi nie dopisałaby nic po „angażować”, ale przecież są różne typy relacji, a więc i różne rodzaje oraz zakresy oczekiwań).

Czasami ludzie wyrażają pogardliwą troskę o przyszłe losy tak zwanych puszczalskich – zwłaszcza, oczywiście, kobiet. Bo przecież każdy chciałby wziąć ślub i mieć dwójkę dzieci, a puszczalskiej kobiety nikt nie zechce, chyba że zatai swoją przeszłość. Też się tego naczytałam i nasłuchałam. Kiedy informuję w różnych kontekstach, że oto ja, escortka, mam chłopaka, na ogół pojawiają się kwestie „to na pewno mój sponsor”, „ale on wie? i akceptuje? serio?!” oraz „a, na pewno to go podnieca”. Sama klasyka.

Tego typu komentarze, projektujące własne wartości na cały „porządny” świat, są bardzo niebezpieczne, bo potem ludzie zmagają się z przekonaniem, że rzeczywiście nikt ich nie zechce, jeśli będą szczerzy z kandydatem na ukochaną osobę. I zatajają różne rzeczy związane ze sferą seksualną. Niemonogamię, fetyszyzm, pracę seksualną, biseksualność, fantazje erotyczne, wiek inicjacji seksualnej, faktyczną liczbę partnerów, zawstydzające fakty z przeszłości… etc. Potem kontynuują takie zachowanie w relacji i zatajają na przykład fascynację kimś trzecim.

To przepis na katastrofę. Po pierwsze, ludzie żyjący z sekretem są nieszczęśliwi i pełni lęku. Po drugie, to się często wiąże z podwójnym życiem. Przebieranie się po kryjomu przed żoną w jej ciuchy? Powszechne. Waniliowa żona i potajemne sesje BDSM w hotelu? Powszechne. Trójkąty romantyczne, które nie są etyczną poliamorią? Powszechne. „Oczekuję dyskrecji” w mailach do mnie? Powszechne.

Po trzecie, sekrety mogą się w każdej chwili wydać. I wtedy to się dopiero dzieje… Jeśli związek to przetrwa – gratulacje.

Wiązanie się z kimś bez szczerych rozmów o seksualności jest jak gra w rosyjską ruletkę. W standardowej sytuacji dwoje podobno mono, podobno hetero, podobno cis, podobno waniliowych ludzi wiąże się ze sobą, przyrzeka sobie wierność i miłość na całe życie, a potem – albo się uda, albo nie. I oczywiście związek może rozpaść się z wielu powodów, ale powód pod tytułem „ktoś poczuł się zdradzony” jest, jak słyszałam, cokolwiek popularny. (Inne popularne powody znajdziesz tutaj).

Dlatego właśnie ja najczęściej ujawniam potencjalnie problematyczne fakty na mój temat na początku obiecujących znajomości, zanim jeszcze zacznie mi naprawdę zależeć. I patrzę na reakcję.

Nie nazwałabym tego „dzban-testem”, bo nie jestem tak egocentryczna by zakładać, że każdy, kto mnie nie chce, jest z automatu dzbanem. Sama mam swoje turn offy i uważam, że lepiej je znać niż udawać, że wszystko jest w porządku.

Co więc robię? Po prostu sprawdzam, czy jestem akceptowana taka, jaka jestem. Żeby nie musieć się potem cały czas trwania związku przejmować, co wydarzyłoby się, gdyby on dowiedział się, że…

W praktyce oczywiście nie jest to takie łatwe: nie poznaję ludzi z założeniem „czy będziemy razem? nie? sayonara”. Randki rekrutujące do związku mi nie wychodzą – nie wiem jak to się robi. Nie atakuję więc także nikogo listą problematycznych cech (no, raczej tego nie robię). Po prostu w miarę kolejnych spotkań i rozmów buduje się relacja (jakoś tak), a w miarę jak pogłębia się zaufanie, odsłaniam kolejne cechy.

5