Dwa lata temu wdałam się na blogu w polemikę z artystką Iwoną Demko, która poruszała swego czasu temat przymusowej pracy seksualnej w swojej sztuce. Dziś, przeglądając stare teksty, wygrzebałam jej wypowiedź, która zainspirowała mnie do nowego wpisu:

Niestety, dopóki nie zmieni się nastawienie społeczne trudno być szczęśliwą w prostytucji. Dopóki to nastawienie będzie negatywne, trzeba być cyborgiem, żeby sobie z tym radzić na dłuższą metę. A kto jest cyborgiem? A żeby się to zmieniło jeszcze dużo czasu i pracy trzeba. @Iwona Demko

Teza Iwony Demko brzmi tak: ponieważ jest jak jest, prostytucja zawsze odbija się negatywnie na psychice osoby świadczącej takie usługi. Powoduje PTSD, głębokie poczucie winy, odcięcie się od emocji, uprzedmiotowienie ciała, częste korzystanie z używek, depresję, nerwicę, lęk przed odkryciem prawdy przez bliskich, strach przed klientem i chorobami. Poza tym prostytucja jest jak alkoholizm: wciąga. Konkretne cytaty znajdziesz w podlinkowanym wyżej wpisie.

Odpisałam jej, że chyba jestem cyborgiem, bo sobie dobrze radzę. Ponieważ jestem przekonana, że to nie jest mechanizm zaprzeczenia, postanowiłam przyjrzeć się temu, co sprawia, że całkiem dobrze funkcjonuję.

Wsparcie bliskich. Zdecydowana większość moich bliskich wie, jak pracuję. Rodzina nie wie, ale rodzinę mam mikroskopijną (jestem z linii jedynaczek, nie mam wujków i cioć, a dziadkowie poumierali). Mój chłopak wie, moi przyjaciele wiedzą (z jednym wyjątkiem), znajomi wiedzą… Ba, ostatnio zaczęłam chodzić na imprezy i poznawać znajomych jako Saint Harlot, mając w profilu (dodaję ich do znajomych) info, że jestem escortką.

Wsparcie środowiskowe. Są miejsca na Facebooku, gdzie seksworkerki wszelkiej maści są mile widziane i gdzie mogą pogadać o sprawach okołozawodowych. To nie jest coś, czego teraz bardzo potrzebuję, raczej zaglądam tam dla towarzystwa, ale gdybym ukrywała swoją pracę przed znajomymi, to byłoby z pewnością moje główne źródło wiedzy, dobrych praktyk i każdego innego wsparcia.

Osoba zaufana. Jedno z moich bliskich jest osobą zaufaną, która zdalnie dba o moje bezpieczeństwo. To nie chroni mnie tak do końca przed przemocą i innymi nadużyciami ze strony klientów, ale jakby ktoś mnie porwał, odurzył itp., to policja dowiedziałaby się o wszystkim bardzo, bardzo szybko. To bardzo dodaje pewności siebie. Podobnie jak świadomość, że w każdej chwili mogę zadzwonić po kryzysowe wsparcie psychiczne. (Ostatnio korzystałam chyba rok temu, po ewakuowaniu się od pana, który się schlał. A był taki fajny na trzeźwo…).

Edukacja seksualna i regularne testy. Lęk przed „chorobami” (HIV i infekcje przenoszone drogą płciową) jest o wiele mniejszy, kiedy się cokolwiek na ten temat wie i ma się pewność co do tego, że nic tam się cichaczem nie rozwija. Mój główny ból z tym związany to ewentualne przymusowe wolne w biznesie na czas leczenia, no ale wtedy zawsze mogłabym iść do innej pracy. Ach – ja mam całkiem przyzwoite CV.

Robienie tego, co lubię. Nie umówię się na coś, co nie sprawi mi przyjemności. Pewnie bym więcej zarobiła, gdybym przyjmowała każdego i na wszystko, ale dziękuję, postoję. Co najwyżej ktoś będzie musiał usłyszeć odmowę.

Równowaga praca-dom. Absolutnie niezbędna rzecz, moim zdaniem – dlatego też nigdy nie chciałam mieszkać w miejscu pracy i przyjmować klientów w łóżku do spania. Nie pracuję też do upojenia. Mam godziny, kiedy nie odbieram telefonów od klientów (22 – 9), mam dni wolne od spotkań, mam życie prywatne, pasje, rozrywki. Regularnie widzę się z moim chłopakiem. Przynajmniej raz w miesiącu staram się gdzieś wyjść i ukulturalnić się troszkę. Bywam na imprezach towarzyskich, w teatrach, w kinie, na kawie ze znajomymi, chodzę na spacery do parku, pojechałam na tę konferencję na blogerów, w najbliższą środę wybieram się na kolejną tu w Warszawie… Ważne są też drobne przyjemności: codzienna pyszna kawa na początek dnia, przytulanie się, czas ze zwierzakiem, praktyki duchowe…

Odskocznia. Odskoczni mam ileś, jedną z nich jest ten blog. Zaczęłam go prowadzić, kiedy większość ludzi wokół nie wiedziała o mojej pracy i nie miałam z kim porozmawiać. Tak sobie po prostu pisałam. Nadal często tak sobie po prostu piszę, tylko teraz doszedł mi jeszcze jeden czynnik:

Poczucie misji. Ograniczone w realizacji, bo nie bardzo mam czas i środki na aktywizm na szeroką skalę (pieniądze się same nie zarobią), ale zdaję sobie sprawę z tego, że to moje pisanie coś zmienia w świecie. Czasem poruszę jakiś ważny temat, czasem pojawię się w mediach, czasem wdam w dyskusję. Kropla po kropli minimalizuję stygmatyzację.

Cel. Nie weszłam do zawodu z mglistą nadzieją, że kiedyś jakoś może się coś odmieni i będzie lepiej, bo na przykład wygram w Totolotka (blech, ideowo nienawidzę) albo któryś mój klient okaże się milionerem, który się we mnie zakocha i ułoży mi życie. Wychodzę z założenia, że trzeba sobie zaplanować przyszłość, a następnie realizować (i modyfikować) plan. W ten sposób jestem odporniejsza na to, co mi się przydarza, bo nie czuję się bezwolną ofiarą życia tylko jego aktywną sprawczynią, która może popełniać błędy i się potykać, ale generalnie do czegoś zmierza i ma jakieś konkretne „potem”.

Bany i ignory. Najczęściej odcinam się od toksycznych osób i wrogich wypowiedzi. Ktoś mnie nie akceptuje? Zawsze może się przyjaźnić z innymi ludźmi – ze mną naprawdę nie musi. Ktoś mnie zaczął wyzywać? Ban. (Chyba że chce mi się pokłócić). Nie czytam zbyt wielu komentarzy internautów pod artykułami o pracy seksualnej.

Koniec końców, większość z tych działań nie jest jakaś spektakularna. I tylko kilka z nich jest specyficznych dla pracy seksualnej. Grunt, że to kombo świetnie działa: obecnie funkcjonuję zawodowo, społecznie i psychicznie znacznie lepiej niż te kilka lat temu, kiedy zaczynałam pracę.

5